Niedziela, 26.01.2020 r.- Niedziela Słowa Bożego

Pierwsze czytanie: Iz 8,23b-9,3

Droga, która prowadziła przez Jordan do morza, była ważnym szlakiem handlowym, który łączył Damaszek ze szlakiem nadmorskim zwanym Via Maris łączącym porty morskie (Gaza, Jafa, Tyr, Sydon). Był to trakt czyniący z tych portów wielkie rynki wymiany między Bliskim Wschodem a basenem Morza Śródziemnego. To szlak międzynarodowych interesów, na którym uniwersalnym językiem był pieniądz, a wspólną religią – zyskowne interesy. Przybliżał on Galileę do świata i świat do Galilei, ale oddalał kulturowo i religijnie okolice Jeziora Genezaret od Jerozolimy. Dlatego był to też obszar, o kontrolę nad którym nieustannie walczono. Wiele się działo w tym zakątku świata i mieszały się tam interesy, języki, kultury, religie. Czy można było marzyć o tym, że obszar ten stanie się miejscem, w którym zajaśnieje Boże światło? Czy nie zgaszą go ciągłe historyczne przeciągi na tym terenie? Zapowiedź Izajasza najbliższa realizacji byłaby pod panowaniem Persów, gdyby nie całkowite spoganienie tego obszaru. Za czasów Jezusa zaś można było szczerze wątpić, czy uda się ożywić wiarę na tych terenach. A jednak z tej właśnie krainy wzeszło Światło nie znające zachodu: Jezus Chrystus zbawiciel świata. Słowo, łaska i zamiar Pana trwa na wieki (Ps 119,89; 100,5; 33,11).

Psalm responsoryjny: Ps 27[26],1.4.13-14 [R.: 1a]

Światło jest jednym z obrazów, którymi Pismo Święte obrazuje zbawienie. Światłem bowiem Bóg prowadził swój lud nocą, podczas gdy w dzień, znakiem przewodnim był obłok. Światło rozprasza mrok, a więc pozwala widzieć, rozumieć sytuację, w której jesteśmy. Nie ubezwłasnowolnia nas, nie wymusza ślepego posłuszeństwa, ale pozwala wybrać drogę, którą pójdziemy. Słowo Boże jest światłem: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119,105).

Drugie czytanie: 1 Kor 1,10-13.17

Kościół jest jeden, ponieważ Bóg chce gromadzić wszystkie swoje dzieci, a nie segregować je, według jakichkolwiek kryteriów. Kościół może być tylko jeden, bo Bóg nie jest podzielony, ten sam Chrystus za wszystkich oddał jedno swoje życie. Ktokolwiek więc wystawia na szwank jedność Kościoła, mówi nieprawdę o Bogu i Jego wezwaniu skierowanym do ludzi. Wydaje się nam czasem, że prowadzimy dyskusje, stawiamy swoje racje przeciw racjom innych, i mamy do tego prawo. Nie pozwolimy się przecież pozbawić wolności wypowiedzi, która przynależy każdemu człowiekowi. Kościół bardziej demokratyczny, pluralistyczny byłby bardziej nowoczesny. Nie musielibyśmy się wstydzić, że przynależymy do tak anachronicznej wspólnoty, w której poważnie bierze się autorytet Prawdy, która przekracza osobiste czy frakcyjne racje. Szczególnie wielka odpowiedzialność spada na barki tych, którzy dla innych są źródłem opinii. Zwłaszcza oni będą musieli odpowiedzieć, jeśli zadają rany jedności Kościoła. Musimy sobie o tym przypominać, bo łatwość osłabiania jedności Kościoła, stawiania na piedestale własnych albo odpowiadających nam opinii jest dziś większa, niż kiedykolwiek.

