Niedziela, 27.08.2017 r.

Pierwsze czytanie: Iz 22, 19-23

Fragment starotestamentalnego proroctwa, dotyczącego zmiany na stanowisku zarządcy pałacu królewskiego w Jerozolimie, zawiera przemawiające do wyobraźni sformułowania. Symbolem pasowania na opiekuna domu władcy jest położenie na ramieniu wybrańca klucza, a sam klucz oznacza władzę nad danym miejscem, jako narzędzie „zamykania i otwierania”. Bóg gwarantuje Eliakimowi niepodważalny autorytet, oraz nienaruszalność jego pozycji – przy czym z kontekstu wynika, że ta ostatnia może się jednak zachwiać, jeśli urzędnik pozwoli się skorumpować rodzinie, korzystającej z jego stanowiska.

Słowa o Bożym Kluczniku, który definitywnie „otwiera i zamyka”, powracają w Nowym Testamencie na kartach Apokalipsy Jana i tam odnoszą się do Chrystusa. To On jest ostatecznie niezawodnym Zarządcą domu Bożego, czyli (zgodnie z bogactwem znaczeń terminu „dom” w kulturze biblijnej) namiestnikiem Ojca w Bożej rodzinie. Na szczęście to Chrystus rządzi Kościołem, niezależnie od możliwych i faktycznych potknięć ludzi, których On sam stawia na czele swojej Gromady Zwołanych Przez Łaskę.

 

Psalm responsoryjny: Ps 138, 1b-2a.2b-3.6.8bc

Pozwalając się prowadzić Psalmowi możemy wyrażać Bogu wdzięczność za każdą (nawet niewielką) odpowiedzialność, jaką nam powierzył – i za to, że dał nam zdolność do wywiązania się z życiowych zadań, „pomnożył moc duszy”. Czy nie bywa tak, że z początku jakaś nowa rola wydaje się przekraczać możliwości, a potem dziwię się sobie samemu, robiącemu właśnie to, co trzeba? Natchniona pieśń zwraca uwagę na stałe cechy towarzyszącego nam Pana: łaskę-życzliwość i wierność. Bóg zawsze dobrze nam życzy i nigdy nas nie porzuca, choć czasem przekonujemy się o tym dopiero po przejściu trudnego momentu, gdy zaufanie było wystawione na próbę.

Stwierdzenie, że Najwyższy „patrzy łaskawie na pokornego” znaczy tyle, że dopiero w postawie pokory – uznania swej zależności od Boga i zgody na bycie od początku do końca obdarowywanym („cóż masz, czego byś nie otrzymał?”, 1 Kor 4, 7) – jesteśmy zdolni przyjąć łaskę, której Pan nikomu nie odmawia. Na tej samej zasadzie Bóg „sprzeciwia się pysznym” (por. Jk 4, 6), to znaczy nie bardzo może (szanując naszą wolność) obdarować kogoś, kto udaje samowystarczalnego. Pycha to samobójcze dla pyszałka nieporozumienie i daj Boże, żeby każdy z nas uświadamiał to sobie w kontekście własnego życia.

 

Drugie czytanie: Rz 11, 33-36

Króciutki hymn na cześć mądrości Bożej stanowi zwieńczenie wykładu apostoła na temat sytuacji Żydów i nawracających się pogan w perspektywie zbawienia – misternej operacji ratowania przez Stwórcę zagubionych stworzeń, zwoływania ich przez Boskie Słowo do domu Ojca… Te parę wersetów wyraża uniesienie Pawła wobec natchnionej intuicji, zgodnie z którą zarówno poganie nieszukający Bożej drogi, jak i dzieci Izraela, które się na tej drodze potknęły (o przeszkodę w postaci zbyt zaskakującego Mesjasza), nieświadomie idą na spotkanie łaski: „Bóg dopuścił na wszystkich więzy nieposłuszeństwa, żeby wszystkim okazać miłosierdzie” (Rz 11, 32). Boża mądrość, którą sławi Paweł, to mądrość miłosierdzia, łącząca prostoduszność gołębia z przezornością węża (por. Mt 10, 16), towarzysząca nam na naszych krętych drogach, a przecież absolutnie prostolinijna; nieskomplikowanie klarowna, a jednak cudownie elastyczna. To nie jest mądrość strażnika kodeksów etycznych, tylko absolutne rozeznanie Wszechwiedzącej Miłości, która nie chce stracić nawet źdźbła wiszącego na jednym włóknie, nawet resztki dogasającego żaru (por. Iz 42, 3)…

Tak, mądrość Bożego Miłosierdzia jest niezgłębiona i wobec jej objawienia w Chrystusie – świętym Przyjacielu grzeszników (por. Mt 11, 19), Pasterzu zabłąkanych (por. Łk 15, 4-5) – pozostaje nam tylko zachwyt i wdzięczność, oraz pokora. Nie próbujmy sądzić innych, nawet mocno pogubionych, bo nie jesteśmy powołani na doradców Mistrza naszych sumień. Nie zachowujmy się tak, jakbyśmy sami nie byli Jego dłużnikami. Dajmy się po prostu chwycić za serce i zaangażować w służbie Miłości będącej Początkiem, Drogą i Celem wszystkiego oraz wszystkich.

 

Ewangelia: Mt 16, 13-20

Słowa o Piotrze-Skale były często przywoływane w kontekście dyskusji o zarządzaniu Kościołem, oraz rzymskokatolickiej polemiki z prawosławnymi i protestantami. W oparciu o ten tekst uznajemy, że jeden z następców apostołów (biskup wspólnoty modlącej się na grobie Piotra) ma być odpowiedzialny za funkcjonowanie Bożej Gromady w wymiarze globalnym. Jednak również w katolickiej dogmatyce właściwą Skałą-Fundamentem życia Kościoła pozostaje Chrystus (por. 1 Kor 3, 11; Ef 2, 20). Nasz Pan nie abdykował na rzecz papieża i wbrew błędnym stereotypom biskupowi Rzymu nie przysługuje w katolicyzmie władza absolutna. Nawiasem mówiąc władzę „związywania i rozwiązywania” – co w języku szkół rabinackich oznaczało wydawanie zakazów i zezwoleń – otrzymali według Ewangelii wszyscy apostołowie (por. Mt 18, 18). Papieski prymat i biskupia kolegialność, autentyczne dzielenie odpowiedzialności (o które tak mocno upomina się obecny papież), są w Kościele równie ważne i niezbędne.

