Niedziela, 28.02 2016 r.

Pierwsze czytanie: Wj 3,1-8a.13-15

Co znaczy imię Boga? Co mówi temu, kto czyta i temu kto słucha Pisma Świętego to krótkie i enigmatyczne: „Jestem, który Jestem”? Wiele komentarzy napisano i wiele czasu poświęcono na to, by zrozumieć hebrajskie: „אֶֽהְיֶ֖ה אֲשֶׁ֣ר אֶֽהְיֶ֑ה” (’ehǝjeh ’aszer ’ehǝjeh); by odczytać sens i treść greckiego tłumaczenia tych słów w Septuagincie: „ἐγώ εἰμι ὁ ὤν” (egō eimi ho ōn). I jest to ze wszech miar słuszne! Cóż świętszego nad imię Boga? Sam Mojżesz zadaje Bogu pytanie o imię, bo znać imię, to w kulturze hebrajskiej o wiele więcej niż tylko wiedzieć, jak ktoś się nazywa. Znać imię, to poznać osobę i jej istotę – w tym przypadku “Osobę” pisaną przez wielkie O.

Bóg daje się poznać, wyjawia człowiekowi swoje imię… Lecz ono wciąż jest enigmatyczne i często nie do końca zrozumiałe. Ale może nie zawsze trzeba próbować wszystko zamknąć w prostej formule i jasno określić znaczenie słów? Bo powiedzieć, że „a” znaczy „a”, to zamknąć „a” w definicji. A Boga nie da się zamknąć w żadnej definicji, choćby najbardziej rozbudowanej i wyszukanej. On zawsze wymknie się ludzkiej próbie i chęci sklasyfikowania i logicznego zrozumienia. Bo On jest Bogiem. Przed Nim trzeba, wzorem Mojżesza, zdjąć sandały i upaść na twarz. Często bardziej z intuicją i z przeczuciem niż wiedzą i definicją. Być może, gdy zrobimy trochę wolnego miejsca w naszych umysłach, miejsca wolnego od ograniczających definicji, znajdzie się tam przestrzeń dla tego, co nie jest zrozumiałe, a mimo to prawdziwsze niż wszystko inne.

 

Psalm responsoryjny: Ps 103(102),1-2.3-4.6-7.8.11

Bóg odpuszcza winy. Bóg leczy choroby. Bóg ratuje od zguby. Bóg obdarza łaską i zmiłowaniem. Pojawia się wielka pokusa, żeby dodać jeszcze tylko “Bóg zrobi za Ciebie wszystko”…

To również kościelna nowomowa i nadużywanie podobnych formuł bez wgłębiania się w ich treść sprawia niejednokrotnie, że ludzie się buntują, że widzą w Kościele grupę ludzi, którzy szukają pomocy z zaświatów, bo sami nie potrafią sobie poradzić z życiem. Czy można ich za to winić? Nie, już choćby z tego powodu, że w tym życiu nie chodzi o obwinianie siebie nawzajem, a o to, żeby kochać coraz bardziej i coraz doskonalej. Warto jednak przyglądać się każdemu słowu i wypowiadać je odpowiedzialnie. Nigdy nie rzucać słów „tak po prostu”.

Bo Bóg naprawdę odpuszcza winy. On naprawdę leczy choroby. Ratuje od zguby i obdarza wszystkim, czego człowiek rzeczywiście potrzebuje. Pozostaje tylko kwestia, w jaki sposób te słowa „przeczytamy”? Bo „czytać” można również życiem, nie tylko ustami, a wtedy nasze „czytanie” stanie się świadectwem wobec innych.

 

Drugie czytanie: 1 Kor 10,1-6.10-12

By nie upaść, nie wystarczy wiedzieć, że Bóg istnieje. Nie wystarczy widzieć Jego cudów, nie wystarczy nawet doświadczyć tak wielkiego znaku i dzieła Boga, jak wybawienie z niewoli egipskiej, prowadzenie przez pustynię, karmienie chlebem z nieba i wodą ze skały. Św. Paweł wskazuje wiernym Kościoła w Koryncie, jako swego rodzaju przestrogę, przykład Izraelitów, którzy widzieli i „dotykali” tego wszystkiego, co Bóg dla nich uczynił. Nie wystarczy uznać, że Jezus był postacią historyczną, nie wystarczy przyjąć do wiadomości Jego śmierci na Krzyżu. Nie wystarczy cenić sobie Jego nauki. Być może nawet nie dość, by chodzić co tydzień do kościoła i patrzeć na prawdziwy „chleb niebieski” i napój duchowy zaspokajający pragnienie o wiele bardziej niż woda na pustyni. Trzeba wciąż i na nowo weryfikować czy rzeczywiście stoimy, czy tylko nam się zdaje, że nie upadamy – jak pisze Apostoł.

