Niedziela, 17.09.2017 r.

Pierwsze czytanie: Syr 27, 30 – 28, 7

Kiedyś wydawało mi się, że bycie chrześcijaninem oznacza w pierwszej kolejności dobre postępowanie wobec innych ludzi. W tym się ma wyrażać nasza miłość. Nie negując w żadnym stopniu tego przekonania z czasem przekonałem się, że nasza religia jest także religią przebaczenia. W jednym ze swoich wspomnień Matka Teresa z Kalkuty napisała, że zauważyła w skrzyni na śmieci starą kobietę. Kobieta ta nie skarżyła się na głód tylko na swojego syna, który ją do tej skrzyni wyrzucił. Powszechnie uważa się Matkę Teresę za osobę pomagającą ludziom głodnym. Tymczasem w tym opisie podzieliła się ona swoim osiągnięciem: otóż udało się jej przekonać wyrzuconą matkę, żeby przed śmiercią wybaczyła swojemu synowi. Być może część spośród nas doznała od swoich najbliższych poważnych zranień. Bardzo trudno jest przebaczyć rozwód rodzicom, aborcję rodzeństwa, wszelkiego rodzaju przemoc. Bardzo jest trudno wybaczyć dzieciom odejście od wiary i porzucanie dobrych obyczajów oraz wypróbowanych tradycji. Starajmy się jednak zdążyć z naszym przebaczeniem. Przebaczmy naszym rodzicom i rodzeństwu, przebaczmy dzieciom, żonie lub mężowi. Przebaczenie Boga jest przecież naszą przepustką do nieba.

 

Psalm responsoryjny: Ps 103, 1b-2. 3-4. 9-10. 11-12

Psalmista w bardzo szczerych słowach wyśpiewuje swoje uwielbienie do Boga, który nas wszystkich hojnie obdarował życiem i wszystkim, czego potrzebujemy. Ale nie tylko. Bóg jakże pobłażliwie i z ojcowskim rozczuleniem obserwuje nasze nieporadności życiowe. Bardzo ujmujące jest porównanie odsuwania przez Niego naszych win, hen daleko – gdzieś poza horyzont. Tak daleko jak odległy jest wschód od zachodu. Wczujmy się w ciepło tych słów, które przybliżają nas do Bożego serca.

 

Drugie czytanie: Rz 14, 7-9

Święty Paweł próbuje nas zachęcić, żebyśmy w naszych dążeniach i działaniach kierowali się myśleniem, że żyjemy dla Boga. Żebyśmy wszystko, co robimy – robili dla Niego. Ta zachęta jest nam bardzo przydatna, bo okazuje się, że nagminnie ulegamy bardzo technicznemu nastawieniu. Mamy swoje plany i dążymy do ich wykonania. Z jednej strony wydaje się nam, że małymi rzeczami nie wypada Bogu zaprzątać uwagi. A kiedy dochodzi do spraw ważnych albo dramatycznych, to nie mamy głowy do pamiętania o Bożej obecności. Może się zdarzyć, że będąc chrześcijanami, żyjemy jakby obok Boga. A tymczasem życia z Bogiem i dla Boga można się nauczyć. Można każdą naszą zwykłą codzienną czynność aktem wolnej woli ofiarować Bogu. Można się tego uczyć, wprowadzając do swojego rachunku sumienia pytanie: Co dziś dla Niego zrobiłam, czy zrobiłem? Zamiatanie mieszkania lub podwórka wykonane dla Pana Boga przemienia się w porządkowanie świata. Przestaje być tylko zaspokojeniem moich estetycznych potrzeb, nabiera drugiego wymiaru. Bardzo znane było wezwanie Matki Teresy z Kalkuty: „Razem zróbmy coś pięknego dla Boga”. Tym wezwaniem pociągnęła ona miliony ludzi w wielu krajach do budowania cywilizacji miłości.