Ewangelia: Mt 4,12-13

Wędrowanie Jezusa po Palestynie: Galilei, Judei, Samarii, terenach zamieszkałych przez ludność nieżydowską, miało jeden cel. Nauczał i głosił Dobrą Nowinę. Cuda: liczne uzdrowienia i egzorcyzmy oraz inne nadzwyczajne znaki, były tylko sposobem uwiarygodnienia tego nauczania. Zostaliśmy wezwani do zbawienia przez słowo Boga, który stał się człowiekiem, by przemówić do nas w naszym, ludzkim języku. Niedziela Słowa Bożego przypomina nam, jak blisko nas jest nauczający Jezus także dziś. Przychodzi także do nas: do naszych miast i wiosek, do naszych domów i miejsc modlitwy. Odbiór Jego nauczania nie był jednak pozbawiony problemów. Odrzucano Go, traktowano instrumentalnie, szukano powodu, by Go aresztować i oskarżyć. Ale byli też i ci, których wezwał do naśladowania Go i którzy za Nim poszli. To też się nie zmieniło. I do nas przychodzi dziś Jezus – Wcielone Słowo Boże z wezwaniem do bycia Jego posłańcem (apostołem) w świecie.

Poniedziałek, 27.01.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sam 5,1-7.10

Droga króla Dawida do władzy była bardzo długa i bardzo kręta. Małżeństwo z Mikal, córką Saula, przy mocnej pozycji na dworze dzielnego Judejczyka, otwierało mu drogę, jeśli nie do tronu (wszak syn Saula – Jonatan – byłby naturalnym kandydatem do sukcesji), to do kluczowej pozycji także za nowego władcy. Przyjaźń między Jonatanem a Dawidem to gwarantowała, a królewicz w imię tej przyjaźni ryzykował nawet zepsucie relacji z ojcem. Konflikt między Dawidem a Saulem zmienił jednak wszystko i Dawid z pupila stał się wrogiem władcy. Po okresie ukrywania się, wygnania u Filistynów, jako najemnik króla Gat, gdy walczył w interesie wrogów, symulując nawet ataki na swoich – mieszkańców tej części Negewu, która należała do Judy, wrócił, by panować wśród swych rodaków. Mimo to został przyjęty przez swoich, obdarzony zaufaniem, zawarto przymierze między nim a plemieniem Judy, a potem nad całym Izraelem. Było to panowanie bardzo długie i dynamiczne. Państwo jeszcze nie istniało, bowiem Saul zajęty odpieraniem ataków zewnętrznych, głównie filistyńskich, nie miał zbyt wiele możliwości zajęcia się sprawami wewnętrznymi. Hebron, jako ośrodek władzy nie był idealny, ponieważ leżał w dużej odległości od północnej granicy Judy. Był bezpiecznym schronieniem między kampaniami wojennymi, jednak, jako ośrodek administracyjny nie mógł się sprawdzić. Politycznie rzecz biorąc, misja Dawida była niewykonalna. Byłaby, gdyby nie to, że Pan był z nim.

Psalm responsoryjny: Ps 89(88),20.21-22.25-26 [R.: por. 29a]

Dawid miał lepsze i gorsze momenty w swym życiu. Grzeszył, nawet bardzo ciężko, nawracał się i pokutował, by znowu dać do siebie przystęp złu. Ta sinusoida jego moralnych wzlotów i upadków stanowi kontrast dla deklaracji Boga, iż Jego miłość ojcowska wobec Dawida jest niezmienna na wieki. Jest to ożywcze źródło nadziei dla każdego człowieka. Bóg jest stały w swej postawie łaskawości i miłości wobec nas.

Ewangelia: Mk 3,22-30

Jest to perykopa dość tajemnicza i spędzała sen z oczu już starożytnym egzegetom chrześcijańskim. W początkach kształtowania się myśli teologicznej Kościoła św. Ireneusz z Lyonu (zm. 202 r.) uważał, że grzech nieprzebaczalny przeciw Duchowi Świętemu popełniają ci, którzy nie przyjmują Ewangelii według św. Jana, pism św. Pawła Apostoła albo innych ksiąg, przez które Bóg przemawia do ludzi (Przeciw herezjom, ks. 3, 17,2). Odrzucenie jakiejkolwiek części Pisma Świętego (jak my byśmy powiedzieli, bo Ireneusz wolałby mówić o Pismach) jest dla biskupa i męczennika z Galii równoznaczna z odrzuceniem samego Jezusa i Jego nauczania. Nauczanie to zaś to nic innego, jak ów strumień Ducha Świętego, którym chrzci nas Jezus Chrystus, który jest treścią Jego zbawczej misji. „Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1,8) – tak św. Jan Chrzciciel opisywał cel, dla którego przybywa mocniejszy od niego. Odrzucenie Jezusa i Jego posłańców to odrzucenie tego ożywczego i uświęcającego strumienia.