Zwróćmy uwagę, że Szymon jest nazwany Skałą w reakcji na swe wyznanie wiary, które wypowiada z Bożej inspiracji (por. Mt 16, 17) – natomiast gdy chwilę później spróbuje samowolnie „poprawiać” Jezusa, usłyszy: „Odejdź za Mnie, Szatanie!” (Hypage opísō Mou Satana, Mt 16, 23). Właściwe miejsce pierwszego z apostołów (i pierwszego z biskupów) jest zawsze za Chrystusem, na Jego śladach, na pierwszym miejscu w szeregu uczniów, ale bez wychodzenia przed ten szereg. Piotr jest skałą wtedy, gdy stoi na skale, na twardym gruncie wierności Chrystusowi. Pismo uczy, że nawet dysponowanie „kluczami Królestwa Bożego” nie chroni przez upadkami – jednak piekielne czeluści nie wchłoną Kościoła, ponieważ Chrystus wspiera wierność pierwszego apostoła własnym wstawiennictwem, żeby ten „nawróciwszy się (epistréphas) utwierdził braci” (por. Łk 22, 32). Katolickie zaufanie do urzędu następcy św. Piotra jest pokładaniem ufności nie w człowieku lub instytucji (historia uczy realizmu w tej kwestii), tylko w obietnicy Pana.

Zdrowy stosunek do hierarchii łączy w sobie subordynację i ducha braterstwa w obliczu jedynego Nauczyciela (por. Mt 23, 8.10). Z jednej strony rozstrzygnięcia kościelnych autorytetów mają Boską sankcję (są „uznawane w niebie”) i powinniśmy „szanować tych, co przewodzą nam w Panu i nas napominają” (por. 1 Tes 5, 12). Z drugiej strony bywają sytuacje, gdy nawet ktoś obdarzony najwyższym autorytetem zasłuży na krytykę – jak Piotr w Antiochii, upomniany przez Pawła z powodu ulegania naciskom rygorystów, fanatyków starych przepisów (por. Ga 2, 11-12). Dar, jakim jest dla wspólnoty Kościoła hierarchiczne przywództwo, nie zwalnia z obowiązku osobistego rozeznawania Bożych dróg. Jak napisał swego czasu półżartem John Henry Newman, przed toastem za papieża należałoby wypić najpierw za sumienie.

 

Poniedziałek, 28.08.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tes 1, 1-5.8b-10

Mamy przed sobą początek najstarszego tekstu Nowego Testamentu – listu napisanego przez Pawła około 51 roku naszej ery do wspólnoty, którą apostoł założył osobiście kilka miesięcy wcześniej. Słowo Boże przemawia tu poprzez świadectwo o młodości chrześcijańskiego Kościoła (Eklezji, czyli „Gromady Przywołanych”) w Europie, na terytorium Macedonii.

Paweł w imieniu własnym i współpracowników wyraża wdzięczność Bogu za życie chrześcijan z Tesaloniki, u których zaobserwował „dzieło wiary, trud miłości i wytrwałość nadziei pokładanej w Chrystusie” (por. 1 Tes 1, 3). Niewielka, doświadczona prześladowaniem społeczność promieniowała dynamizmem i radością (por. 1 Tes 1, 6). Jeśli chcemy się dzisiaj inspirować tym tekstem, to może dobrze byłoby powrócić właśnie do radości Ewangelii głoszonej w mocy Ducha? Zamiast utyskiwać nad spadkiem ilości „chodzących do kościoła” i rosnącym dystansem wobec „wartości chrześcijańskich”, może lepiej dziękować Bogu za małe grupy roznoszące „aromat znajomości Chrystusa” (2 Kor 2, 14)? W nowotestamentowej grece jedno i to samo słowo oznacza łaskę, wdzięczność i powab – a jeśli powab Bożej łaski (piękno miłosierdzia) rodzi wdzięczność, to z kolei wdzięczność otwiera na łaskę, pozwala ją smakować. Chłonięcie łaski Chrystusa zmienia serce i ratuje przed zderzeniem z Boskim „gniewem”, sprzeciwem Stwórcy wobec psucia stworzenia.

 

Psalm responsoryjny: Ps 149, 1b-2.3-4.5-6a.9b

Modląc się przewidzianym przez liturgię Psalmem możemy wychwalać Boga za wszystkie Jego zwycięstwa w życiu własnym i całej wspólnoty Kościoła – oddawać Mu chwałę za wszystko, co w tej wspólnocie piękne mimo niedoskonałości i grzechów sióstr i braci, oraz (przede wszystkim) mnie samego. Swego czasu Josef Ratzinger – Benedykt XVI powiedział, że współczesny Kościół za dużo zajmuje się samym sobą, podczas gdy jest powołany do pokazywania Boga. Kościół skoncentrowany na uwielbianiu swego Stwórcy i Króla, cieszący się Nim, staje się atrakcyjny wcale o to nie zabiegając, zwycięża pokusy świata powabem łaski, pięknieje jak zakochana dziewczyna.

Czy nie jest, na przykład, ciekawą lekcją Opatrzności fakt, że tak wiele nowych wspólnot katolickich narodziło się we Francji? Tamtejszy Kościół, w dawnych czasach silny tradycją i królewskimi przywilejami, w wyniku rewolucji oraz późniejszych przemian stracił pozycję, prestiż, oraz rzesze wyznawców. Pozostał mu jedynie Chrystus – i oto w kraju zadekretowanej laickości, opustoszałych klasztorów i wymierających parafii rozkwitły (a potem rozprzestrzeniły się po świecie) nowe formy życia monastycznego i aktywności wiernych „świeckich”, fascynujące połączenia tradycyjnych szkół duchowości i współczesnej odnowy charyzmatycznej, wspólnoty łączące na równych prawach i w tej samej misji osoby różnego stanu życia (konsekrowanych celibatariuszy, małżonków, niezdeklarowanych „singli”)…
Z popiołów sekularyzacji podnosi się Kościół pełen prostoty i uroku, imponujący dynamizmem ewangelizacyjnym oraz chwytający za serce pięknem modlitwy i liturgii. Eklezja, Gromada Chrystusa, niczym Oblubienica z 
Pieśni nad pieśniami wyłania się z religijnej pustyni, „spalona słońcem, ale piękna”, oraz „wsparta na swoim Oblubieńcu” (por. Pnp 1, 5; 8, 5).

Kościół zwycięża nie wtedy, gdy próbuje być silny, ale kiedy w pokorze stawia wyłącznie na swego Pana, kochając Go do szaleństwa.