 

Ewangelia: Mt 18, 21-35

W dzisiejszej przypowieści o królestwie uderza mnie pewien szczegół. Otóż sługa prosił swojego pana tylko o odroczenie spłaty długu. Tymczasem pan przekroczył jego prośbę i nie tylko odroczył spłatę, ale dług całkowicie darował. W taki oto prosty sposób Jezus zasygnalizował nam wszystkim niezwykłą hojność Boga, który nas zaskakuje i daje nam więcej, niż o to prosimy. Zauważyła to siostra Faustyna, zapisując w Dzienniczku swoje słowa skierowane do Jezusa: Więcej mi przebaczyłeś, aniżeli ośmielałam się spodziewać albo pomyśleć byłam zdolna. Dobroć Twoja przewyższyła wszystkie moje pragnienia. Sługa
z dzisiejszej przypowieści, niestety, jakby nie zauważył hojności swojego pana. Aż prosiło się, żeby podobnie postąpił wobec swoich dłużników. Nie potrafił zafascynować się otrzymanym niespodziewanie prezentem i nie poszedł za ciosem. Ja jednak wolę pójść ścieżką siostry Faustyny, która w dalszych słowach zwróciła się do Jezusa:
A teraz zapraszam Cię do serca swego, przejęta wdzięcznością za tyle łask. (…) Pomnażaj we mnie miłosierdzie Twoje, bo widzisz, jak słabą jestem. Próbuję poczuć się pokonanym przez miłosierdzie Boga. Może wtedy zmięknie moje serce. 

 

Poniedziałek, 18.09.2017 r., św. Stanisława Kostki SJ

Pierwsze czytanie: 1 J 2, 12-17

Dzisiaj wspominamy Świętego Stanisława Kostkę. Młodego człowieka, który był mocny. To jeden z takich „mocarzy” Boga, o których pisał Święty Jan w swoim liście – jesteście mocni
i zwyciężyliście Złego. Ten kilkunastoletni chłopak zrozumiał, że świat przemija razem ze swoimi pożądaniami. A z człowieka pozostaje tylko to, co pochodzi od Boga. Tylko to jest trwałe. Na jednej ze swoich książek napisał:
Szczęście ludzi jest podobne do fal rzeźbionych przez przód okrętu, które natychmiast po jego przejściu giną. Z zapisków szkolnych Stanisława pozostały myśli oddające jego niezwykłą refleksyjność. Przekazał w nich swój dystans do kariery i wygodnego życia, od którego zresztą uciekł. Warto dzisiaj przypominać, że w duszy młodego człowieka może się zrodzić pragnienie do czegoś więcej niż świat przyjemności. Stanisław zapisał to krótko: Do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich winienem żyć. Tak bardzo bym chciał podobny entuzjazm wiary, dostrzec w oczach znanych mi młodych ludzi. Żeby potrafili w sobie wyrobić niezbędny dystans do przemijającego świata. Żeby nie ulegali taniej fascynacji użytecznym dla życia narzędziom. Bo to są tylko narzędzia, które nie powinny stawać się ich celem.

 

Psalm responsoryjny: Ps 148, 1-2. 11-13a. 13c-14 )

Mały Francesco Forgione, późniejszy Święty Ojciec Pio, swojego pierwszego wyboru dokonał w wieku pięciu lat. Stanisław Kostka odczytał gorące pragnienia duchowe, gdy miał lat kilkanaście. Osiemnastoletnia Teresa na statku w drodze do Indii napisała hymn do Boga: Sprawię, by Twoje imię było chwalone. To późniejsza Matka Teresa z Kalkuty. Nasze najpiękniejsze i najczystsze marzenia rodzą się w naszej młodości. Obyśmy ich nie zapominali w natłoku życia. Chłopcy i dziewczęta, sławcie imię Pana!