Bóg naprawdę szanuje wolność człowieka: aż po możliwość odrzucenia Stwórcy przez stworzenie. Jednak to oznacza, że ludzka decyzja jest wiążąca. Nieprzebaczalny grzech nie wyznacza granic Bożego miłosierdzia, ale pokazuje przestrzenie ludzkiej wolności.

Wtorek, 28.01.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sm 6,12b-15.17-19

Dawid był wojownikiem, dowódcą oraz politykiem. Można więc dziwić się jego zaangażowaniu na polu religijnym, albo nawet żywić obawę, iż jest ono podyktowane chęcią, by z religii uczynić element polityki, wmontować instytucje religijne ze świątynią na czele, w struktury rodzącego się państwa. Ośrodek kultu w pobliżu ośrodka władzy byłby bardzo cennym umocnieniem tworzących się dopiero zrębów królestwa. Zwłaszcza, jeśli miałby przywilej przechowywania największej świętości dwunastu plemion Izraela: arki przymierza. Był to znak Bożej opieki nad Ludem Wybranym, przypomnienie, że Bóg – wierny swemu przymierzu – dał synom Jakuba w posiadanie ziemię, którą obiecał jeszcze Abrahamowi. Dysponowanie tym przedmiotem czci religijnej dawało wzmacniającej się monarchii tytuł do objęcia swą władzą całego terytorium zamieszkiwanego przez Dwanaście Plemion. Religijne zaangażowanie Dawida można więc odczytać jako próbę wyciągnięcia politycznych korzyści z religii i mozolnie konstruowany oraz realizowany projekt. Czy Dawid zawłaszczył arkę, by wzmocnić swą kruchą wciąż władzę? Czy jego religijne gesty publiczne były formą propagandy lub narzędziem kształtowania opinii publicznej? Nawet, jeśli Dawid zdawał sobie sprawę z politycznych konsekwencji swych działań, jego religijność była raczej szczera. Występuje nie jako władca, ale jako kapłan: składa ofiarę, błogosławi. Ostatecznie spotka się z zarzutem, że swymi pląsami przed arką przynosi ujmę godności królewskiej. Jego żywiołowy temperament popycha go do przekraczania granic instytucjonalnych, ale także do tego, by przekraczać ograniczenia własnej funkcji politycznej. Błądzi, narusza reguły, ale jest szczery w swej pobożności.

Psalm responsoryjny: Ps 24[23], 7-8. 9-10 [R.: por. 8a]

Dokąd prowadzą te bramy? Czy to część muru miejskiego Jerozolimy, które otwierają się na przybycie któregoś z Dawidowych potomków? Tym władcą jest Pan Zastępów, sam Bóg. Wchodzi On do swej siedziby, do której ma też wstęp „człowiek o rękach nieskalanych i o czystym sercu, który nie skłonił swej duszy ku marnościom i nie przysięgał fałszywie” (Ps 24,4), by odebrać „zapłatę od Boga, Zbawiciela swego” (w. 5). Chrześcijanin nazwie tę rzeczywistość niebem. By otworzyć jego bramy dla człowieka, Chrystus przechodzi przez nie pierwszy.

Ewangelia: Mk 3,31-35

Rodzina Jezusa: Jego Matka, Opiekun, którego nazywał Ojcem, bracia i siostry, nie mieli ułatwionego zadania, jeśli chodzi o wiarę we Wcielonego Syna Bożego. Musieli pokonać w sobie przekonanie, że znają Go na wylot, wiedzą o Nim wszystko. Trudno im musiało być usiąść w gronie słuchaczy, by wsłuchać się w to, co mówi o królowaniu Boga, które przez Niego się objawia i dokonuje. Jezus wyznacza im miejsce, które wydaje się im upokarzające. Traktuje ich jak postronnych, obcych! Nie chce wyjść na moment zwykłej, prostej rozmowy bez tych wszystkich ludzi, bez zadęcia, bez hołdów dla Mistrza.

