Komentarze do czytań IV Tydzień Wielkiego Postu

(15-21 marca 2015 r.)

Niedziela 15.03.2015

 

Pierwsze czytanie: 2 Krn 36, 14-16. 19-23  

            Dzisiejszy fragment Starego Testamentu opowiada historię, której zasadniczy schemat wciąż się na kartach Biblii powtarza. Wybrany lud Boga, Jego ukochane „dziecko”, zrodzone ze spotkania Boskiego Słowa z wiarą Abrahama, wyprowadzone z Egiptu i wykarmione manną na pustyni, gdzie „uczyło się chodzić” (por. Oz 11, 1.3-4) – okazuje się kolektywnym synem marnotrawnym. Popisuje się przy tym daleko idącą bezczelnością, nie tylko brnąc w grzechy, ale wręcz drwiąc sobie z Boskiego zaangażowania w próby naprawienia relacji z ludźmi. Dlatego „wzmógł się gniew Pana”. Tego gniewu nie należy sobie wyobrażać na podobieństwo ludzkiej wściekłości, jakiejś utraty panowania nad sobą. W Nowym Testamencie przeczytamy, że „Bóg jest Miłością” (por. 1 J 4, 8b.16ab), oraz że miłość „nie unosi się gniewem” w sposób niekontrolowany (por. 1 Kor 13, 5). Greckie określenie wspomnianego „unoszenia się” to paroksýnomai – „doznawać paroksyzmu”. Bogiem nie miotają złe emocje. Jeśli już cokolwiek okazuje się w Nim „silniejsze od Niego”, to Jego miłosierdzie, bezwarunkowa dobroć. Jak zanotował prorok Ozeasz, Boskie serce wzdryga się na myśl o odrzuceniu ludzi, których ukochał. Pan nie chce wybuchu własnego gniewu (por. Oz 11, 8c-9).

Jednak nie należy ignorować faktu, że Bóg się mimo wszystko, na swój sposób, gniewa. Jego gniew to namiętny sprzeciw wobec ludzkiego staczania się, to inspirowane i kontrolowane przez miłość potrząsanie szaleńcem chcącym popełnić samobójstwo. Czasem nie ma innego sposobu, niż zastosować terapię szokową.

Biblia stanowi dzieło zarówno Boże, jak i ludzkie – cud natchnienia polega na Boskim przemawianiu przez ludzi pozostających dziećmi własnej epoki i kultury, wyrażających nadprzyrodzone intuicje w języku pojęć świata, jaki znają. Autor naszej Księgi pisze, iż to Bóg „sprowadził” przeciw Jerozolimie okrutnych najeźdźców. Z perspektywy Nowego Testamentu i pełniejszego rozumienia serca naszego Stwórcy powiemy raczej, że Bóg pozwolił Izraelitom doświadczyć konsekwencji ich buntowniczej „samodzielności”. Skoro nie chcieli słuchać proroctw i opierać się na łasce, zostali sami w politycznej dżungli. Wystarczyło, że Bóg cofnął pomocną rękę, przestał trzymać ochronny parasol nad bluźniercami. Wydarzenia odzwierciedliły stan ducha narodu – masakra ludności ujawniła śmiertelną moc grzechu, rabunek i zniszczenie miasta oraz świątyni pokazały spustoszenie serc. Wygnanie na obczyznę uświadomiło Izraelitom, jak daleko byli od Boga.

To ciekawe, że pisząc o upłynięciu terminu tej wstrząsowej terapii natchniony autor ani słowem nie wspomina o nawróceniu wygnańców. Na pewno nie chce przez to sugerować, jakoby nawrócenie nie było potrzebne! W kolejnych księgach Starego Testamentu będzie mowa o religijnej reformie Ezdrasza i narodowej pokucie. Jednak lakoniczny opis, zawarty w naszym fragmencie, pozwala dostrzec sprawę fundamentalną: Bóg „kocha pierwszy” (por. 1 J 4, 19), okazuje ludziom zmiłowanie nie dlatego, że zdołali Go przebłagać, lecz „ze względu na swoje imię” (por. Ez 36, 21-22.32), to znaczy dlatego, że taki po prostu jest. Czy dalej chcemy się upierać przy swoich grzechach?

 

Psalm responsoryjny: Ps 137, 1-2.3.4-5.6

            Możemy się pomodlić pieśnią izraelskich wygnańców, wspominających ojczyznę i swoje narodowe sanktuarium. Wielki Post jest czasem szczególnego budzenia tęsknoty za świętością, za odbudowaną świątynią własnego serca. Lepiej, żeby nam „uschła prawica i język przysechł do podniebienia”, niż żebyśmy mieli zapomnieć o naszym powołaniu do bycia mieszkaniem Boga (por. 1 Kor 3, 16), oraz do naszego zamieszkiwania z Bogiem w Nowym Jeruzalem (por. Ap 21, 2-3). Nie pozwólmy uschnąć duszy, nie zadomowiajmy się w grzechu, bo to dla nas „obca kraina”. Możemy prosić o łaskę szczerego żalu za grzechy, o dar czystych łez…

Drugie czytanie: Ef 2, 4-10

            Fragment wzięty z Listu do Efezjan podejmuje wątek zasugerowany nam przez zakończenie pierwszego czytania: zbawienie, ratunek od duchowej śmierci, pochodzi wyłącznie z łaski, z bezgranicznej bezinteresownej życzliwości Boga. To nie jest tak, że my się „poprawiamy” i Bóg nam wtedy wybacza, ani nie tak, że „zarabiamy” dobrymi uczynkami na niebo. Człowiek odwrócony od Boga, rozmijający się z Nim przez grzech (w biblijnej grece „grzeszyć” to hamartáno – „chybiać celu”), pozostaje odłączony od źródła życia i nie jest w stanie niczego sam osiągnąć (por. J 15, 5). Nie może naprawić swojej sytuacji, tak samo jak trup nie może sam z siebie wrócić do życia. Nasze nawrócenie to owoc nadprzyrodzonej reanimacji, to wskrzeszenie, a nawet „nowe stworzenie” (por. Ga 6, 15). Natomiast kiedy ono już nastąpi, to owszem, powinniśmy pełnić dobre czyny, do których zostaliśmy stworzeni, świecić światłem podobieństwa do Ojca z nieba (por. Mt 5, 16), inwestować i pomnażać otrzymany w darze kapitał dobra (por. Mt 25, 20-23).