 

Ewangelia: Łk 2, 41-52

Rodzice, nawet najlepsi, nawet najświętsi, nawet tacy jak Maryja i Józef, mogą nie zrozumieć swojego dziecka. Bóg może przemówić przez dziecko w sposób dla rodziców niepojęty. Zrozumienie może przyjść dopiero w perspektywie całego życia. Ale nic się nie zmarnuje z naszego zatroskania o dziecko, z naszego niepokoju. Nasze poszukiwanie dziecka, nasze próby odzyskania kontaktu z dzieckiem są niezbędnym elementem naszego wspólnego dojrzewania. Nie może w tym być niczego z chęci zawłaszczania. Bo jedynym właścicielem dziecka, każdego z nas, jest tylko Bóg, nasz Stwórca. Tym, co pozostaje rodzicom, jest zdumienie, zdziwienie i niezrozumienie. W takim stanie powinniśmy pozostać bez prób narzucenia dziecku swoich wyobrażeń i pragnień. Rodzice muszą zachować niezbędny dystans wobec misterium, którego są współuczestnikami, ale nie reżyserami. Można się zastanawiać, jak potoczyłaby się historia młodego Stanisława Kostki, gdyby nie musiał uciekać spod skrzydeł rodziców, żeby wypełnić rodzące się w nim powołanie. A ponieważ tego zrozumienia zabrakło, uciekał setki kilometrów z narażeniem zdrowia. Ileż matczynych łez wyciekło z oczu matek z powodu podobnej „utraty” córki lub syna. Szkoda, że nie zawsze są to łzy radości.

 

Wtorek, 19.09.2017 r., św. Januarego, biskupa i męczennika

Pierwsze czytanie: 1 Tm 3, 1-13

Mój ojciec duchowy, ksiądz Bronisław Bozowski, często zastanawiał się nad tym, jakie powinny być cechy przyzwoitego księdza. Pamiętam, że lubił stosować porównanie zaczerpnięte chyba z dzisiejszego czytania. A może również z własnej obserwacji życiowej. Mawiał, że dobry ksiądz to taki, który potrafiłby również być dobrym ojcem rodziny. Cechy dobrego księdza i dobrego ojca rodziny, to nie są wykluczające się cechy. Są to cechy wręcz tożsame. Nie wiemy, czy Święty January, biskup z trzeciego wieku, spełniał wszystkie postulaty stawiane przed kandydatem na tę godność przez Świętego Pawła. Ale zachowała się w tradycji pamięć o tym młodym, bo zaledwie trzydziestotrzyletnim biskupie, że miał wielką pewność w wierze. Bo przecież człowiek chciwy, nadużywający wina, obłudny w mowie i pyszny nie byłby w stanie oddać życia za Jezusa. A January pomimo młodego wieku i życiowych perspektyw, które przed każdym człowiekiem stawia młody wiek, pozostał wierny Jezusowi aż po cenę swojego młodego życia. Święty Paweł napisał także, że biskup powinien być nieskłonny do bicia. Ksiądz Bronisław, idąc tym tropem, zwykł mawiać, że: ludzie wszystko księdzu wybaczą, ale nie wybaczą mu braku serca. Modlę się o dobrych księży.

 

Psalm responsoryjny: Ps 101, 1-2ab. 2cd-3ab. 5-6

O jednej sędziwej siostrze wizytce już po jej śmierci usłyszałem ocenę: nigdy o nikim nie powiedziała nic złego. Patrząc na dzisiejszy świat takie osiągnięcie należy zaliczyć do cudu. Bóg oczekuje ode mnie tego cudu: żebym szedł drogą nieskalaną, żebym nawet po cichu lub w myślach nikomu nie ubliżał. On domaga się ode mnie takiej uczciwości. Psalmista zwraca uwagę, że człowiek z sercem nadętym nie będzie mógł zamieszkać z Bogiem, który jest pokorny. A przecież wystarczy nikomu nie ubliżyć.

 