Nie ma jednak innej drogi do zaprzyjaźnienia się z Jezusem, jak tylko słuchać Go i pełnić wolę Boga. Współczesny chrześcijanin, tęskniący za Jezusem-kumplem albo Jezusem-Żydem z marginesu, musi pokonać ten sam opór, co krewni, którzy przyszli Go odwiedzić, by stanąć przed Nim w pokorze wiary i podjąć trud wiary, aby zobaczyć w Nim Syna Bożego.

Środa, 29.01.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sm 7,4-17

Budowa nowej świątyni to bardzo trudna operacja. Świątynia jest bowiem kosztownym przedsięwzięciem, gdyż to wielki gmach i musi godnie wyglądać. Nie można takiego projektu realizować, myśląc przede wszystkim o cięciu kosztów. Także funkcjonowanie świątyni to coś, co musi zostać rozwiązane w sposób instytucjonalny i co generuje określone koszty. W naszej mentalności, ukształtowanej przez reformacyjną walkę o zagarnięcie majątków kościelnych, józefińskie kasaty opactw, rewolucyjne akcje nacjonalizacji majątków kościelnych jest to fakt przebijający się z trudem. Majątki świątyń Bliskiego Wschodu miały przede wszystkim zabezpieczyć stabilność i godny charakter kultu. Bez odpowiedniego finansowania świątynia nie mogła funkcjonować, ponieważ zwierzęta ofiarne, kadzidła, utrzymanie personelu i budynków – kosztowało. Jednak największym problemem związanym z budową świątyni było oparcie tego przedsięwzięcia nie na decyzji jakiegokolwiek człowieka, ale na decyzji istoty boskiej. Świątynia to nie dworek w Oblęgorku podarowany przez społeczeństwo Henrykowi Sienkiewiczowi czy pałacyk we Wiśle – dar Ślązaków dla prezydenta RP. Budowa świątyni jest aktem pobożności, bo punktem wyjścia jest tu wola bóstwa i posłuszeństwo człowieka wobec tego głosu. To jest fundament świątyni. Nawet, jeśli mury nie pną się w górę, a rezygnacja z projektu opiera się na postawie posłuszeństwa wobec Boga, świątynia rośnie.

Psalm responsoryjny: Ps 89(88),4-5.27-28.29-30 [R.: por. 29a]

Bóg pozwala Dawidowi nazywać siebie Ojcem. Jakże wielki to przywilej i jak ogromne zobowiązanie. Spowszedniał nam ten tytuł. Ileż „ojczenaszów” odmówiliśmy w życiu. Pacierz przecież stąd bierze swą nazwę: od zniekształconego pater – „ojcze”. Do czego nas zobowiązuje, że Bóg wielki i straszliwy, którego nikt nie może oglądać, zgadza się, byśmy nazywali Go ojcem? Psalm ten przypomina nam, jak wielką łaskę otrzymaliśmy, i jak powinniśmy na nią odpowiedzieć.

Ewangelia: Mk 4,1-20

Scena zasiewu, jeszcze kilkadziesiąt lat banalna i powszednia w pewnych porach roku, dziś już odeszła do wspomnień i skansenów, gdzie czasem organizuje się rekonstrukcje dawnych prac polowych i gospodarskich. Gdy słuchamy tej przypowieści, musimy podjąć pewien wysiłek, by wyobrazić sobie tego siewcę siejącego. Swym współczesnym Jezus nie opowiedział natomiast niczego nowego. Widzieli takie sceny wiele razy, sami może wiedzieli dobrze, jaki łuk zatacza ręka rozrzucająca ziarna po polu. To, co ciekawe, zaczęło się dopiero wtedy, gdy w gronie Dwunastu i innych uczniów zaczął od nowa: „siewca sieje słowo”. Więc ze słowem jest tak samo prosto, jak z ziarnem? Więc ten trud tak samo często bywa daremny? Ziarno siewne było drogie. Biedne rodziny chłopskie nieraz zadłużały się na paskarski procent, szły w niewolę za długi, bo podjęły ryzyko nabycia tego drogocennego materiału, nadziei nowego chleba. A rzuca się to ziarno jak popadnie, także tam, gdzie nie ma szans przynieść plon. Bóg, niosący światu słowo zbawienia, jest jak chłop, który rozrzuca hojnie drogocenne ziarno, bo ma nadzieję na plon. Ewangelia o hojnym Bogu-siewcy jest prosta i piękna, jak miłość.