Ewangelia: J 3, 14-21

            Miedziany wąż (Lb 21, 9) umieszczony przez Mojżesza na wysokim palu (być może na jakiejś poprzecznej listwie) to dziwny znak ratunku z nieba. Kiedy prowadzeni po pustyni Izraelici „stracili cierpliwość” (por. Lb 21, 4) do swojego Wybawcy i Opiekuna, gdy niedogodności wędrówki dały im się we znaki powodując tęsknotę za ziemią niewoli i śmierci, oraz krytykę „niebiańskiego chleba” (por. Ps 78, 24-25) jako „mizernego pokarmu” (por. Lb 21, 5), pojawiły się „węże płonące” (ha-nehashim ha-seraphim, Lb 21, 6). Palący gniew Boga, towarzyszący ludzkim samobójczym wyborom (śmiercionośny Egipt zamiast ziemi Bożych obietnic), jest jak gorączka podczas infekcji. Pojawia się, gdy wirus grzechu rozpanoszy się za bardzo. Zarazem Bóg oferuje Izraelitom „lekarstwo”, które (choć Księgę spisano całe wieki przed odkryciami Pasteura) przywodzi na myśl szczepionkę. Pokąsanych przez „płonące węże” ratuje od śmierci przyjęcie z wiarą znaku węża z miedzi, metalu o barwie ognia. Antidotum na jad staje się martwy wąż…

            Jezus w rozmowie z Nikodemem przywołuje wspomnienie Mojżeszowego węża, porównując się do niego. On jest Boską szczepionką zaaplikowaną światu – przyjmie na siebie uderzenie zła, odchoruje w gorączce Pasji ludzki sprzeciw wobec Światła (por. J 3, 19), w sobie samym zada śmierć wrogości świata wobec Boga (por. Ef 2, 16). Na samym dnie piekła Golgoty będzie kochał Ojca i ludzi (por. J 14, 31; Łk 23, 34a), przez co pozbawi śmierć jej „ościenia” (por. 1 Kor 15, 55-56a). „Zada śmierć śmierci”, jak głosi Kościół wschodni. Przyjęcie Go z wiarą, czyli oparcie się na Nim jako Wybawcy i Przewodniku, Zbawicielu i Panu, leczy nas z zatrucia jadem „Węża Starodawnego” (por. Ap 12, 9).

Poniedziałek, 16.03.2015

Pierwsze czytanie: Iz 65, 17-21

            Ten świat, naznaczony skutkami odejścia od Boga, skażony i ułomny, nie będzie trwać wiecznie – ale oczekujemy nie tyle „końca świata”, totalnej katastrofy (choć kataklizmy się dzieją, a nasz glob i cały kosmos powoli ulegają degradacji), ile raczej „nowego nieba i nowej ziemi”. Bóg obiecuje nowe stworzenie, tym razem już całkowicie wolne od jakiejkolwiek niedoskonałości. Proroctwo, którego echa powrócą w przedostatnim rozdziale Apokalipsy Jana, rozbrzmiewa zapowiedziami radości, spełnienia, pokoju. Starotestamentalny autor ubiera natchnioną intuicję w nieco naiwne wyobrażenia (czytamy o narodzinach i śmierci, jakkolwiek ma zniknąć śmiertelność niemowląt, a starcom obiecano długowieczność), jednak przesłanie pozostaje wyraźne: nastanie „radość i wesele na zawsze”, radość ogarnie ludzi i Boga. Ta radość przyćmi wszystkie dawne klęski i udręki.

            Przeżywamy okres Wielkiego Postu, ale Pismo przemawia adwentowym tonem. To normalne, bo Drugi Adwent trwa nieustająco od momentu wniebowstąpienia Jezusa, od Jego ukrycia się w „obłoku” tajemnicy Ojca (por. Dz 1, 9), skąd towarzyszy nam oczekiwany (por. Ap 22, 17.20) lecz bliski (por. Mt 28, 20b). Śmierć i zmartwychwstanie Pana, przypieczętowane wylaniem Ducha Świętego, rozpoczęły czasy ostateczne, ponieważ były właśnie „nowym stworzeniem”, inauguracją świata chwilowo ukrytego (por. Hbr 2, 8), lecz istniejącego w nas, ludziach Chrystusa – dla których „to, co dawne, przeminęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 17b). Naiwność starotestamentalnych wyobrażeń o „nowej ziemi” znajduje w tym kontekście usprawiedliwienie, bo oto żyjemy w błogosławionym „już i jeszcze nie”, posiadamy „pierwsze dary Ducha”, choć ciągle jeszcze doświadczamy ograniczeń, doczesnych „bólów rodzenia” przyszłego świata (por. Rz 8, 22-23).

            Jeśli zgubiliśmy „radość zbawienia”, przeczucie „nowego nieba i nowej ziemi”, to właśnie w tym okresie pokuty możemy wrócić do źródła, do łaski chrztu, z którego czerpie moc sakrament pojednania. Gdy sumienie mówi, że utrudniamy Bogu „radowanie się z nas”, możemy prosić: „Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha” (Ps 51, 12).

Psalm responsoryjny: Ps 30, 2.4.5-6.11-12a.13b

            Spoglądając uważnie na nasze życie znajdziemy tam przykłady „przemiany żałobnego lamentu w taniec”, przechodzenia płaczu w radość. Modląc się tym psalmem możemy dziękować za dobre odmiany losu, a także za odnawianie serca, wyprowadzanie nas z naszych upadków. Jeżeli aktualnie nie mamy radosnego nastroju, to budzenie w sobie wdzięczności za „dawne cuda” Boga (por. Ps 77, 12) może natchnąć nadzieją na kolejne „wielkie rzeczy”, na radosne żniwo po smutnym siewie (por. Ps 126, 3.5). Pamięć o tym, że wciąż mamy do czynienia z Wszechmocnym Dobroczyńcą, hojnym Panem Dobrych Niespodzianek, pozwoli z wiarą prosić „zmiłuj się nade mną, bądź moją pomocą”, a wysławianie Boga niepostrzeżenie otworzy nam serce. Kto Go wychwala, ten przestaje się koncentrować na sobie i wtedy otwiera drzwi błogosławieństwu.

Ewangelia: J 4, 43-54

            Jezus wciąż zmagał się o wiarę ludzi, ponieważ tylko wiara – rozumiana biblijnie, jako poleganie na Bogu za przykładem Abrahama (por. Rz 4, 3.17-21) – otwiera nas na Boskie królowanie i na przyjęcie ratunku (zbawienia) z Bożej ręki. Oparcie się przez wiarę na Jezusie, pozwolenie, żeby nas wyrwał z grzechów i pociągnął ku Ojcu, może być utrudnione przez pewną religijną rutynę, przypominającą na swój sposób postawę Galilejczyków z Nazaretu (por. Mt 13, 53-58). Dla nich problem stanowił fakt, że znali Jezusa od dziecka, byli z Nim oswojeni jako ze spokojnym, skromnym sąsiadem. Współczesny katolik może być zanadto osłuchany z katechizmowymi formułkami, ukołysany gładką mową kazań, a przez to może mu być trudno przyjąć obecność żywego Jezusa, realnie zmieniającego ludzkie życie tu i teraz.