Ewangelia: Łk 7, 11-17

Śmierć jedynego syna samotnej owdowiałej kobiety jest trudną do wyobrażenia traumą. A szczególnie taką była w czasach współczesnych Jezusowi, ponieważ oprócz bólu utraty najbliższej osoby, dla samotnej kobiety oznaczało to także utratę jakichkolwiek środków do życia. Jezus zlitował się. Nie mógł na to patrzeć. Nikt Go nie poprosił o interwencję. Nikt nie wzywał Go, jak to było w wielu innych wypadkach – Synu Dawida, czy Nauczycielu, ulituj się! Jezus wielokrotnie wskazywał na wielkość samotnej ubogiej wdowy. W swoich wypowiedziach wskazywał przykład ofiarności wdowy jako najwyższy wymiar ludzkiego poświęcenia. Samotna, owdowiała kobieta była Mu bardzo bliska. Rozumiał jej stan i sytuację. Nie czekał więc na żadną prośbę, tylko wkroczył i interweniował z całą swoją mocą. Próbuję skonfrontować tę scenę ze swoim życiem. Czyż nie było tak, że Bóg nieraz interweniował zanim Go o to poprosiłem? Ze względu na biskupa Januarego moje myśli biegną dziś do Eucharystii. Tego cudu powtarzającego się codziennie w tysiącach miejsc na całym świecie. Czyż nie jest tak, że Bóg zdecydował się przychodzić do nas długo przed tym, zanim Go o to poprosiliśmy? Przyszedł i przychodzi, bo nie chce zostawić mnie bez swojego wsparcia.

 

Środa, 20.09.2017 r., wspomnienie świętych męczenników Andrzeja Kim Taegon, prezbitera, Pawła Chong Hasang i Towarzyszy

Pierwsze czytanie:1 Tm 3, 14-16

Stawiające pierwsze kroki wspólnoty chrześcijańskie zmagały się z różnymi interpretacjami nauki i roli Jezusa, co prowadziło do powstawania różnych wizji Kościoła. Stąd też Święty Paweł uzmysławiał biskupowi Tymoteuszowi podstawy pobożności, która opiera się na zaufaniu do osoby Jezusa. Boga, który się objawił jako Człowiek i który został uwielbiony przez Ojca w wydarzeniu paschalnym. Przypomniał też, że Kościół założony przez Jezusa jest wspólnotą z Bogiem sprawującym w niej rolę Ojca, jest wspólnym domem wierzących. Zastanawiając się nad moim osobistym uczestnictwem w tej wspólnocie, dostrzegam, że różnego rodzaju przyzwyczajenia i sytuacje zacierają we mnie ten obraz. Poddaję się nieraz wizji Kościoła jako obarczonej różnymi wadami organizacji. Przeszkadza to mi uczestniczyć w pełni w życiu Kościoła. Bez względu na zewnętrzne zawirowania i osobiste perturbacje potrzebuję odświeżania w sobie świadomości uczestnictwa w nadprzyrodzonej wspólnocie prowadzonej przez samego Boga. Pomaga mi w tym świadectwo takich ludzi, jak patron dnia dzisiejszego Kim Taegon, święty Koreańczyk, który do tej wspólnoty przystąpił i cenił udział w niej wyżej niż własne życie. Codziennie potrzebuję od nowa przypominać sobie, jak należy postępować w domu Bożym, czyli w Kościele.

 

Psalm responsoryjny: Ps 111, 1-2. 3-4. 5-6

Czy noszę w sobie codziennie pamięć cudów? Nie chcę się do nich przyzwyczaić. Zachwycam się pięknem przyrody. Pomimo upływu lat nie gaszę w pamięci zauroczeń swojej młodości. Zachowuję w pamięci cudowny okres rozwoju naszych dzieci, kiedy to każdy dzień przynosił coś nowego. Odświeżam w pamięci wdzięczność za narodzenie się Jezusa, za to, że okazał się nam wierny i za nas umarł. I wciąż na nowo podziwiam cud zmartwychwstania. Niech pamięć cudów Boga trwa we mnie!

 