Czwartek, 30.01.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sm 7,18-19.24-29

Dawid nie był aniołem. Miał na rękach wiele krwi, jego popędliwość czasem popychała go do czynów bohaterskich i szlachetnych, ale i do bezmyślnego okrucieństwa. Potrafił jednak posługiwać się zbrodnią cynicznie, ze świadomością, jaki cel propagandowy lub polityczny chce osiągnąć. Dawid wiedział, że nie jest aniołem, zdawał sobie sprawę ze swej niegodności. Mierzył miłość, jaką Bóg mu okazał, skromnością swego pochodzenia, prostotą życia, jakie prowadził, zanim został namaszczony przez Samuela. Ta pokora Dawida jest jednym z piękniejszych rysów jego osobowości. Jednak to nie ona stanowi o pobożności Dawida, ale umiejętność oderwania się, na ile to możliwe dla człowieka, od siebie i studiowania własnej postawy (nawet w sensie troski o to, by była jak najlepsza). Modlitwa Dawida zaczyna się tam, gdzie Dawid zaczyna mówić o Bogu, a przestaje mówić o sobie. Uwielbienie Boga, otwarcie szeroko oczu na Jego wielkość i wspaniałość – oto początek kontemplacji, czyli obcowania z Bogiem jako z osobą. Człowiek skupiony na sobie, nawet zatroskany o prawość swego życia, czystość swej duszy, pozostaje daleko od Boga, szuka siebie. Nie znaczy to, że możemy zaniechać wysiłku moralnego czy rachunku sumienia. Musimy jednak pamiętać, co jest środkiem, a co celem w naszym życiu religijnym.

Psalm responsoryjny: Ps 132(131),1-2.3-5.11.12.13-14 [R.: por. Łk 1, 32a]

Następcy Dawida bywali ludźmi bardzo różnej próby. Ludzie głęboko pobożni i prawi, jak król Jozjasz (648-609 r. przed Chr.), odnowiciel świątyni w Jerozolimie i polityk wierny zawieranym przymierzom. O jego ojcu zaś możemy przeczytać: „krew niewinną przelał Manasses w tak ogromnej ilości, iż napełnił nią Jerozolimę od krańca do krańca – oprócz grzechów, w które wciągnął Judę, czyniąc to, co jest złe w oczach Pańskich” (2 Krl 21,16). Obietnica Bożej opieki nad Judą i Izraelem nie zawisła ostatecznie od tych zmiennych okoliczności historycznych i niestałości ludzkiej. Nadzieja Izraela to wyidealizowany potomek domu Dawidowego, prawdziwie wierny w Przymierzu, strzegący świętości domu Bożego.

Ewangelia: Mk 4,21-25

Korzec rzymski czyli modius odpowiadał 10,5 l, czyli małemu wiadru. Mierzono nim przede wszystkim zboże. Miara ta było to więc metalowe zazwyczaj naczynie odpowiadające wielkością małemu wiadru, o podobnym kształcie, tyle że często zwężający się ku górze. Knot lampy mógł płonąć pod nim dość długo, był jednak na dłuższą metę skazany na zduszenie. Płonął więc na próżno i zmierzając nieuchronnie do wygaśnięcia. Gdy patrzymy na sytuację chrześcijaństwa w dzisiejszej Europie, można mieć wrażenie, że to właśnie taka lampa, która już w dość znaczącym stopniu zużyła swe zasoby tlenu, a jej desperacka walka o przetrwanie jest dramatem rozgrywającym się w zamkniętej przestrzeni odwróconego do góry dnem wiadra. Jest to konsekwencja przyzwyczajenia się chrześcijan europejskich do życia we wszechogarniającej społeczności chrześcijańskiej o rozmiarach państwa i większych. Reakcją na kryzys tej formy życia chrześcijańskiego jest idea zamkniętych wysp a raczej wysepek chrześcijaństwa, na wzór wczesnośredniowiecznych opactw (opcja Benedykta, o której pisze Rod Dreher). Jezus Chrystus uczy swych uczniów, by ich światło świeciło jak najszerzej, także tym, którzy chętnie ukryliby się poza jego kręgiem.