Jak to uczynić? Nie pragnąć zła, nie szemrać. A widząc wielkie dzieła Boga – odpowiadać na nie szczerą wiarą. Bo, choć wiele razy powtórzone zostały tu słowa: „nie wystarczy”, to może tym razem wystarczy po prostu wierzyć szczerze. Bo wiara w Jezusa jako Mesjasza, to o wiele więcej niż tylko uznanie, że istniał. A wiara w rzeczywistą obecność Ciała i Krwi w Eucharystii to rzecz zgoła inna niż tylko wspominanie wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, to jej uobecnianie. Wierzyć Bogu bez szemrania i bez pragnienia zła; wierzyć weryfikując każdego dnia, czy rzeczywiście stoimy, czy tylko nam się zdaje.

 

Ewangelia: Łk 13,1-9

We fragmencie Ewangelii według św. Łukasza Jezus naucza najpierw bezpośrednio, później dopełnia naukę przypowieścią. Indywidualizm podejścia Boga do nas, do ludzi jest tym, co można odczytać z tej nauki. Kara, którą Pan zsyła na grzeszników nie jest obiektywna. Jezus zaznacza wyraźnie, że zarówno Galilejczycy zabici przez Piłata, jak i ludzie, na których zwaliła się wieża w Siloe, nie byli większymi grzesznikami niż ich współbracia. Bo każdy człowiek jest inny i o każdego Bóg troszczy się indywidualnie, jak o każde drzewo figowe w sadzie. Patrzy i daje czas, troszczy się, napomina. Przychodzi jednak czas, gdy ze smutkiem mówi: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?”

Bóg przestrzega, daje nam przykład z życia innych ludzi – przykład kary. Ale Bóg nade wszystko jest cierpliwy i chce, żebyśmy przynieśli owoc – każdy z nas na swoją miarę i równie słodki jak dojrzała figa. Gdy jednak wciąż tylko wyjaławiamy ziemię, gdy nasz czas się kończy, wtedy mamy jeszcze pośrednika, który się za nas wstawia u Ojca – Jezusa Chrystusa. On przychodzi i prosi Ojca o jeszcze jeden rok, ponad doskonałą liczbę trzy. Więcej niż cokolwiek, o co moglibyśmy prosić. Okopuje raz jeszcze, obkłada nawozem miłości i ofiary. A wszystko dlatego, że On nie chce śmierci grzesznika, lecz jego nawrócenia.

 

Poniedziałek, 29.02. 2016 r.

Pierwsze czytanie: 2 Krl 5,1-15a

Naaman to ja. Człowiek poważany, mądry, człowiek, który wie, jak wygląda świat. Wie, że żeby zostać uzdrowionym, prorok musi stanąć przed nim, wezwać imienia Boga, poruszyć ręką nad miejscem chorym, może jeszcze wypowiedzieć jakieś nie do końca zrozumiałe słowa. Naaman wie, że świat jest skomplikowany, wie, jak świat powinien wyglądać, zna reguły i zasady. Naaman wie…

Czasami największa trudność polega na tym, żeby nie wiedzieć. Żeby w XXI wieku, w którym ludzkość pretenduje do miana wszechwiedzącej i wszystko rozumiejącej, zdać się na proste słowa Pisma Świętego. Nie oczekiwać poruszania rękami, ani wielkich znaków i gestów – przyjąć proste Słowo Boga, w którym jest On sam.

Kochaj – to całe Prawo i prorocy! (por. Mt 22,37-40). Zbyt proste? „Czyż Abana i Parpar, rzeki Damaszku, nie są lepsze od wszystkich wód Izraela?”. Czy tysiące mędrców i proroków przed Jezusem nie mówiło już tego samego? Nie. Trzeba zanurzyć się w tej jednej rzece, najczystszej rzece, która wypływa z Narodu Izraela – w Chrystusie – żeby zrozumieć, że „na całej ziemi nie ma innego Boga”. Zrobić to, mimo że dla mnie – mądrego, wykształconego i rozumiejącego świat Naamana – nie ma to sensu. Jest zbyt proste, zbyt mało wyszukane, bez trudnych słów i poruszania rękami. Zbyt proste?