 

Ewangelia: Mt 23, 13-22

Mocne słowa Jezusa pod adresem rabinów, oraz członków najgorliwszego stronnictwa religijnego w Izraelu, to wyraz miłości i troski ze strony Mesjasza. Miłość czasem musi potrząsnąć kimś bliskim, ale zaślepionym. Faryzeusze byli w gruncie rzeczy najbliżsi tej interpretacji judaizmu, jaką głosił Nazarejczyk, dzięki czemu później Paweł jako wyznawca Chrystusa będzie mógł się nadal uważać za faryzeusza (por. Dz 23, 6). Zarazem właśnie ci najbliżsi okazali się najmniej otwarci na ducha i przesłanie Pism, o wierność którym tak walczyli (por. J 5, 39-40).

Warto pamiętać, że w Nowym Testamencie znajdziemy też słowa względnego uznania dla gorliwości faryzeuszy i nauczania znawców Pisma (por. Mt 5, 20; 23, 3), oraz wzmiankę o faryzeuszach przychylnych Jezusowi (por. Łk 13, 31). Padają tam również konkretne imiona szlachetnych faryzeuszy, jak Nikodem, czy Gamaliel, mistrz Pawła (por. J 3, 1-2; 7, 50-51; 19, 39; Dz 5, 34-39). Zasadniczo jednak widzimy, że problemem jakiejś części tego ugrupowania były formalizm i nieszczerość, sprowadzenie religii do sztywnego systemu przepisów przy jednoczesnym lawirowaniu, żeby się w tym systemie wygodnie urządzić.

Jeśli czytamy dziś ze Świętej Księgi tę krytykę „faryzeuszy obłudników”, to nie po to, żeby ubolewać nad stanem żydowskich elit sprzed wieków lub patrzeć z wyższością na judaizm (czego zresztą Nowy Testament wyraźnie zabrania, por. Rz 11, 17-24). Słowo Boże zwraca się do nas, jego zbawienny sąd nad sumieniami rozpoczyna się od Kościoła (por. 1 P 4, 17). To my mamy unikać postawy zbłąkanych radykałów, oszukujących własne serca – skrupulatnych gdy chodzi o formalne zasady, ale w praktyce dalekich od „prawości, miłosierdzia i zawierzenia” (por. Mt 23, 23; Mi 6, 8). Ile toczymy kłótni o „wartości chrześcijańskie” oraz reguły moralne, ignorując przy tym nakaz delikatności wobec myślących inaczej (por. Kol 4, 5-6; 2 Tm 2, 24-25; 1 P 3, 16) i nie chcąc się uczyć, że wolą Boga jest krążenie miłosierdzia (Oz 6, 6; Mt 9, 12-13)! Nigdy dosyć przypominania: Chrystus okazuje surowość przede wszystkim wobec „religijnie poprawnych”, natomiast grzeszników traktuje przyjaźnie, choć potępia grzech (por. Łk 19, 5; J 4, 7-26; 8, 10-11)…

 

Wtorek, 29.08.2017 r., wspomnienie męczeństwa św. Jana Chrzciciela

Pierwsze czytanie: Jr 1, 17-19

Bóg zaprasza proroka do bycia odważnym, a motywem tej odwagi ma być wiara rozumiana biblijnie, jako poleganie na Bogu. Autor księgi w archaiczny sposób wyraża prawidłowość, zgodnie z którą ten, kto się podda lękowi przed ludźmi, pozostanie we władzy lęku – natomiast kto postawi na słowo Boże i pójdzie za nim, ten się okaże niezłomny. Słysząc polecenie „przepasania bioder” (co w języku kultury biblijnej oznacza mobilizację) Boży człowiek wie, że to Pan osobiście „przepasuje go mocą” (por. Ps 18, 33), na przekór jego własnym słabościom.

Zarazem Biblia nie ukrywa (a doświadczenie potwierdza), że wierność Bogu nie chroni przed krzywdami i klęskami, oraz że Boża moc w człowieku wiary „uskutecznia się w bezsilności” (2 Kor 12, 9). Kto się zaprzyjaźnił ze Słowem Boga, ten wie, że Ono (czyli sam Chrystus) prowadzi nas własną drogą: „obalanych, ale nie ginących; nieustannie noszących w naszym ciele umieranie Jezusa, aby i życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2 Kor 4, 9-10). Służyć Bogu, przeciwstawiając Jego słowo korupcji świata, korupcji w Kościele i przede wszystkim zepsuciu we własnym sercu, to przeżywać po trochu ukrzyżowanie, ale także doświadczać stopniowo przedsmaku zmartwychwstania.

 

Psalm responsoryjny: Ps 71, 1-2.3-4a.5-6.15ab.17

Niech natchniona pieśń uczy nas absolutnego zaufania do Boga, wbrew pozorom mogącym sugerować, że Jego królestwo jest w odwrocie. Obyśmy nigdy nie dali się zastraszyć okolicznościom i umieli się chronić w sercu niewidzialnego Zbawcy – bo naprawdę mamy tam schronienie, a nawet mieszkanie. Niezależnie od tego, czy Boża interwencja wyrwie nas z kłopotów, ocali przed zagrożeniem, czy przyjdzie nam „powierzać ducha” Bożym rękom, ponosząc klęskę według kryteriów świata (por. Łk 23, 46), nie zawiedziemy się. Naszą twierdzą jest serce Chrystusa, który zwyciężył świat na swoich zasadach (por. J 16, 33). Nam też obiecano zwycięstwo, choć niekoniecznie w każdej bitwie – ale wygrywamy całą wojnę, kiedy „i w życiu i w śmierci należymy do Pana” (por. Rz 14, 8).

 

Ewangelia: Mk 6, 17-29

Możemy medytować nad losem proroka, „rozpamiętywać koniec jego życia”, żeby się uczyć „naśladowania jego wierności” (por. Hbr 13, 7). Jeśli zechcemy podkreślić nieustępliwość Jana w obronie Boskich reguł, to zwróćmy też uwagę, że w Ewangelii nie czytamy o żadnej słownej agresji z jego strony. Komunikat dla króla jest klarowny, prosty i pozbawiony osądzających komentarzy: „Nie wolno ci żyć z żoną brata”. Dowiadujemy się przy tym z tekstu, że prorok paradoksalnie zyskał sobie u zdemoralizowanego władcy pewien szacunek, wręcz autorytet. Warto być może zastanawiać się nad stylem, w jakim Jan odniósł swoje moralne i duchowe zwycięstwo – niewątpliwe zwycięstwo, mimo faktu, że Herod Antypas „odrzucił Boży zamiar co do siebie” (por. Łk 7, 30), przynajmniej w danym momencie.