Piątek, 31.01.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sm 11,1-4a.5-10a.13-17.27c

Dawid prosił Boga o błogosławieństwo dla swego domu, czyli rodziny trwającej przez pokolenia. Dziękował Bogu bardzo serdecznie, że ze skromnego rodu Jessego, peryferyjnego wśród potomków Judy, z gałęzi tego rodu wywodzącej się od najmłodszego, niezbyt szanowanego z braci – wywiódł rodzinę królewską dla całego Izraela. Dawid odkrył w Bożym działaniu, że Bóg jest budowniczym tego domu, który ma stać przez wieki niewzruszony i dumny w Jerozolimie. A jednak wprowadza do tego domu, do Bożej budowli, swą pożądliwość, zaślepienie, zbrodniczą intrygę, której celem jest zgładzenie Uriasza. Dysonans między świadomością bliskości Boga i uległości wobec ludzkiej małości, podłości, niskim instynktom jest udziałem każdego człowieka wierzącego. Jesteśmy w ciągłym rozdarciu między wielkością, do której wzywa nas i uzdalnia łaska Boża, a naszą pożądliwością i egoizmem. Chcemy świętości naszego domu, a jednocześnie wnosimy do niego to, co tę świętość nadwyręża. Takie sprzeczne postawy budzą posądzenia o niespójność osobowości będącą znamieniem poważnej patologii. Czy jesteśmy więc chorzy i przez to usprawiedliwieni, gdy popadamy w fundamentalne sprzeczności? Takie wmawianie sobie niepoczytalności na chwilę sprawia ulgę naszemu sumieniu. Na dłuższą metę wywłaszcza nas z naszego własnego życia. By odzyskać je, konieczne jest uznanie własnego grzechu.

Psalm responsoryjny: Ps 51[50], 3-4. 5-6ab.6cd-7. 10-11 [R.: por. 3a]

Grzesznik modlący się w Ps 51 jest w pełni świadom swej kondycji. Żałuje popełnionego zła, zdaje sobie sprawę z bagażu, z jakim przyszedł na świat. Nie traci jednak nadziei. Świadomość własnej grzeszności (podatności na grzech) i własnego grzechu (popełnionych czynów) nie przeszkadza mu, by oczekiwać zbawienia. Wręcz przeciwnie, otwiera mu horyzont nadziei, który wiąże z Bożą sprawiedliwością i zmiłowaniem. To piękna ilustracja słów św. Jana Apostoła o wyzwalającej mocy prawdy (por. J 8,32).

Ewangelia: Mk 4,26-34

Dwie przypowieści mówią o dwóch różnych sytuacjach i o dwóch różnych rzeczach. Tematem pierwszej jest sporos czyli ziarno zboża. W drugiej pojawia się kokkos czyli nasienie (choć J 12,24 mówi o kokkos pszenicy). Wspólny motyw w obydwu przypowieściach to wewnętrzny potencjał nasienia. Nie trzeba pracować nad ziarnem, by w ziemi rosło. Nikt też nie musi „robić” z maleńkiego nasienia gorczycy dużej rośliny, „drzewa”, jak chce Ewangelia, a w rzeczywistości dużego krzewu. Mamy swoje zadanie do spełnienia. Poetycki język przypowieści nazywa je siewem (w przypadku zboża mowa o rzuceniu na ziemię). Potem już nie mamy niczego do zrobienia, bo co posiane, rośnie samo z siebie. Fałszywy humanizm skłania nas do tego, byśmy szukali potwierdzenia własnej wartości tylko we własnym działaniu. Fałsz tej koncepcji bierze się stąd, że nie liczy się ona z prostym faktem: nie wszystko od nas zależy. Musimy się uczyć zaufania do tego, co z naszym trudem dzieje się, gdy już nie mamy niczego do zrobienia, do Bożej mądrości i opatrzności rozsianej w świecie.

Sobota, 01.02.2020 r.