            Jednak Pan, któremu nasze niedowiarstwo w pewien sposób „wiąże ręce” (por. Mt 13, 58), dopuszcza stopniowanie wiary. Postawie nieszczęśliwego ojca umierającego dziecka najwyraźniej czegoś brakuje, skoro Jezus reaguje początkowo z rezerwą. Co ciekawe, stwierdzenie, że ów człowiek uwierzył, pada dopiero po zapewnieniu go przez Chrystusa: „Syn twój żyje”, oraz… w zakończeniu całej opowieści, po przekonaniu się, że uzdrowienie nastąpiło. A przecież uparte błaganie miało w sobie przynajmniej zalążek uznania w Jezusie Boskiego Pełnomocnika. Być może zdesperowany królewski urzędnik zwrócił się do Pana na zasadzie „chwytania przez tonącego brzytwy”, wykorzystania niepewnej, ale jedynej pozostałej szansy… Okazanie dystansu przez Jezusa zmusza go do włożenia całego serca w zaufanie, którego słabości jest świadomy – podobnie jak to było w przypadku innego ewangelicznego ojca, wołającego „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (por. Mk 9, 24). W odpowiedzi na takie rzucenie się w ręce Pana, na świadome przyjecie łaski wiary już w nim przecież nieśmiało kiełkującej, otrzymuje kolejną łaskę „uwierzenia słowu, które wyrzekł Jezus”. Ta wiara prowadzi go na spotkanie cudu. A kiedy ma już przed oczami konkret Boskiej interwencji, utwierdza się ostatecznie (on i cała jego rodzina) w wierze, iż Jezus jest Bożym Posłańcem (por. J 6, 29).

            Wiara może przypominać pokonywanie niepozornej kładki nad przepaścią. Żeby w ogóle postawić na niej stopę, trzeba zaufać trwałości konstrukcji, a i tak towarzyszyć nam będzie drżenie serca, poczucie ryzyka, napięcie. Jednak każdy kolejny krok okaże się łatwiejszy, gdy zobaczymy, że kładka nas utrzymuje (choć może nieco się kołysze). Wiara może być jak rozdmuchiwanie drobnej iskry, aż zatli się żar, a w końcu rozbłyśnie płomień. Jeżeli cokolwiek z Ewangelii Jezusa rozpala nam serce (por. Łk 24, 32), to warto zaryzykować wzięcie na serio Pana i Jego słów.

Wtorek, 17.03.2015

Pierwsze czytanie: Ez 47, 1-9.12

            Liturgia karmi nas kolejnym starotestamentalnym czytaniem, z którego motyw powróci w zakończeniu Apokalipsy Jana (por. Ap 22, 2). Ezechiel ma wizję źródła bijącego spod progu Świątyni Jerozolimskiej i dającego początek szybko wzbierającemu strumieniowi, a nawet rzece, której wody zmienią Pustynię Judzką w oazę, oraz uwolnią od zasolenia Morze Martwe. Drzewa rosnące nad brzegami świętego potoku, będą miały pożywne owoce i liście o leczniczych właściwościach. Wizja zdaje się przesycona szumem i chlupotem ożywczego nurtu, tchnieniem świeżości kontrastującej ze śródziemnomorskim upałem i pustynnym klimatem okolic Jeruzalem. Świątynia Boga Jedynego staje się źródłem odnowy życia na ziemi Izraela, a w perspektywie Apokalipsy Janowej – źródłem zasilającym rzekę płynącą przez „nową ziemię pod nowym niebem” (por. Ap 21, 1).

            Jeśli przyjrzymy się uważnie nowemu odczytaniu proroctwa Ezechiela przez wizjonera z Patmos, to zobaczymy, że Świątynię (której eschatologiczne miasto „Boga z ludźmi” nie potrzebuje, por. Ap 21, 22) zastąpił „tron Boga i Baranka”. Z kolei rzeka zyskała imię, przywołujące na myśl Jezusową rozmowę z samarytańską kobietą przy studni w pobliżu Sychar (por. J 4, 5-26). Można sądzić, iż „rzeka wody życia” to Duch Ojca i Syna, którego otrzymują wierzący (por. J 7, 37-39), Osobowy Zdrój rodzący wieczne źródła w naszych sercach (por. J 4, 14).

            Kontemplując wizję Ezechiela i pamiętając o jej nowotestamentowym rozwinięciu oraz pogłębieniu, możemy odkrywać tajemnicę Wielkiego Postu. Ta czterdziestodniowa „wirtualna pustynia” nie jest miejscem smutnego rozpamiętywania naszych grzechów, ani obwiniania się za cierpienia Chrystusa. Przez środek naszej tęsknoty za utraconym pięknem świętości płynie Strumień orzeźwienia, bijący z przebitego Serca Jezusa-Baranka, z progu żywej Świątyni Ojca – zburzonej wprawdzie w Wielki Piątek, ale odbudowanej w przeciągu trzech dni (por. J 4, 19-22). Możemy prosić o łaskę „zasmucenia się po Bożemu” (2 Kor 7, 11), owocującego radością w Duchu Świętym, o przeżycie skruchy i doświadczenie odnowienia chrztu, zanurzenia w wezbranym Bożym Strumieniu (por. Ps 65, 10b).

 

Psalm responsoryjny: Ps 46, 2-3.5-6.8-9

            Możemy wychwalać Boga jako nasze oparcie, wspominać Jego interwencje w naszym życiu i umacniać się wierze pełnej zaufania. Natchniona modlitwa proponuje nam wejście w obraz stabilnego bastionu, jakim jest „miasto Boże”, pełne przy tym orzeźwiającej bryzy wiejącej od rozlewających się w nim „odnóg rzeki”. Możemy cieszyć się wewnętrznym pokojem pomimo wstrząsów, jakim podlega otaczający nas świat. Nic nam nie grozi, nie zachwiejemy się, jeśli tylko pozwalamy Bogu królować „w naszym wnętrzu”.

 

Ewangelia: J 5, 1-3a.5-16

Podobnie jak pierwsze czytanie, również Ewangelia prowadzi nas dzisiaj nad wodę. Tłum niepełnosprawnych oczekuje na moment poruszenia się tafli sadzawki przy jerozolimskiej Owczej Bramie (Probatike, J 5, 2). Zasilany przez podziemne źródło basen, otoczony czterema krużgankami i przecięty piątym, słynął z leczniczych właściwości, a jego nazwa, różnie odnotowana w starożytnych rękopisach, brzmiała Bethseta – „Dom Owcy”, lub Bethezda – „Dom Miłosierdzia”. Dotknięci przez los koczują tu „jak owce bez pasterza” (por. Mk 6, 34), spragnieni miłosiernego dotyku wód wzburzonych kolejnym wybiciem ukrytego głęboko zdroju.