Wydaje się też, że na uwagę zasługuje tragiczna logika rządząca upadkiem króla, który nie poradził sobie z uwikłaniem w złe wybory – mimo odzywającego się w nim sumienia. Czy serce Heroda stanowiło ten „skalisty grunt”, o którym mówił Jezus w przypowieści o siewcy (por. Mt 13, 5-6.20-21)? Nauki Jana fascynowały go, ale nie zapuściły w nim korzeni na tyle głęboko, by wydać w praktyce „owoc godny opamiętania” (Mt 3, 8). Co więcej, zauroczenie słowami proroka okazało się zbyt słabą motywacją, żeby przeciwstawić się intrydze konkubiny, urokowi jej córki, domniemanym opiniom zaproszonych na ucztę gości… Odwołując się w dalszym ciągu do wspomnianej przypowieści, można dostrzec w sercu Heroda „glebę” zarośniętą cierniami – troski wynikłe z pożądań i ambicji, oraz złudna wizja szczęścia zagłuszyły kiełkującą mądrość (por. Mt 13, 7.22). Jeśli z jednej strony Bóg sam wykazuje, a nam każe naśladować, ogromną cierpliwość wobec upadających (por. Mt 5, 45; 18, 21-22), to z drugiej strony zrywanie z uświadomionym sobie grzechem musi być jak chirurgiczne cięcie (por. Mt 18, 8-9). Jeśli nie wytniemy ogniska duchowego nowotworu, on stopniowo ogarnie wszystkie sfery życia. Jeśli urok Boskiego Słowa nie wzbudzi we mnie miłości-przywiązania (philía) większego niż wszystkie inne obiekty uczuć (łącznie z własnym ego), to nie pozwolę Panu wyciągnąć mnie z bagna (por. Mt 10, 37), z ognistego śmietniska Gehenny (por. Mt 18, 9).

 

Środa, 30.08.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tes 2, 9-13

Słowa apostoła mogą być inspiracją zarówno dla duszpasterzy, jak i dla każdego chrześcijanina, bo wszyscy jesteśmy „pracownikami przy żniwach Pana” (por. Mt 9, 38). Zapewniając wiernych z Tesaloniki o swej bezinteresownej miłości, Paweł przypomina, że równolegle do działalności misjonarskiej w ich mieście pracował zarobkowo, żeby nie obciążać rodzącej się wspólnoty kosztami swojego utrzymania (do czego właściwie miałby prawo, por. 1 Tes 2, 7). Jeszcze istotniejszy jest styl, w jakim nauczał – „zachęcając, pocieszając i dając świadectwo”. Chyba nigdy dość przypominania, że tym, co ogłaszamy, jest Dobra Wiadomość o Łasce (por. Dz 20, 24), o absolutnej życzliwości Ojca z nieba i ucieleśniającym tę życzliwość Chrystusie. Sługom Ewangelii przystoi braterska pokora (por. Mt 23, 8) i rodzicielska troskliwość, naśladowanie dobroci niebiańskiego Abba-Taty (por. Łk 6, 36).

Wydaje się, że zbyt dużo dziś zirytowanych katolików, twierdzących, że mają prawo rzucać gromy na bliźnich, bo Jezus także wołał: „Plemię żmijowe!” (Mt 23, 33). Zapominają, że ostre słowa Pan rezerwował dla zakłamanych pobożnisiów o twardych sercach, religijnych formalistów zaniedbujących „sprawiedliwość, miłosierdzie i wierność” (por. Mt 23, 23-26) – natomiast dla tych, co się ewidentnie pogubili, był przyjaznym Terapeutą, Lekarzem duszy, Świadkiem Boga, który „chce miłosierdzia, a nie ofiary” (por. Mt 9, 12-13).

 

Psalm responsoryjny: Ps 139, 7-8.9-10.11-12ab

Psalm podpowiada nam uwielbienie i wdzięczność dla „Ojca, który jest w ukryciu” (Mt 6, 6), ale ukazuje swoje oblicze w Chrystusie – Dobrym Pasterzu (por. J 14, 9-10) i podtrzymuje nas Jego ręką (naznaczoną raną po gwoździu, stygmatem Przymierza). Z kolei Pośrednikiem tego nieustannego kontaktu z Nieuchwytnym jest Duch Święty, przenikające nas i otulające Tchnienie źródlanego Życia. Dobrze wiedzieć, że „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” w objęciach Boga (por. Dz 17, 28), w Jego nieuniknionej obecności – koniecznie pamiętając, że ta obecność jest od zawsze i na zawsze absolutnie życzliwa. Nie ma ucieczki od Jego uwagi pełnej akceptacji i troski pełnej wyczucia. Nawet mrok, jaki czasem sami wokół siebie roztaczamy, flirtując z ciemnością, nie stanowi przeszkody dla pełnego blasku spojrzenia Miłości, która (jak to odkrył św. Augustyn) jest z nami nawet wtedy, gdy my nie jesteśmy z nią. Obyśmy przestali uciekać przed własnym szczęściem.

 

Ewangelia: Mt 23, 27-32

Przypomnijmy: Jezusowa krytyka pod adresem obłudnych faryzeuszy i znawców Pisma – wewnętrznie zakłamanych „radykałów” oraz „zawodowych wyznawców” – to przede wszystkim materiał do rachunku sumienia dla nas, zdeklarowanych wierzących, poczuwających się być może do „obrony wartości”… Bywa tak, że walka o zasady, czystość moralną lub wierność tradycji, jest ucieczką od bałaganu we własnym sercu, zagłuszaniem niepokoju sumienia, zakrzykiwaniem swojego lęku. Próbujemy wymusić na otoczeniu ład, którego nie mamy w sobie.

Niech nas Bóg broni przed gorliwością fanatyka, strażnika świętego porządku, który nie oddycha atmosferą domu Ojca (por. Łk 15, 28-32) – niech nas zachowa od pasji moralisty, któremu obca jest mentalność Chrystusa „noszącego nasze ciężary” (por. Iz 53, 4; Mt 8, 17; Ga 6, 2) – niech nas wyleczy z diabelskiej gorliwości w oskarżaniu innych (por. Ap 12, 9-10) zamiast bycia adwokatem (paráklētos) ich ugody z Bogiem (por. J 14, 26; 15, 26; 16, 8-11; 1 J 2, 1; Kol 5, 20)… Zdrową reakcją ułaskawionych dłużników nieba (por. Mt 18, 23-33) jest wdzięczność (por. Kol 3, 15c) owocująca wielkodusznością (por. Kol 3, 12-13), włączeniem się w łańcuch miłosierdzia i „przygarnianiem innych tak, jak zostaliśmy przygarnięci” (por. Rz 15, 7).