Pierwsze czytanie: 2 Sm 12,1-7a.10-17

Dziwna jest scena, w której dwóch poważnych mężczyzn pełniących poważne funkcje społeczne, zajmuje się bajkami. Jeśli jest się głową państwa, czy nie jest skrajną nieodpowiedzialnością marnowanie czasu na zmyślone ckliwe historyjki? Czy nie kompromituje też proroka, że zamiast poważnie mówić o poważnych sprawach, zajmuje się jakimiś opowieściami bez głębszej treści? A jednak to właśnie ten sposób mówienia prowadzi do oczekiwanego i niełatwego do osiągnięcia celu. Dawid zaczął zastanawiać się nad problemem, a nie nad tym, jak bronić siebie. Nawet, jeśli ta refleksja uderzała w niego bardzo mocno. Uznał swój grzech i bardziej skupił się na cenie, którą zapłacił syn jego grzechu, niż na przekonywaniu siebie, że każdy ma prawo do chwili słabości.

Prorok Natan wykazał się wielką roztropnością. Dramatyczny gest, gromy rzucone na głowę władcy, mogły tego ostatniego skłonić do kolejnej, pochopnej i błędnej decyzji. Szarpanego namiętnościami człowieka doprowadził do głębszej refleksji i szczerej, pokornej modlitwy. Umiał te emocje wyciszyć, a obudzić refleksję. To dobry wzorzec dla dzisiejszych proroków, zmagających się często, nie zawsze w sposób zwycięski, z pokusą budzenia i podsycania emocji.

Psalm responsoryjny: Ps 51[50],12-13.14-15.16-17 [R.: por. 12a]

Często, coraz częściej człowiek współczesny (to uogólnienie, ale czasem użyteczne) popada w zniechęcenie. Rodzi się w nim poczucie, że minęło już albo ominęło go w życiu to, co naprawdę ważne i cenne, albo że więcej go ominęło, niż zdołał zdobyć, posmakować, doświadczyć. To rodzące przygnębienie uczucie to efekt naszej zachłanności oraz zapomnienia, jaki jest sens chrześcijańskiej ascezy: ćwiczenia się w znoszeniu swej ograniczoności i życia z konsekwencjami własnych wyborów. To droga do czystości serca, a więc do szczerej woli i umiejętności skupienia się na dobru, zwłaszcza Dobru Najwyższym.

Ewangelia: Mk 4,35-41

Ogromna wichura i wysokie fale z Jeziora Galilejskiego – pogodnego akwenu i miejsca pracy rybaków, może zrobić miejsce niebezpieczne, śmiertelną pułapkę. Nigdy nie wiadomo, kiedy zdarzy się nagłe załamanie pogody. Znaleziona w tym akwenie łódź z lat 40. I w. ery chrześcijańskiej, to dość duży obiekt (długi na 8,2 m, wrzecionowaty, w najszerszym miejscu 2,3 m). Czym jednak była na wzburzonej tafli zbiornika, którego brzegi są od siebie oddalone maksymalnie o 21 km (długość) i 13 km (szerokość), między lustrem wody, a dnem którego często otwiera się głębia ponad 200 m? Na rufie, w miejscu przysposobionym jakoś do spania, Jezus odpoczywał. Musiał być bardzo zmęczony, skoro nie obudziły Go wstrząsy, lejące się z góry strumienie wody, skowyt wiatru. Jego siły musiały być na wyczerpaniu i potrzebował regeneracji. Był w tej chwili słaby i niezdolny do zmagania się z przeciwnościami. Uczniowie jednak w chwili zagrożenia obudzili Go, bo tylko On coś mógł zrobić. Widząc wyczerpanie Jego ludzkich sił, odwoływali się do tego, co w Nim nie podlegało ludzkim ograniczeniom. W Księdze Mądrości jest mowa o Mądrości Boga: „Jest bowiem w niej duch rozumny, święty, jedyny, wieloraki, subtelny, rączy, przenikliwy, nieskalany, jasny, niecierpiętliwy, miłujący dobro, bystry, niepowstrzymany, dobroczynny” (Mdr 7,22-23a). W tej przerażającej chwili, swym lękiem i nadzieją ocalenia, wyznają wiarę w Boga, który jest z nimi i powołał ich do wspólnoty ze sobą.

Komentarze do czytań - II tydzień zwykły | od 19 do 25 stycznia 2020 r. - Maciej Siekierski
Komentarze do czytań - IV tydzień zwykły | od 2 do 8 lutego 2020 r. - Mira Majdan