Jeden z chorych (wypatrzony właśnie przez Jezusa) czeka już długo, bo nigdy nie był w stanie zdążyć na czas, żeby skorzystać z momentu łaski. Wkrótce okaże się, że nie potrzebuje uzdrawiającej kąpieli, bo wystarcza słowo Pana, przyjęte z wiarą. Łaska sama przychodzi do bezsilnych, naszą Sadzawką Miłosierdzia „o pięciu krużgankach” oraz „Bramą Owiec” (por. J 10, 7) okaże się Dobry Pasterz z „pięcioma ranami” przebitych rąk, nóg i boku…

Dalszy ciąg tej historii może nieść w sobie ostrzeżenie przed „przyjmowaniem łaski Bożej na próżno” (por. 2 Kor 6, 1). Choremu dany był przebłysk intuicyjnego uwierzenia słowu Jezusa, którego absolutnie nie znał (por. J 5, 13) – coś sprawiło, że przyjął za dobrą monetę polecenie: „Wstań!”. Dopiero później, podobnie jak w innym miejscu Ewangelii niewidomy znad sadzawki Siloe (por. J 9, 7.35-38), miał okazję lepiej poznać swojego Wybawcę. Słowa Pana: „Już nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało” (J 5, 14) nie muszą koniecznie wskazywać na powiązanie niepełnosprawności z grzechami. Przy uzdrowieniu nad Siloe Jezus zaprzeczy takiemu związkowi (J 9, 3). Jednak wydaje się, że podobnie jak paralitykowi z Kafarnaum (por. Mk 2, 5-12), naszemu uzdrowionemu zaoferowano całościową „terapię”, dotyczącą zarówno ciała, jak i ducha. Podźwignięcie z choroby stanowiło znak przebaczenia grzechów, stąd połączone z przestrogą zaproszenie do nowego stylu życia. Czy przyjęte? Dosyć zaskakująco brzmi lakoniczne stwierdzenie ewangelisty, że poznawszy przy okazji drugiego spotkania tożsamość Jezusa, ozdrowieniec poszedł poinformować o niej ludzi, którzy wcześniej przepytywali go, kto kazał „wziąć swe łoże i chodzić z nim” w szabat! W odróżnieniu od wspomnianego uzdrowionego znad Siloe, który znalazłszy się w analogicznej sytuacji będzie bronić Chrystusa (por. J 9, 24-34), a potem wyraźnie wyzna wiarę w Niego (por. J 9, 35-38), człowiek z dzisiejszej Ewangelii wydaje się zastraszony przez religijnych formalistów. Czy Jezus nie ostrzegał go również przed tym – przed zwątpieniem, które już wcześniej pobrzmiewało w jego bezradnej, udzielonej nie wprost odpowiedzi na pytanie, czy chce być zdrowy?

Środa, 18.03.2015

Pierwsze czytanie: Iz 49, 8-15

            Bóg zapowiada moment, który w epoce Nowego Testamentu stał się nagląco aktualny (por. 2 Kor 6, 2), „czas łaski i dzień zbawienia”, nasze „teraz”, gdy słyszymy Ewangelię. Nie ma na co czekać, to jest właśnie ta chwila, sposobny czas wyjścia z domu niewoli (por. Wj 20, 2). Przy tym jeśli przywykliśmy mniemać, że to do nas należy „przygotowanie drogi Panu i wyrównanie Mu gościńca” (por. Iz 40, 3), to zauważmy, że choć mamy jakiś udział w owym „prostowaniu ścieżek” przez naszą metánoia – „zmianę myślenia” (por. Łk 3, 3-6), to jednak w istocie drogę Bogu przygotowuje sama przyroda (por. Iz 40, 4), a do tego widzimy Pana, osobiście równającego trakt przed biedakami, których wyzwala (por. Iz 49, 10-11). Wysiłek jest nieunikniony, przyjdzie nam wędrować, lecz Bóg nie czeka na nasz powrót, tylko staje na czele pochodu, a nawet dba o „komfort” podróży.

            Wielki Post nie jest czasem dręczenia samego siebie poczuciem winy i mnożenia wysiłków, by wybłagać oczyszczenie. Bóg się nie gniewa. On nas nie opuścił, chociaż my opuszczaliśmy Jego – On nigdy nie skreśla człowieka, którego kocha bardziej, niż matka kocha swoje dziecko. Bóg nigdy nie puści w niepamięć relacji, do której nas stworzył i zaprosił. Wielki Post to odkrywanie, że Pan już utorował nam drogę do ziemi swoich obietnic. Jeśli z jednej strony trzeba się trochę przemóc i zawalczyć o duchową dyscyplinę, to z drugiej strony absolutnie nie jesteśmy zdani na własne siły. Pastwiska orzeźwienia czekają na całej trasie, a Dobry Pasterz osłoni przed skwarem i zadba o ugaszenie pragnienia. Nasza skrucha to nie warunek zmiłowania, to reakcja na fakt, że Bóg jest bezwarunkową Miłością. Wielki Post to odkrywanie, że On nam nieba przychylił.

Psalm responsoryjny: Ps 145, 8-9.13cd-14.17-18

            Nigdy dość wyśpiewywania pochwały dobroci i miłosierdzia Boga – po pierwsze dlatego, że taka pochwała słusznie się Mu należy, a po drugie dlatego, że wdzięczność i zachwyt otwierają nam serce, które bezinteresownie wielbiąc, niepostrzeżenie karmi się tym uwielbieniem. Jak nie być olśnionym wobec odkrycia, że pierwotna i najwyższa świętość oraz sprawiedliwość wyraża się właśnie we współczuciu, życzliwości, cierpliwości i przebaczeniu? Jak nie śpiewać, skoro sama myśl o Nim wibruje radością?

 

Ewangelia: J 5, 17-30

            Jezus broni się wobec zarzutu profanacji świętego dnia szabatu, oraz bluźnierstwa, polegającego na „czynieniu się równym Bogu”. Ale to nie jest tłumaczenie się rabina, wykazującego, że w istocie nie naruszył przepisów, ani usprawiedliwienie się mistyka, wyjaśniającego, że co innego miał na myśli. W oczach przeciwników taka „obrona” raczej pogrąża Nazarejczyka. On się nie tyle broni, co z mocą (choć w wyważonych słowach) potwierdza, że ma prawo robić to, co robi i mówić to, co mówi. Ta przemowa zdradza u galilejskiego Prowincjusza samoświadomość przyprawiającą o zawrót głowy, tchnie poczuciem bynajmniej nie symbolicznego pokrewieństwa z Bogiem Zastępów oraz udziału w Jego władzy i chwale.