Gorzej, jeśli człowiek przyjmuje łaskę (dar Serca) „na próżno” (por. 2 Kor 6, 1), pozostając skupionym na sobie. To wtedy możliwe jest godzenie zewnętrznej poprawności, a nawet rygoryzmu, z cichym tolerowaniem we własnym życiu wyjątków od głoszonych reguł, lub sprytnym interpretowaniem tych reguł tak, żeby nie kazały mi nic w sobie zmienić… Wtedy za fasadą pobożności może się kryć duchowa trupiarnia. Oczywiście, wszyscy jesteśmy dopiero na drodze nawrócenia (por. Flp 3, 12-13), każdy bywa codziennie „policzkowany” przez jakieś swoje słabości (2 Kor 12, 7) i być może „siedem razy na dzień upada” (por. Prz 24, 16)… Ale nie ma (nie może być) zgody na podwójne życie, które weszło człowiekowi w krew – na katechetę uzależnionego od pornografii, duszpasterza wykorzystującego seksualnie podopiecznych, członka rady parafialnej stosującego przemoc domową, albo szanowanego parafianina, który jako właściciel firmy miesiącami zalega z wypłatami (lub jako kamienicznik wykańcza lokatorów podwyżkami czynszu)… Jak przypomina papież Franciszek, jest różnica między grzesznością-ułomnością, z którą człowiek się zmaga, a niemoralnością-zepsuciem, na które się zgodził.

Nie bójmy się też zobaczyć, że przed sądem słowa Bożego (por. J 12, 48) stoją nasze kościelne instytucje i panujące w nich zwyczaje. Jeśli czcimy pamięć teologów, których wcześniej niszczono szykanami, oraz wspominamy świętych, którzy za życia doświadczyli upokorzeń w ramach struktur zakonnych czy diecezjalnych, to niech to nie będzie obłudne „przystrajanie grobowców sprawiedliwych” (por. Mt 23, 29). Zdrowa lojalność wobec Kościoła Chrystusa wymaga „uznawania tych, co w Panu nam przewodzą” (por. 1 Tes 5, 12), ale nie unieważnia słów samego Pana: „Władcy narodów dominują nad nimi, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie wśród was…” (Mt 20, 25-26). Cenione przez katolików „trzymanie z Kościołem” zakłada cnotę posłuszeństwa, jednak czasem trzeba też w imię posłuszeństwa Bogu zawalczyć o właściwe oblicze Bożej Gromady, po bratersku (por. Mt 23, 8) upomnieć przełożonych, żeby pełnili swoją funkcję naprawdę „w Panu” – czyli nie tylko z upoważnienia Chrystusa, ale również w Chrystusowym stylu.

 

Czwartek, 31.08.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tes 3, 7-13

To chyba oczywiste, że apostoł czuł się dogłębnie pocieszony świadomością, że ludzie, których doprowadził do wiary, trwają dzielnie przy Chrystusie. Paweł był dumny z Tesaloniczan, jak ojciec z dobrze radzących sobie w życiu dzieci. Jednak wydaje się, że w nieco podobny sposób możemy się też wszyscy cieszyć sobą nawzajem, dostrzegając postępy innych chrześcijan w Jezusowej szkole… Nawet jeśli, podobnie jak Paweł w stosunku do adresatów listu, zauważylibyśmy jednocześnie w ich życiu wiarą jakieś braki (zresztą apostoł także o sobie powie, że dopiero „biegnie” ku doskonałości, por. Flp 3, 12)

W przeczytanym fragmencie rzuca się w oczy głęboko ewangeliczna myśl, że „nienaganna świętość” oznacza „spotęgowaną miłość nawzajem do siebie i do wszystkich” (por. 1 Tes 3, 12-13). To, jak bardzo jesteśmy po stronie Boga i Chrystusa, wyraża się w jakości naszych relacji zarówno ze współwyznawcami, jak i z ludźmi spoza kościelnej wspólnoty. Radykalizm, o który często się dziś upominają katoliccy kaznodzieje i publicyści, powinien zgodnie z Ewangelią polegać przede wszystkim na radykalnej afirmacji każdej napotkanej osoby (jej „przygarnięciu tak, jak Chrystus mnie przygarnął”, por. Rz 15, 7), oraz na radykalnym obdarowaniu tej osoby moją uwagą, życzliwością, konkretną dobrocią.

 

Psalm responsoryjny: Ps 90, 3-4.12-13.14.17

Jeżeli dziecko Boga, uczeń Chrystusa, przypomina sobie o krótkości ziemskiego życia, to nie po to, żeby wywołać u siebie przygnębienie lub stres. Autentyczna mądrość serca uczy nie tylko tego, że bolesne przemijanie to efekt rozdźwięku między wolą Boga a życiem ludzi (por. Ps 90, 9), że grzech zainfekował naszą egzystencję chaosem – ale też pokazuje, że sprzeciwiający się grzechowi Bóg jest dla człowieka ucieczką (por. Ps 90, 1). Mądre serce wie, że nad ludzką biedą góruje Boża łaska, Jego absolutna życzliwość i miłosierdzie, a stosunkowo niewielką ilość „naszych dni” trzeba spożytkować na współpracę z Bożą dobrocią. Prosząc Pana o wsparcie „dzieła naszych rąk”, nie modlimy się o błogosławieństwo dla realizacji każdego pomysłu, tylko o prowadzenie w „rozumnej służbie” (por. Rz 12, 1), w zajmowaniu się tym, co z Bożą pomocą rozpoznajemy jako „dzieło Pana” (por. 1 Kor 15, 58) w naszym życiu.

 

Ewangelia: Mt 24, 42-51

Ewangelia odczytywana uważnie, według klucza, jakiego dostarcza zachowanie Chrystusa w jej kulminacyjnych momentach – gdy na krzyżu oddał życie za nieprzyjaciół (por. Rz 5, 7-8.10), a jako zmartwychwstały przynosi „pokój dalekim i bliskim” (por. Ef 2, 17) – okazuje się zdecydowanie Dobrą Wiadomością. Oznacza to, że Bóg absolutnie nikomu nie grozi. Twarde słowa o konsekwencjach braku czuwania nad jakością swego życia nie są groźbą, tylko ostrzeżeniem przed czymś, co możemy sobie zrobić sami.