Ewangelia: Łk 7, 31-35

Usłyszeliśmy, że Jezus zwrócił się z wyrzutem do przedstawicieli swojego pokolenia. Wyrzucił im, że byli podobni do kapryśnych dzieci. Sądzili po pozorach. Nie starali się wniknąć w istotę kierowanego do nich przesłania. O samym Jezusie mówili, że żarłok i pijak. Na szczęście zakończenie tego fragmentu Ewangelii jest optymistyczne. Znaleźli się i tacy, którzy przyjęli i uznali słuszność głoszonej przez Niego mądrości. Od czasów Jezusa minęło kilkadziesiąt pokoleń. Jakie jest nasze pokolenie? Czym się ono kieruje i co przyjmuje? Był Jan Paweł II. Jedni mówili, że zacofany. Inni, że zbyt polityczny. Był Benedykt XVI. Część się na nim zawiodła. Dla innych był przeintelektualizowany i zbyt tradycyjny. Jest Franciszek. Dla jednych zbyt otwarty. Dla drugich niejednoznaczny. Jedni omijają swoją parafię, bo jest za długo. Inni, bo zbyt nudno. Jeszcze inni, bo proboszcz jest innej orientacji politycznej niż ta jedyna słuszna. I tak można by mnożyć. Staram się nie ulegać nastrojom internetowo-gazetowym. Staram się czytać encykliki i adhortacje. Czasami dostrzegam, że nie ma w nich tego, o czym donoszą media. Kiedy idę do kościoła, proszę Boga, żebym usłyszał to jedno zdanie, które On ma dziś dla mnie przeznaczone. Bardzo mi to pomaga.

 

Czwartek, 21.09.2017 r., święto św. Mateusza, Apostoła i Ewangelisty

Pierwsze czytanie: Ef 4, 1-7. 11-13

Tekst Pawła o budowaniu Kościoła czytam wielokrotnie. I zastanawiam się nad każdym zdaniem po kolei, osobno. Tak są one przesycone treścią. Jest to okazja, żebym odpowiedział sobie na pytanie, czy czuję się żywą cegiełką wspólnoty Kościoła. Czy pielęgnuję w sobie świadomość wspólnego budowania Ciała Chrystusa? Apostoł przypomina mi o godności mojego powołania. Nie jestem członkiem organizacji, którą można porzucić, jeśli coś lub ktoś przestaje mi odpowiadać. To mi wyznacza płaszczyznę znoszenia innych osób. To daje mi również szansę, że inni ze mną wytrzymają. Otrzymałem przecież ten sam chrzest, co wszyscy. Mam tę samą nadzieję dojścia do pełnego poznania Boga. Na tę wspólną drogę zostaliśmy wyposażeni każdy inaczej i obdarowani według innej miary. Tę miarę ustalił dla każdego z nas sam Chrystus. Nie mogę tego stracić z oczu. Żadne różnice nie powinny mi odebrać świadomości, że tak jak przeze mnie, tak i przez każdego z nas działa sam Bóg. Pokora, cichość, cierpliwość, jedność Ducha pozwolą mi dojść do człowieka doskonałego, czyli takiego, jakim chciałby mnie mieć Chrystus. Nie dojdę tam nigdy sam. Możemy tam dojść tylko razem. Dziękuję Bogu, że mnie umieścił w takiej wspólnocie.

 

Psalm responsoryjny: Ps 19, 2-3. 4-5

Zdumiewa mnie fakt, że tam, gdzie ja dostrzegam działanie i obecność Boga, inni widzą tylko ślepe siły przyrody i martwe przedmioty. Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że inni nie widzą tego, co ja dostrzegam. Nie słyszą Boga, chociaż mi się wydaje, że wszystko o Nim mówi. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie świata pozbawionego Jego obecności. Jak opisać innym piękno, które widzę? Jak nie zatrzymać tylko dla siebie radości z tego daru?

 

Ewangelia: Mt 9, 9-13

Jak może wyglądać powołanie? Rzekł: Pójdź za mną. On wstał i poszedł. Dosłownie kilka słów, a za nimi stoi postawienie na głowie czyjegoś życia. Nie ma żadnej otoczki psychologizującej. Jezus nie zapytał Mateusza, czy czuje potrzebę zmiany życia. Opis ewangeliczny nie dostarcza nam również pola do rozważań nad ewentualnym wahaniem się Mateusza. Dwa słowa. Jedno – pójdź. I drugie – poszedł. Czyż nie tak wyglądają moje najgłębsze wybory? Czyż jest we mnie jakieś rozważanie, czy mi się moje chrześcijaństwo opłaci? Czyż jest we mnie miejsce na rozważanie, czy dam radę? Uświadamiam sobie, że każdy mój wybór dobra, to jest krótkie tak. Każdy mój wybór zła, to jest krótkie – nie. Nie dostrzegam stanów pośrednich. Kiedy w sumieniu staję przed wyborem, jest tylko miejsce na jednoznaczne decyzje. Albo płynę z prądem, albo idę za Jezusem. Jezus nieraz powtarzał: Wstańcie, chodźmy! Słowa te były tak bardzo bliskie Janowi Pawłowi II. Na swój miękki sposób powtórzył je również papież Franciszek, zachęcając nas do powstania z kanapy. Dzisiejsza Ewangelia przypomina też, że pójście za Jezusem może wymagać zawiązania wspólnoty z szemranym towarzystwem. Szemranym dla różnych elit, ale nie dla Jezusa.