            Jednocześnie ową porażającą deklarację własnej wielkości przenika duch absolutnej pokory. Wyrazem najgłębszej samoświadomości Jezusa okazuje się słowo „Syn”, oznaczające Tego, który „nie mógłby robić niczego sam z siebie”, który całkowicie i wyłącznie naśladuje Ojca, pokazuje Go, pośredniczy między Nim a światem, pełni Jego wolę, przekazuje Jego dary, prowadzi do Niego. Chrystus, Syn Boży i Syn Człowieczy w jednej osobie, całym swoim jestestwem i całym życiem gloryfikuje Ojca z nieba, oddaje Mu chwałę i uwielbienie w świadomości, że doznaje takiej samej gloryfikacji (por, J 17, 1.5).

            Jezusowe poczucie władzy nad światem pozostaje doskonale tożsame z duchem służby, ponieważ ukochany Ojciec, „od którego wyszedł i do którego idzie” (por. J 13, 3) powierzył Mu budzenie ludzi ze snu duchowej śmierci – a stosunek człowieka do Jego głosu sam w sobie jest już sądem. Chrystus to żywe Słowo Życia (por. J 1, 4; 1 J 1, 1), przelewającego się w reagujące na nie serca (por. J 10, 4.10b).

Mowy Jezusa zapisane w Czwartej Ewangelii nie są stenogramami historycznych kazań Pana, stanowią zapis nauczania poddanego już interpretacji w świetle Jego Paschy, przemedytowanego i zredagowanego na potrzeby katechezy. Jednak przekazują wiarygodną, starą tradycję, pamięć pierwszych świadków. Wczesny Kościół uznał je za przeniknięte Bożym natchnieniem, więc możemy powiedzieć, że tak czy inaczej są „autoryzowane” przez Jezusa. Wczujmy się w ich ducha, zobaczmy, że nie dałoby się wymyślić tej przedziwnej Postaci. Czy nie chwyta nas dreszcz, czy coś w sercu nie szepcze: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten Człowiek przemawia” (J 7, 46)?

Czwartek, 19.03.2015

Pierwsze czytanie: 2 Sm 7, 4-5a.12-14a.16

            Proroctwo skierowane do króla Dawida stanowi w pierwszym rzędzie obietnicę dotyczącą jego następcy – Salomona (który zbuduje „dom imieniu Bożemu”, czyli świątynię w Jerozolimie), a także ogólnie Dawidowej dynastii, ponieważ hebrajski termin zeráh-„nasienie” może oznaczać zarówno pojedynczego „potomka”, jak i „potomstwo” w liczbie mnogiej. Bóg gwarantuje długie trwanie wspomnianej dynastii (u starożytnych Hebrajczyków „na wieki” nie musiało oznaczać trwania w nieskończoność), a także traktowanie kolejnych królów jak swoich synów. Późniejsze perypetie państwa żydowskiego i jego władców, oraz dojrzewanie świadomości religijnej i kolejne prorockie intuicje sprawiły, że zapowiedź Natana zaczęto odnosić do przyszłego idealnego władcy, szczególnego Boskiego Pomazańca-Mesjasza. Ten głębszy sens naszego fragmentu Biblii mógł być zresztą przeczuwany już czasach Dawida i Salomona, z których pochodzi także inny, wyraźnie mesjański tekst – Psalm 110 („Rzekł JHWH do Pana mego…”). W każdym razie natchnionym autorom zdarzało się mówić więcej, niż mieli świadomie na myśli, a kolejne księgi Pisma dają wyraz odkrywaniu tych subtelnych znaczeń. Mędrcy Izraela pozostawili nam w spadku wiedzę, że słowo Boże jest jak ożywczy strumień (por. Ps 1, 3), dostarczający wciąż świeżych inspiracji.

            Nowy Testament pokaże nam spełnienie proroctwa Natana w osobie Jezusa (por. Łk 1, 32), będącego „jak mniemano, synem Józefa” (por. Łk 3, 23b), który z kolei pochodził z rodu Dawida (por. Mt 1, 20b; Łk 1, 27). W oczach współczesnych Jezusowi Żydów to właśnie formalne uznanie Go za syna przez Józefa sprawiało, że mógł być uważany za potomka królewskiego rodu. Przy tym w czasach Chrystusa ród Dawida już od dawna nie tylko nie był panującą dynastią, ale nawet nie pretendował do rządów w kraju (na co zresztą miałby raczej małe szanse). Oczekiwany przez pokolenia idealny „Syn Dawida” (por. Łk 18, 38) okazał się, paradoksalnie, skromnym i pokornym Galilejskim Cieślą – choć jednocześnie, ignorując pokusę sięgnięcia po wpływy polityczne (por. J 6, 15), miał zademonstrować pozycję i władzę „o niebo” wyższą, niż Jego ziemski pra-przodek (Mk 12, 37; J 18, 36-37).

            Bóg jest Panem niespodzianek. Spełnia swoje obietnice z nawiązką i poza wszelkimi swoimi darami daje nam przede wszystkim siebie samego. Synem Dawida i dzieckiem Adama (por. Łk 3, 23-38) stał się ich Pan, żeby wszystkie Adamowe dzieci mogły nie tylko „zostać nazwane dziećmi Bożymi”, ale również „rzeczywiście nimi być” (por. 1 J 3, 1).

Psalm responsoryjny: Ps 89, 2-3.4-5.27.29

            Lud Izraela medytował i wychwalał w tym psalmie wierność Boga. My też możemy śpiewając poczuć się spadkobiercami wielkiej obietnicy, związanej z naszym chrztem i naszą wiarą. Jako lud Jezusa jesteśmy czymś więcej, niż królewski ród. Jeśli nawet chwilowo rozmieniliśmy naszą godność na drobne i rozsypali w jakichś ciemnych zakamarkach, Bóg jest gotów nam ją przywrócić (por. Łk 15, 22-23). Zatęsknijmy za Jego domem, a Jego wierna miłość niech nas zawstydzi.