Zgodnie z duchem Nowego Testamentu oczekiwanie na koniec obecnego świata, oraz na kres własnego życia na tej ziemi, jest czekaniem na „nasze Odkupienie” (por. Łk 21, 28). Dla ludzi Biblii to pojęcie oznaczało wyzwolenie i przywrócenie godności, początek nowej egzystencji. Jezus wróci po tych, za których oddał życie, żeby ich zabrać do wiecznego domu, na łono wiecznej rodziny, do szczęśliwego Miasta Pokoju, którego obywatelstwo nam nadał (por. Ga 4, 26; Ap 21, 2-4). Już teraz jesteśmy wewnętrznie mieszkańcami „Niebiańskiej Jerozolimy”, jeśli trwamy w nurcie wylanej na świat miłości (w usposobieniu Chrystusa, w zjednoczeniu z Nim) – jeżeli pozwalamy, żeby ta miłość nas przepełniała i przelewała się z nas na innych, jeśli „wydajemy jej owoc” w postaci miłości bliźniego (por. J 15, 4.8-10.12). Problem w tym, żeby nie dać się skusić nawykom „dawnego człowieka”, podszeptom egoizmu, którym zostaliśmy skażeni „dziedzicząc go po przodkach” (por. Kol 3, 5-10; 1 P 1, 18-23). Jeśli wyjdziemy z nurtu miłości, otrząśniemy się z niej, przestaniemy czerpać ze Źródła autentycznego życia, to może się zdarzyć, że Chrystus nie odnajdzie w nas tego, co zasiał – tylko jakąś czarną dziurę pozostałą po „dziecku światłości” (por. Ef 5, 8-9).

W przypowieści mowa o tym, że niewiernego sługę Miłości (jej zdrajcę, wiarołomnego przyjaciela, por. J 15, 15) – co zamiast karmić dobrem powierzonych swej trosce kolegów, woli wyrządzać krzywdę innym, a sobie dogadzać – zaskoczy przyjście Pana, który go „odetnie” (dichotomēsei). Co innego pozostałoby ogrodnikowi, stwierdzającemu uschnięcie jakiegoś pędu winorośli, niż go po prostu „oberwać” (aírō, por. J 15, 2)? Jeśli pozwolimy, żeby miłość w nas wyschła, jeśli utracimy (co nie daj Boże) wszystkie żywotne soki Ducha, to jako „latorośle Chrystusa” będziemy się nadawać tylko do „spalenia”. Powtórzmy – to nie groźba, bo Ogrodnik naszego życia „nie złamie nadłamanej trzciny” (por. Iz 42, 3), ratuje nawet resztki dobra w każdej istocie. Ale musimy czuwać nad swym duchowym stanem, nad układem krążenia miłości, nie igrać z możliwością wywołania u siebie mistycznego zawału…

 

Piątek, 1.09.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tes 4, 1-8

Dobrze (czyli zgodnie ze słowem Bożym) rozumiana świętość – „doskonałość” według Bożego serca – z pewnością nie polega na moralnym perfekcjonizmie, a tym bardziej nie koncentruje się jakoś szczególnie na kontroli seksualności. Biblia nie jest pruderyjna. Jednak z drugiej strony przyswajanie i przeżywanie podarowanej nam za darmo świętości (uświęcającej przynależności do Chrystusa, por. 1 Kor 1, 2.30) wiąże się w aspekcie pozytywnym z „trwaniem w miłości Pana” (por. J 15, 9), czerpaniem z Niego i owocowaniem miłością w relacjach z ludźmi (por. J 15, 8.16) – a w negatywnym aspekcie wymaga konsekwentnego zrywania z „dawnym człowiekiem” (por. Ef 4, 22), z chorym usposobieniem egoisty. Rozwiązłość jest zła nie dlatego, że dotyczy seksu, ale dlatego, że wykorzystuje innych i upadla tego, kto się jej dopuszcza, fałszuje naturalny język ciała, graniem na instynktach oszukuje duszę pragnącą miłości.

Ostatnie zdanie naszego fragmentu przemyca w otoczce upomnienia ziarno nadziei. Dopuszczanie się rozwiązłości jest naganne, bo stanowi odepchnięcie Ducha Świętego, posłanego do najgłębszej jaźni. A więc pozbycie się złych nawyków i wytrwanie w czystości serca jest możliwe właśnie w oparciu o tego wewnętrznego Przewodnika, Mistrza życia po Chrystusowemu (por. Rz 8, 4-9).

 

Psalm responsoryjny: Ps 97, 1.2b.5-6.10.11-12

Psalm zaprasza nas do uświadamiania sobie, że królowanie Boga – o które stale prosimy w „Ojcze nasz” – jest powodem do radości, bo życie układa się naprawdę dobrze tylko wtedy, gdy oddajemy ster jego Autorowi. Jednak jeśli zależy nam na autentycznie Bożym porządku, to musimy się uczyć reguł królestwa od samego Króla. Niech nas Bóg broni przed „prawem i sprawiedliwością” na naszą modłę. Nigdy dość przypominania sobie, że Boże prawo to miłość (por. Mt 22, 36-40), a Boża sprawiedliwość realizuje się w okazywaniu miłosierdzia (por. Rz 3, 25-26; Jk 1, 19-27; 2, 12-13).

Możemy prosić, żeby nasza chęć dominowania i osądzania innych stopniały „jak wosk przed obliczem Pana”, żebyśmy nienawidzili zła przede wszystkim w sobie samych i żeby nasza prawość bazowała na tym, że znamy Boga i cieszymy się Nim – a w związku z tym naśladujemy Jego styl bycia, zademonstrowany przez Chrystusa, Mistrza ofiarnej przyjaźni (por. Ef 5, 1-2).

 

Ewangelia: Mt 25, 1-13

Przypowieść o druhnach czekających na Pana Młodego (nawiązująca, oczywiście, do obrzędów ślubnych starożytnego Izraela) to kolejny tekst na temat czuwania nad wewnętrzną jakością życia, mądrej uważności na to, po co żyjemy. A żyjemy, jak powie apostoł, „dla Pana” (por. Rz 14, 8), dla Miłości, która nas stworzyła w celu mistycznych zaślubin (por. Ap 19, 7; 21, 2-3) – żyjemy po to, żeby wejść w związek z Bogiem i piękne relacje między sobą, żeby Bóg-Miłość (por. 1 J 4, 7-8.16) był ostatecznie „wszystkim we wszystkich” (por. 1 Kor 15, 28). Przypowieść o pannach „rozsądnych i głupich” to przestroga, żeby nie przespać życia, które ma wielki cel.