 

Piątek, 22.09.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tm 6, 2c-12

Mam kłopot z czystością moich intencji. Ilekroć podejmuję jakieś działanie na forum rodzinnym, zawodowym lub społecznym, łapię się na tym, że moje intencje nie są do końca czyste. Jest w nich splątanie dobrych pobudek z chęcią zaznaczenia ważności mojej osoby. To samo dotyczy spraw wiary. W kontaktach z innymi nie udaje mi się wyrazić czystej nadziei, którą noszę w sobie. Nie umiem jej oddzielić od moich osobistych złych nawyków i zarozumiałości. Odnajduję to splątanie intencji w Pawłowym liście jak w lusterku. Przestrzega on Tymoteusza przed zwykłą chciwością pieniędzy, a zachęca do zadowolenia ze skromnego życia. Przestrzega go także przed nadętą pychą, a zachęca do prostolinijnego przekazywania wiary. Jakże trudno wybić się na czystą bezinteresowność. Dostrzegam, jak nierozumne pożądania osłabiają Kościół dzisiaj. Ileż wnoszą niepotrzebnego cierpienia. Jak wiele jest kłótliwości i podejrzeń. Nie chcę dokładać do tego swojego wewnętrznego splątania. Dlatego przyjmuję dzisiaj Pawłowe wezwanie do siebie: chcę uciekać od pożądania rzeczy i sukcesów, chcę podążać za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością. O taką wiarę chcę zawalczyć w dobrych zawodach z samym sobą.

 

Psalm responsoryjny: Ps 49, 6-7. 8-10. 17-18. 19-20

Psalmista w kilku celnych zdaniach wyraża moją najgłębszą intuicję. Przypomina, że tylko Bóg jest w stanie urządzić mnie na wieczność. Ta intuicja znalazła swój konkret w historii zbawienia. Cena wyzwolenia mojej dusz osiągnęła zawrotny poziom ceny życia Chrystusa. Kiedy tę prawdę dopuszczam do swojej świadomości, wszystko inne odzyskuje właściwe proporcje. Ustaje we mnie pragnienie jakiegokolwiek posiadania. Zanika też chęć porównań i jakikolwiek odcień zazdrości.

 

Ewangelia: Łk 8, 1-3

Przypomniałem sobie, że Magdalena, Joanna, Zuzanna i wiele innych kobiet wspierały Jezusa i dwunastu Apostołów w ich wędrówce i głoszeniu Dobrej Nowiny. Wspierały ich materialnie i swoją kobiecą pracą. Można zapytać, czy sukces głoszenia byłby możliwy bez ich udziału. Na szczęście nie ma potrzeby tworzenia alternatywnej historii zbawienia. Wystarczy, że zauważam aktywną obecność tych kobiet. Jakby mimochodem podkreślona jest także ich wdzięczność. Swoją pracę i majątek oddały w służbę Temu, kto wyzwolił je wcześniej z ich utrapień. A pamiętam, że różnie z tą wdzięcznością bywało. Czasem jeden na dziesięciu zawrócił, żeby choć powiedzieć „dziękuję”. Znalazł się i taki, który po uzdrowieniu doniósł na Jezusa kapłanom. A tutaj widzę pełne zaangażowanie w dobro, którego skutków te kobiety doświadczyły na sobie. Staram się w tym momencie pomyśleć o sobie. Czy będąc w Kościele, mam poczucie wyzwolenia od moich demonów, uzależnień lub tylko wad? Czy pielęgnuję
w sobie poczucie wdzięczności za wyzwolenie, którego doświadczyłem? A jeśli tak, to ile swojego osobistego majątku i swojej osobistej pracy włożyłem, aby wspierać głoszenie Ewangelii? Czy noszę w sobie chęć wspierania dobra? 