Drugie czytanie: Rz 4, 13.16-18.22

            W samym centrum Ewangelii, czyli Dobrej Wiadomości Boga, znajdujemy to wyzwalające przesłanie: Bóg przychodzący, by na nowo nad nami zakrólować (por. Mk 1, 15a; Iz 52, 7c), nie wymaga od nas sprawiedliwości, lecz nam ją daje. Sprawiedliwość, prawość wobec Pana, to coś, na co nas po upadku zwyczajnie nie stać. Możemy ją jednak otrzymać za darmo (z łaski, por. Rz 3, 24), jeśli uwierzymy jak Abraham. Pamiętajmy przy tym, że wiara Abrahama nie sprowadzała się do uznania faktu Boskiego istnienia, lecz była uwierzeniem Bogu (por. Rz 4, 3; Rdz 15, 6) oraz poleganiem na Nim – uznaniem Pana za „Skałę zbawienia” (por. Ps 95, 1), niezawodny Punkt oparcia, Ratownika godnego zaufania. Świętość, do której jesteśmy powołani, to nie doskonałość, którą mielibyśmy z siebie wykrzesać, lecz świadomie wybrana zależność od Ojca, przynależność do tego, który sam jeden jest Święty.

            Poleganie na Bogu zostało Abrahamowi „poczytane za sprawiedliwość”, bo jest rzeczą słuszną i zbawienną polegać na Stwórcy jak dziecko. W kontekście liturgicznego wspomnienia jednego z dalekich potomków Abrahama – Józefa, męża Maryi – ciekawą wymowę zyskuje powiązanie Abrahamowej wiary z płodnością. Jeśli starożytny patriarcha stał się w cudowny sposób „ojcem wielu narodów”, to Józef otrzymał zaproszenie do jeszcze bardziej cudownego ojcostwa. Jezus, Zbawienie Świata, nie był jego biologicznym Synem (por. Mt 1, 20.25), a jednak nazaretański Rzemieślnik w pełni zasłużył na miano rodzica Mesjasza (por. Łk 2, 33). Adopcyjne ojcostwo w stosunku do Syna Bożego, którego Józef zgodnie z żydowską tradycją wprowadzał w religijne i społeczne obowiązki mężczyzny, stanowiło realizację płodności „człowieka sprawiedliwego” (por. Mt 1, 19). Termin, jakim określił Józefa ewangelista Mateusz odnosi się nie tylko do prawości ujawnionej w obliczu zaskoczenia ciążą Narzeczonej, do chęci uchronienia Maryi przed „zniesławieniem”. Józef był sprawiedliwy również dlatego, że uwierzył Bogu zapraszającemu go do dziwnej przygody białego małżeństwa. Jeśli Abraham dzięki wierze stał się ojcem wierzących, to czy w Nowym Testamencie nie jest kimś takim także dyskretny prowincjonalny Cieśla (tékton, por. Mt 13, 55a) z królewskiego rodu? Jego rezygnacja z seksualnego zbliżenia do Żony otworzyła drzwi wszechmocy Boga, który „to, co nie istnieje, powołuje do istnienia”…

Ewangelia: Mt 1, 16.18-21.24a

            Józef, mąż Maryi, nie wypowiada na kartach Ewangelii ani jednego słowa. Widzimy go słuchającego Bożej wiadomości-zaproszenia, oraz zdecydowanie działającego. Może był małomównym, praktycznym, solidnym mężczyzną… Z drugiej strony jako legalny ojciec Jezusa musiał z Nim prowadzić poważne rozmowy o Bogu i życiu, ponieważ miał obowiązek wtajemniczyć Syna w Prawo Boże. Postać Józefa kryje się w półcieniu, święty Cieśla pozostaje skromnym sługą tajemnicy swej Żony oraz jej niepojętego Dziecka. Jednak zauważmy, że w Mateuszowej „Ewangelii dzieciństwa” to właśnie do Józefa zwraca się anioł nakazujący ucieczkę do Egiptu, oraz oznajmiający, że Herod zmarł i można wracać do ojczyzny. Józef był prawdziwą głową Świętej Rodziny.

            Nie trzeba działać w świetle reflektorów ani robić wokół siebie hałasu, żeby dokonywać rzeczy naprawdę wielkich i dźwigać naprawdę poważną odpowiedzialność. Józef, daleki potomek króla Dawida i przybrany ojciec Syna Bożego, był kimś wielkim w oczach niebiańskiego Ojca, który „widzi w ukryciu” (por. Mt 6, 4b).

albo Łk 2, 41-51a:

            Epizod zagubienia dwunastoletniego Jezusa przez Maryję i Józefa podczas pielgrzymki do Jerozolimy, oraz odnalezienia Go w świątyni „po trzech dniach”, to bardzo wyrazista ilustracja sekretu Świętej Rodziny. Przed tym wydarzeniem i po nim młodziutki Jezus „był poddany” Mamie oraz przybranemu ojcu. Jednak na progu okresu dojrzewania przejawia świadomość o wiele głębszego „poddania” swojemu ukrytemu Ojcu z nieba.

            Boskie Słowo, które stało się Człowieczym Dzieckiem, uczy nas przy okazji innego sekretu, który ze sobą przyniosło na świat. Nie należymy wyłącznie do naszych rodzin, nie jesteśmy zanurzeni bez reszty w ziemskie zależności. Głębiej niż we krwi nosimy echo głosu, który dla tego Dwunastolatka rozlegnie się później nad Jordanem (por. Łk 3, 22), ale już teraz do Niego przemawia w ciszy posłusznego serca. Dzięki przyjęciu Jezusa przez wiarę, to znaczy dzięki poddaniu się Mu i oparciu się na Nim, „na nowo rodzimy się z Boga” (por. J 1, 12; 3, 3.5-6). To z Nim łączy nas więź bardziej fundamentalna, niż relacja z ojcem, matką, rodzeństwem, współmałżonkiem, dziećmi (por. Łk 14, 26). Dlatego, choć jesteśmy „poddani” różnym (skądinąd błogosławionym) zobowiązaniom wobec bliskich, to jednak żadna z tych relacji nie może nas pochłonąć tak, by zniknęła intymność z niebiańskim Ojcem oraz „bycie w tym, co jest Jego”. Jeśli nie będę Boży, to nie potrafię dobrze przyjąć i obdarować drugiego człowieka – ponieważ nie będę sobą!

Piątek, 20.03.2015

Pierwsze czytanie: Mdr 2, 1a.12-22

Słowa starotestamentalnej księgi brzmią znajomo z dwóch powodów. Po pierwsze, nietrudno skojarzyć zawistną postawę wrogów człowieka sprawiedliwego z tym, czego doświadczyło w przeszłości i doświadcza aktualnie ze strony otoczenia wielu „łaknących i pragnących sprawiedliwości” (por. Mt 5, 6). Po drugie, nabrzmiały złośliwością opis duchowej sylwetki ofiary spisku pasuje do Jezusa, budzącego gwałtowne reakcje urażonych w swojej obłudzie „arcykapłanów i starszych” (por. Mk 8, 31), nie mogących znieść Chrystusowej prawości. Dobro kole w oczy, przywykłe do ciemności grzechu i mrużące się z przykrością na widok „Światła przychodzącego na świat” (por. J 3, 20).