Jesteśmy nawoływani do czuwania, ale chodzi o czuwanie mądre. Rzecz nie w tym, żeby być czujnymi tropicielami zepsucia w świecie, lub kimś, kto nerwowo wypatruje sygnałów końca świata, albo pełnymi lęku perfekcjonistami z obsesją samokontroli. Chodzi o uważność na to, co istotne, żeby w momencie (spodziewanego lub nie) finału obecnego życia nie odkryć, że to życie „wypaliło się” na próżno. Rzecz nie w tym, żeby trwać w napięciu, bo również „panny rozsądne”, symbol dusz uważnych, zapadają w sen. Przyjaciel Chrystusa żyje zwyczajnie, po ludzku, spokojnie pracuje i odpoczywa – ale ma świadomość tymczasowości oraz względności spraw tego świata (por. 1 Kor 7, 31) i nawet kiedy korzysta ze snu, głębia jego serca czuwa (por. Pnp 5, 2). Ukryte centrum jaźni jest jak oliwna lampka, płonąca ognikiem „żywej nadziei” na pełnię szczęścia (por. 1 P 1, 3-4) oraz „wiary działającej przez miłość” (Ga 5, 6).

Jeśli serce jest oliwną lampką, to płomyk życia wiarą – życia, które prowadzę wierząc miłości Boga pracującej we mnie (por. 1 J 4, 16) – karmi się nadprzyrodzoną oliwą, „namaszczeniem” przez Ducha Świętego (por. 2 Kor 1, 21-22). Zgodnie ze starożytną symboliką, nawiązującą do właściwości przypisywanych olejowi z oliwek, namaszczenie oznacza uzdrowienie, poświęcenie Bogu, oraz umocnienie. Oliwą do lampy serca odzyskanego przez Wieczną Miłość, pokarmem naszego życia wewnętrznego, jest sam Duch Święty. To Nim mamy się napełniać, żeby płonąć wiarą, nadzieją i miłością (por. 1 Kor 13, 13). Apostoł uczy: „…dawajcie się napełniać Duchowi, mówiąc do siebie samych w psalmach i hymnach, i natchnionych pieśniach, śpiewając i grając Panu waszym sercem” (Ef 5, 20). Modlitwa uwielbienia wychowuje modlącego się, będąc darem Ducha, a zarazem otwierając na Niego – kto się napełni zachwytem i wdzięcznością wobec Boga, ten pozwala, żeby w nim mieszkał Duch Miłości. Ale nawet gdy brakuje entuzjazmu, w sytuacji przygnębienia lub zagubienia, możemy łączyć niezdarne słowa, bezradne milczenie, upartą pamięć o zakrytym chwilowo Obliczu Pana (por. Ps 13, 2; Ps 30, 8), z „namaszczeniem” przyjmowanym tylko przez wiarę, z otwarciem na „niewysłowione wzdychanie” Ducha, modlącego się wewnątrz nas na jakimś nieuchwytnym poziomie (por. Rz 8, 26).

Być może naszym naczyniem z oliwą (na pozór dodatkowo obciążającym, lecz ratującym życie) jest czas „tracony” codziennie na spokojną modlitwę. Kto lekceważy okazje do intymności z Bogiem, ten ryzykuje wszystko – bo nic nie zastąpi osobistej zażyłości z Panem nieba. Nie ma jak „pożyczyć” tego balsamu dla duszy i możemy nie zdążyć z „ostatnim namaszczeniem”…

 

Sobota, 2.09.2017 r.

Pierwsze czytanie: 1 Tes 4, 9-11

Apostoł ma rację – to oczywiste, że wśród chrześcijan powinna panować „miłość braterska” (philadelphia). Jednak czytając, że mieszkańcy Tesaloniki są już w tej kwestii „sami nauczeni przez Boga”, zwróćmy uwagę, że nie może chodzić o znajomość odpowiednich wersetów z Ewangelii św. Jana (wówczas jeszcze nie napisanej). Z kontekstu wynika, że adresaci listu odebrali tę Bożą lekcję intuicyjnie, o czym świadczy ich postępowanie. Warto pamiętać, że choć wiara rodzi się z słuchania Dobrej Wiadomości Boga przynoszonej przez ludzi (por. Rz 10, 14-17), to istnieje też (w gruncie rzeczy decydująca) bezpośrednia komunikacja Stwórcy ze stworzeniem poprzez wewnętrzne impulsy, dobre myśli, poruszenia emocji. Swego czasu Jezus pochwalił wyznanie wiary Piotra, ponieważ wynikało z odebranego w sercu sygnału od Ojca z nieba (por. Mt 16, 17). Stajemy się uczniami Chrystusa nie dzięki zasadom przyjmowanym z zewnątrz, lecz dzięki wewnętrznemu dialogowi ze Słowem Bożej Miłości. Usłyszana od innych Ewangelia pracuje w sercu, otwiera na szept Ducha Świętego – bez tego jesteśmy wobec Boga najemnikami, a nie dziećmi (por. Łk 15, 19.29-32).

Zachęcie, by w codzienności „robić swoje” pracując „własnymi rękami”, towarzyszy zaproszenie, żeby „cenić bycie cichym”. Użyte tu wyrażenie hesychàzein może się kojarzyć z terminem oznaczającym w późniejszej duchowości modlitewne wyciszenie. Wśród obowiązków dnia powszedniego uczeń Chrystusa trwa w wewnętrznym zasłuchaniu w zew Bożej miłości. Proza życia jest dla niego prozą poetycką.

 

Psalm responsoryjny: Ps 98, 1bcde.7-8.9

Nasz wewnętrzny spokój, przesycony radością, bierze się z wiary w zwycięstwo Boga nad wszystkim, co deformuje życie, pozbawia je harmonii i sensu, odbiera szczęście. Psalm zaprasza do wychwalania Tego, Który Jest Dobry (por. Mk 10, 18), sławi Go jako Pogromcę wrogich potęg i Ratownika tych, którzy Mu ufają. Jeśli czytamy, że powodem radości jest Boży sąd, to niech nas Bóg broni przed myśleniem, że możemy się czuć tymi porządnymi i życzyć innym kary (por. Łk 18, 9). Choć mamy w Biblii tak zwane „psalmy złorzeczące” (por. Ps 58; 83; 109), to zarazem Objawienie stopniowo uczyło odróżniać grzech – budzący gniew Boga, od grzesznika – któremu Ojciec z nieba zawsze dobrze życzy (por. Ez 18, 23; Łk 6, 35-36). Przy tym uczciwe skonfrontowanie własnego życia z Bożą świętością każe przyznać, że nie możemy uważać samych siebie za nieskazitelnych (por. 1 J 1, 8)…

A jednak Boży sąd jest naszą nadzieją właśnie dlatego, że oddziela stworzenie od jego grzechu – stanowi zabieg chirurgiczny, jest usunięciem duchowego nowotworu. Boży sąd to wyrwanie uciśnionych z rąk krzywdzicieli (por. Ps 43, 1), ale także upomnienie się o serce grzeszącego. Sąd, który już trwa, polega na wejściu Światła w nasze ciemności, ujawnieniu prawdy o stanie duszy, o jakości prowadzonego życia (por. J 3, 19a). Kto nie przyjmuje tego osądu-diagnozy i nie daje się następnie „zoperować” ostrzem Bożego słowa (por. Hbr 4, 12), ten sam wydaje na siebie wyrok, wybiera duchową śmierć (por. J 3, 19b-20). Natomiast kto „realizuje prawdę” (poiōn tēn alētheian) poddając się dobroczynnemu „prześwietleniu” i wyznając winy (por. 1 J 1, 9), ten doznaje oczyszczenia i odkrywa, że zaczyna działać w oparciu o Boga (por. J 3, 21).