 

Sobota, 23.09.2017 r., wspomnienie św. Pio z Pietrelciny, prezbitera

Pierwsze czytanie: 1 Tm 6, 13-16

Część ludzi ma kłopot z uznaniem boskości Jezusa. Bo to się nie mieści w porządku naszego zwykłego postrzegania. Jak to jest możliwe, żeby Bóg i Człowiek mógł zaistnieć naraz
w jednej osobie Jezusa? Podobno młody biskup Tymoteusz był bombardowany takimi wątpliwościami swojego otoczenia. Stąd się wziął niezwykle podniosły ton Pawła, który zwrócił się do swojego ucznia mocnym słowem:
Nakazuję (…) ażebyś zachował przykazanie nieskalane, bez zarzutu, aż do objawienia się naszego Pana, Jezusa Chrystusa Można jednak pytać dalej: A kiedy Jezus się objawi? Niejeden człowiek chciałby wzmocnić swoją wiarę, spotykając Jezusa. Wiele osób odwiedzało w tym celu patrona dzisiejszego dnia, Świętego Ojca Pio. Już sam fakt występowania u niego stygmatów męki pomógł niejednej osobie podeprzeć zaufanie do wyznania Jezusa złożonego przed Piłatem. To, co się nie mieści w porządku zwykłego postrzegania, staje się jednak oczywiste w porządku miłości. Nauczycielka miłości, Matka Teresa wyraziła swoją pewność w krótkim zdaniu: On, który jest … Światłością ze Światłości, zechciał stać się stworzeniem z miłości do nas. W mojej wierze w bóstwo Jezusa opieram się na wyznaniu Jego samego. Jemu ufam.

 

Psalm responsoryjny: Ps 100, 1-2.3.4-5

Czuję się dumny z przynależności do mojej rodziny. Znam jej blaski i przypadłości z różnych okresów. Jako Polak czuję się dumny z przynależności do tej pięknej wspólnoty, jaką jest Polska. Mógłbym jeszcze mówić o moich związkach z miejscami zamieszkania i pracy. Ale najbardziej spełniony i najbardziej szczęśliwy czuję się z mojej przynależności do Boga, który zapragnął mojego istnienia. I temu pragnieniu jest wierny. Staję przed Nim z radością i z tęsknotą za ostatecznym spotkaniem.

 

Ewangelia: Łk 8, 4-15

Opowiedzianą przez Jezusa przypowieść można oglądać z różnych stron. Można w niej dostrzec ziarno – Słowo Boże, można dostrzec cztery rodzaje gleby albo siewcę. Są w niej obecne różne aspekty nauczania Jezusa. Najbardziej podoba mi się związane z nią rozważanie o hojności siewcy. Bo cóż to za gospodarz, który wszędzie rozrzuca ziarno? Nie żałuje go
i nie wylicza. Wydaje się, że nie martwi się tym ziarnem, które się zmarnuje, a bardziej się troszczy o to, żeby każdy zakątek został obsiany. Żeby żaden skrawek ziemi nie został pominięty. Tak właśnie postrzegam Pana Boga, który wszystkiego dostarcza w nadmiarze. Niejednokrotnie nie potrafię tylko z tego skorzystać. Najdalej posuniętą rozrzutnością Boga było Jego ostateczne Słowo wypowiedziane do mnie – Jego własny Syn. Najcenniejsze ziarno, które dla mnie obumarło. A następnie przyniosło owoc nie dający się obliczyć. Święty Ireneusz, tak to podsumował:
W swej bezgranicznej miłości On stał się tym, czym my jesteśmy, abyśmy mogli stać się tym, czym On jest. W kontekście dzisiejszej przypowieści naśladowanie Boga w Jego hojności wymaga ode mnie, żeby moje chrześcijaństwo nie było wyliczone. Trzeba, żeby i we mnie coś obumarło.