Ten prorocki wgląd w błędną logikę zatwardziałych grzeszników pozwala głębiej zrozumieć słowa Księgi Izajasza o Słudze Zbawienia cierpiącym za nasze grzechy. Tam, zgodnie ze starożytnym sposobem mówienia, przypisano Bogu „zwalenie win nas wszystkich” na barki Mesjasza (por. Iz 53, 6). Chodziło o podkreślenie Boskiej kontroli nad sytuacją, oraz faktu wykorzystania przez Stwórcę okazji do wyprowadzenia dobra ze zła, o paradoksalne „policzenie” wierności heroicznego Sługi na konto Jego zabójców, „nie wiedzących, co czynią” (por. Łk 23, 34). Krew Chrystusa „przemawia mocniej niż krew Abla” (Hbr 12, 24) dlatego, że ta druga wołała o pomstę (por. Rdz 4, 10), a ta pierwsza wyprasza ułaskawienie. Jednak Bóg nie ma upodobania w śmierci, „chce miłosierdzia, a nie ofiary” (por. Mt 9, 13). Wolą Ojca, której poddał się Jezus w Getsemani (por. Mt 26, 39), nie było niczyje cierpienie, lecz wytrwanie Zbawiciela przy ludziach, w miłości „do końca” (por. J 13, 1), niezależnie od tego, z czym się w zamian spotka.

Inny werset przywołanego fragmentu Izajasza głosi wprawdzie w naszych tłumaczeniach, że Bogu „spodobało się zmiażdżyć Go cierpieniem” (por. Iz 53, 10) – jednak taki przekład niejasnego wyrażenia użytego w hebrajskim tekście nie jest oczywisty i np. w starożytnej greckiej Septuagincie ów werset występuje w brzmieniu: „Pan postanowił oczyścić Go z nieszczęścia”. Natomiast logika ewangelicznego Objawienia uczy, że to nie Bóg (czuły Abba, por. Mk 14, 36) wymyślił Mękę, lecz stanowiła ona efekt zderzenia Świadka Miłości z ziemską dżunglą, wliczony przez Ojca i Syna w koszta zbawienia.

W naszym dzisiejszym czytaniu relację o knowaniach ludzi przewrotnych przeciw Sprawiedliwemu poprzedza zdanie: „Mylnie rozumując, mówili sobie: Nasze życie jest krótkie i smutne!” Wydaje się, jakby cała ich niemoralność wynikała z braku „żywej nadziei” (por. 1 P 1, 3), a wściekłość odwetu na Synu Bożym brała się z odmowy uwierzenia, że Bóg jest dobrym Ojcem i że prawość serca, które Go zna, skutkuje szczęściem w Jego domu. Oto pytanie: czy uwierzę zgorzkniałej mądrości upadłego świata, czy przesłaniu Baranka Bożego?

Psalm responsoryjny: Ps 34, 17-18.19-20.21.23

            Mając w pamięci czytane wcześniej słowa o spisku nieprawych przeciw sprawiedliwemu, możemy śpiewać ten psalm jako dziękczynienie za ostateczne wybawienie Jezusa przez Ojca z głębiny śmierci. Możemy też dziękować za „ustrzeżenie” nie tylko Jego kości, zachowanych w całości jak u paschalnego baranka (por. J 19, 31-36), ale także Jego „ducha”, którego w piekle męki mógł powierzyć w Ojcowskie ręce (por. Łk 23, 46). Ojciec z nieba, chociaż „ukryty” (por. Mt 6, 18), był w męce po stronie Jezusa, był z Nim wspomagając Go (por. Iz 50, 7).

            Mając z kolei na uwadze rozmaite sytuacje, w których ludzie podlegają większym lub mniejszym prześladowaniom, możemy prosić o wytrwanie niewinnie cierpiących przy Bogu, oraz umacniać sami siebie na godzinę próby. Życie człowieka prawego nie jest łatwe, spadają na niego ciosy, ale niezależnie od skali doświadczeń ostatecznie „Pan go ze wszystkiego wybawia”.

 

Ewangelia: J 7, 1-2.10.25-30

            Oglądamy Jezusa, na którego przeciwnicy już wydali wyrok. Pan udaje się na pielgrzymkę do Jerozolimy w tajemnicy, nawet przed swymi kuzynami – „braćmi”. Ci ostatni zresztą nie wierzą w Jego posłannictwo i wyraźnie sobie z Niego drwią (por. J 7, 3-5). Światło, które przyszło na świat, jest przez jednych lekceważone, przez drugich znienawidzone. Jezus wydaje się tragicznie osamotniony, ale ma przecież swego ukrytego Ojca, którego dogłębnie, dotykalnie „zna”, jest z Nim w intymnej relacji. Choć nieoficjalnie poszukiwany, występuje w świątyni i wykrzykuje swoje świadectwo, ponieważ przyszedł między ludzi właśnie po to, żeby się z nami podzielić swym synostwem, swoją bliskością z Ojcem (por. J 1, 12), oraz objawieniem Jego „oblicza” i „imienia”, Jego charakteru (por. J 1, 18; 17, 6).

            Widzimy też (ewangelista Jan szczególnie to podkreśla), że cała sytuacja jest pod Boską kontrolą – która w żadnym razie nie oznacza manipulowania ludźmi, więc wrogie zamiary nie znikają z ich serc. Jednak tym razem „nikt nie podniósł ręki” na Jezusa, bo ma On jeszcze coś do powiedzenia i do zrobienia, zanim wyjdzie z królewskim spokojem na spotkanie śmierci. Niezależnie od spisków i knowań zła, Bóg spokojnie realizuje swój plan miłości.

Sobota, 21.03.2015

Pierwsze czytanie: Jr 11, 18-20

Otrzymujemy do medytacji kolejny fragment starotestamentalnych proroctw, czyli objawień Boskiego spojrzenia na rzeczywistość, w której żyjemy. Proroctwa biblijne nie są w pierwszej kolejności zapowiedziami przyszłych zdarzeń, choć oczywiście bywają nimi również. Często okazują się raczej diagnozą teraźniejszości, jej pogłębionym odczytaniem, ukazaniem zagrażających człowiekowi konsekwencji jego postaw i czynów. Jednak Boży Duch, przenikający swoją obecnością przeżycia i wypowiedzi autorów Pisma, dawał jego czytelnikom oraz interpretatorom poznanie kolejnych warstw znaczeń danego tekstu. Sytuacje z przeszłości okazywały się mniej lub bardziej jasnymi zapowiedziami tego, co miało nastąpić dużo później. Biblia zawiera Boże obietnice głoszone świadomie przez proroków, oraz takie, które są ukryte w słowach mówiących więcej, niż w danym momencie miał na myśli formułujący je człowiek.