Tak, osądzenie grzesznika ma na celu jego ratowanie, gdyż Bogu nie zależy na niczyjej zgubie (por. Ez 18, 23). On chce ocalić każdego, w kim tli się choćby iskierka sumienia (por. Iz 42, 3). Dlatego Boży człowiek nie życzy innym „sprawiedliwej odpłaty”, tylko opamiętania i przemiany, a Boży sąd cieszy go jako postawienie granicy złu, oraz upomnienie się Pana o zagubione dziecko – o serce grzesznika, które według Bożego widzenia sprawiedliwości należy się Ojcu z nieba, a nie piekłu (por. Łk 15, 27.32).

 

Ewangelia: Mt 25, 14-30

Jak wiadomo, pierwszym słuchaczom i czytelnikom tej przypowieści słowo „talent” nie kojarzyło się z jakimś uzdolnieniem (w tym znaczeniu zaczęto go używać dopiero pod wpływem Ewangelii), tylko z jednostką wagi srebra (argýrion, Mt 25, 18), odpowiadającą mniej więcej trzydziestu czterem kilogramom. A więc Jezus uczy, że Boże królowanie w nas wiąże się z pomnażaniem swego rodzaju kapitału – że choć jesteśmy przez Boga ratowani i przygarniani absolutnie za darmo i bez zasług („łaską przez wiarę”, dzięki uwierzeniu i powierzeniu się Jego dobroci), to zarazem okazujemy się „stworzeni do dobrych działań, które Bóg dla nas przygotował” (por. Ef 2, 8-10). Niczym nie zarabiamy (bo nie jesteśmy w stanie) na „wejście do radości naszego Pana”, ale nie wejdziemy tam pozostając bierni. Właściciel majątku z przypowieści powierza pieniądze niewolnikom (douloi), ludziom nieposiadającym nawet siebie samych – niemogącym dać mu niczego poza wiernością w gospodarowaniu tym, co otrzymują (por. Mt 25, 21.23). To samo greckie słowo pístis oznacza zarówno „wierność”, jak i „wiarę”, więc można powiedzieć, że bycie wierzącym w biblijnym sensie tego pojęcia to wierność w „obracaniu” darami łaski (charismata), sumienne „puszczanie w obieg” wszystkich obdarowań, jakie u siebie odkrywam, inwestowanie moich charyzmatów w służbę bliźnim (por. 1 P 4, 10)… Jednym słowem: wydawanie owoców praktycznej miłości (por. J 15, 1-12; 1 J 3, 18).

Zły sługa z przypowieści nie wykazuje zaangażowania, w nic nie inwestuje kapitału swego pana – tłumacząc się, co ciekawe, strachem przed nim i wynikającą z tego strachu obawą przed ryzykiem inwestycji. Nie będziemy w stanie obracać w naszym życiu miłością, pomnażać jej, jeśli postrzegamy Boga jako „twardego” i nasz stosunek do Niego jest naznaczony lękiem przed karą. Trudno wejść „do radości Pana” komuś, kto nie zrozumiał, że jest kochany i nie pozwolił się nawzajem rozkochać (por. 1 J 4, 10.16), kto nie dzieli z Ukochanym Jego radości (por. J 15, 11), nie czuje, ile jest szczęścia w dawaniu z siebie wszystkiego (por. Dz 20, 35). Próba zabezpieczenia skarbu życia przed utratą (zakopanie cennego kruszcu) okazuje się właśnie traceniem przez marnowanie – podczas gdy tracenie tego, co się aktualnie ma, poprzez zużywanie w dobrym celu („zasiewanie ziarna”) jest zyskiwaniem „stokrotnego plonu” (por. Łk 9, 24; J 12, 24). Jeśli kapitałem do puszczenia w obieg jest miłość-łaska i jej rozmaite dary, to powiernik takiego skarbu nie ma powodu drżeć przed Głównym Inwestorem… „Miłość usuwa lęk” (1 J 4, 18). Nawet jeśli własne serce oskarża człowieka o błędy w Jej służbie, to sama Miłość-Bóg pozostaje „większa niż nasze serce” i wszystko rozumie (por. 1 J 3, 20). Do celu dotrze ktoś, kto jest w ruchu – być może błądząc i dając się z powrotem naprowadzić na szlak – a nie ktoś, kto nie błądzi tylko dlatego, że donikąd nie idzie. Nie odczytujmy przypowieści zbyt dosłownie i nie sądźmy, że to Bóg kogokolwiek „wyrzuca w ciemności”. Wyrzucamy się sami, gdy Pan zaprasza na ścieżkę naśladowania Go, drogę do Domu Hojności, a „oporni zostają na zeschłej ziemi”, wybierają jałowe życie niebędące darem (por. Ps 68, 7).

Przypowieść o inwestowaniu kapitału zapisano w księdze Mateusza bezpośrednio przed opowiadaniem o Sądzie Ostatecznym (por. Mt 25, 31-46) i obie te historie niosą podobne przesłanie: Problemem przy „rozliczeniu się” z naszego życia nie będzie to, co złego zrobiliśmy, lecz to, jakie dobro zaniedbaliśmy, chociaż była ku niemu okazja. Karykaturujemy chrześcijaństwo, jeśli sprowadzamy je do unikania rzeczy, których robić nie wolno. Najważniejsze nie jest pytanie, czy nie upadam (choć upadków trzeba unikać), ale czy się wyrywam ku prawdziwemu szczęściu, czy „pędzę, żeby schwytać” wszystkie okazje do przeżywania Miłości, przez którą zostałem „schwytany” (por. Flp 3, 12). Oczywiście pod warunkiem, że dałem się schwytać-zachwycić, wypuszczając z objęć własne ego…