Wyznanie kogoś, przeciw komu powzięto „zgubne plany” i kto prowadzony jest „jak potulny baranek na zabicie”, to autobiograficzna wypowiedź samego Jeremiasza. Porównanie cierpiącego sługi Bożego do baranka (a także zwrot o „zgładzeniu go z ziemi żyjących”) powtórzy podczas niewoli babilońskiej jeden z uczniów Izajasza, współautor księgi nazwanej imieniem jego mistrza (por. Iz 53, 7-8). Motyw baranka powróci następnie echem w określeniu, jakiego użyje w stosunku do Jezusa Jan Chrzciciel (por. J 1, 29) i dostarczy pożywki tyleż profetycznym, co erudycyjnym obrazom kreślonym w Janowej Apokalipsie (por. Ap 5, 6-14; 13, 8; 14, 1-5; 21, 22; 22, 1-3). Oczywiście, pamiętamy też, że sam Jezus odniósł do siebie „Izajaszową” wizję „sługi oddającego życie na okup za wielu” (por. Mk 10, 45; Iz 53, 10b.11b). Zaś aluzję do wspomnianego w naszym czytaniu „zniszczenia drzewa z jego mocą (świeżością)” zdaje się wkładać w usta niosącego krzyż Chrystusa ewangelista Łukasz (por. Łk 23, 31).

Tak więc dramatyczne doświadczenia prześladowanego Jeremiasza zapowiadają cierpienia Zbawiciela, lecz portret doskonałego Baranka Bożego rysuje się w wypowiedzi proroka raczej niewyraźnie. Oczywiście, nie pasuje nam do Jezusa „łagodnego (praús) i pokornego sercem” (por. Mt 11, 29) westchnienie „chciałbym zobaczyć Twoją zemstę nad nimi”. Z krzyża padną inne słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34a). Ale nie lekceważmy ostrzeżenia, jakie płynie z ust hebrajskiego gwałtownika. Bóg się co prawda, ściśle rzecz biorąc, nie mści, ale perfidia, podłość i nienawiść same się mszczą na tych, co się nimi karmią. Kto odpycha Baranka Miłosierdzia, ten zostaje w piekle.

 

Psalm responsoryjny: Ps 7, 2-3.9bc-10.11-12

            Medytację nad czytaniem możemy przedłużyć w psalmie, który ponownie stawia nam przed oczy sytuację prześladowanego sprawiedliwego. Bóg jest w stanie uratować swego sługę, ująć się za niewinnością i poskromić drapieżną „nieprawość występnych”. Tak się niekiedy dzieje. Jednak, jak pamiętamy, Ojciec z nieba może też uratować oddającego się w Jego dobre ręce w ten sposób, że „umocni go” podczas prześladowania, które nie ustaje – i dopiero „dnia trzeciego” podniesie z klęski (por. Oz 6,2). Tak było w przypadku samego Boga-Syna, błagającego w Getsemani o wybawienie i „wysłuchanego” (por. Hbr 5, 7), choć inaczej, niż byśmy się spodziewali.

            Psalmista mówi o Bogu „codziennie pałającym gniewem”, więc warto przypomnieć, że ten gniew to namiętne przeciwstawianie się złu, duchowe kontrataki (por. Ps 7, 13-14), wskutek których perfidne knowania nie osiągają ostatecznie celu, a upartym złoczyńcom „własny gwałt spada na ciemię”. Zło pokonuje się samo, jego pociski odbijają się od ściany ognia, jaką jest Boskie „Nie!”

Ewangelia: J 7, 40-53

            Jak widzimy, Jezus przynoszący swoim przyjaciołom wewnętrzny pokój (por. J 14, 27) staje się zarazem przyczyną rozłamu między tymi, którzy skłaniają się do uznania w Nim Mesjasza, a tymi, którzy czują się zdezorientowani lub w ogóle Go odrzucają (por. Łk 12, 51). Podobnie jak wcześniej, na szlaku Jezusowych wędrówek (por. Mt 16, 14), także obecnie na dziedzińcach i krużgankach jerozolimskiego Sanktuarium krzyżują się ludzkie opinie o Nazarejczyku. Zauważmy, że nawet fakt wychowywania się i zamieszkiwania Pana w Galilei daje podstawy do wątpliwości, bo czy każdy musi znać szczegóły Jego życiorysu i historię narodzin w Betlejem? Jak powie wieki później Pascal, w sprawach wiary jest wystarczająco dużo światła, żeby pragnący prawdy znalazł ją, oraz wystarczająco dużo cienia, żeby nastawiony negatywnie pozostał na nią ślepy. Kontrowersje na temat Jezusa dzielą również środowisko uczonych w Piśmie, gdzie próbuje Go ostrożnie bronić Nikodem, cichy (trochę zbyt cichy) sympatyk. Niestety, jego zanotowana w trzecim rozdziale naszej Ewangelii rozmowa z Panem o nowym narodzeniu (por. J 3, 1-21) nie zaowocowała chyba jeszcze przyjęciem Ducha męstwa – ale później, pod krzyżem, Nikodem zda egzamin z wierności (por. 19, 39). Póki co, dyskusja w kręgu kapłanów i uczonych kończy się pójściem „każdego do swego domu” bez wiążących ustaleń. Jednak poziom wrogości narasta.

            Pośród tego wszystkiego uderzają słowa świątynnych „pachołków” (hyperétai, J 7, 45-46) wysłanych jednak wcześniej, żeby pojmać Jezusa: „Jeszcze nigdy żaden człowiek tak nie przemawiał”. Można nie być przekonanym do końca, nie umieć znaleźć odpowiedzi na zarzuty przeciwko Jezusowi, ale i tak wyczuwać Jego niepokojącą Inność, odmienność od wszystkich mędrców, proroków, nauczycieli, przywódców… Czasem trafi się agnostyk lub ateista kryjący w szufladzie lub na półce zaczytany egzemplarz Ewangelii, pełen podkreśleń i uwag na marginesach. Taki człowiek wyprzedza do królestwa Bożego katolika, który ziewa ukradkiem podczas liturgii słowa, bo tysiąc razy to słyszał, ale jeszcze nie zdarzyło mu się USŁYSZEĆ.

dr hab. Marek Kita

Klikając poniżej
Audycje archiwalne

można odsłuchać nagrania, archiwalnych komentarzy do pierwszych czytań, przygotowane przez nasze Bractwo i emitowane w formie Audycji „Słowo na wieki – Słowo na dziś” na falach Radia Warszawa 106,2 FM.

Komentarze do czytań III Tydzień Wielkiego Postu (8-14 marca 2015 r.) - Joanna Człapska
Komentarze do czytań V Tydzień Wielkiego Postu (22-28 marca 2015) - Anna i Tomasz Twardziłowscy