 

Psalm responsoryjny: Ps 42(41),2-3; Ps 43(42),3.4

Pragnienie i tęsknota za Bogiem – o tym śpiewa autor we fragmentach z Psalmów 42(41) i 43(42). I choć kwestia tłumaczenia poetyckich tekstów hebrajskich, to rzecz co najmniej trudna, polskie tłumaczenie Biblii Tysiąclecia jest niezwykle plastyczne i może żywo przemawiać do słuchaczy.

Pragnienie bliskości Boga, prośba skierowana do Niego, obcowanie z Panem. Taki jest schemat czterech wersetów, które wyśpiewujemy dzisiaj w liturgii. Wola wspierana przez łaskę umożliwia przystąpienie do Boga i wielbienie Go, które są celem i kierunkiem życia wierzącego. Nie chodzi tu o długie życie ani o bogactwo ziemskie czy pomyślność. Tym, co ma być nie tylko celem liturgii, ale całego życia chrześcijanina jest – „po prostu”, choć to nie zawsze proste – wielbienie Boga i przebywanie w Jego bliskości. Wielbienie, które już samo w sobie nie jest naszą zasługą, a jest nam niejako umożliwione przez samego Pana.

 

Ewangelia: Łk 4,24-30

Spojrzeć na siebie z innej perspektywy – z perspektywy wdowy w Sarepcie Sydońskiej, z perspektywy Syryjczyka Naamana. Czasami trzeba na swój sposób wyjść z siebie i stanąć obok, by zobaczyć, jacy jesteśmy. Może zamknięci i pyszni, niewidzący swoich wad, unikający konfrontacji z samymi sobą… Inna, dalsza optyka pozwala zobaczyć to, czego nie widać z bliska. Dlaczego jak wdowy Izraelskie jestem wciąż głodny i spragniony? Dlaczego wciąż jestem trędowaty?

Można się unieść niezdrowym poczuciem własnej godności i pychą. Powiedzieć, że to nie moja wina, że ja jestem idealny. Można, jak Hiob, trwać przez niemal całą narrację księgi w zaparciu – nie dopuszczać do siebie myśli o tym, że to we mnie jest coś, co nie pozwala mi dostąpić oczyszczenia z trądu czy też doświadczyć cudu i przestać głodować mimo panującej suszy. Gdy jednak Elihu pokazał Hiobowi jego pychę i to, że uważając się za doskonale sprawiedliwego, w rzeczywistości oskarża Boga o niesprawiedliwy sąd w stosunku do niego, Hiob się zreflektował i uznał swoją winę.

W Ewangelii według św. Łukasza Jezus wskazuje mieszkańcom Nazaretu, że to w nich samych są przeszkody, z powodu których nie potrafią przyjąć nauki Ewangelii, nauki Chrystusa. Oni jednak czynią inaczej niż Hiob – unoszą się pychą jeszcze bardziej. Ale ich pycha niczego Jezusowi nie odejmuje, niczego ująć nie może. A Jego przejście pośród nich i oddalenie się, które kończy fragment Ewangelii z dzisiejszej liturgii, jest bardziej dramatyczne niż wiele innych słów Pisma Świętego – bo jest odrzuceniem Syna Bożego. Nie jest to odejście z podniesioną głową, nie jest to triumfalne przejście. I, choć to już kwestia indywidualnej interpretacji, można wyobrazić sobie głęboki smutek Jezusa i cierpienie odrzucenia przez człowieka. Ale jednocześnie zrodzić się może w człowieku szczere pragnienie, by Chrystus na nasz widok nie był frasobliwy, a raczej, by widząc naszą skruchę w tym Wielkim Poście, uśmiechnął się i mógł z nami pozostać.

 

[dzień 3]

Wtorek, 1.03.2016 r.

Pierwsze czytanie: Dn 3,25.34-43

Pieśń Azariasza, której fragment czytamy dzisiaj w liturgii zaczyna się słowami: “Błogosławiony jesteś, Panie, Boże naszych przodków, i pełen chwały; /imię Twoje jest błogosławione na wieki. / Albowiem jesteś sprawiedliwy we wszystkim, / coś nam uczynił, / a wszystkie czyny Twoje pełne prawdy, / drogi zaś Twoje proste / i wszystkie wyroki pełne słuszności” (Dn 3,26-27). Czy można inaczej rozpocząć modlitwę do Boga, niż błogosławiąc Go? Albo prosić Pana o cokolwiek, zanim uznamy, że wszystko co czyni i co dopuszcza jest słuszne? Oczywiście że można, ale Pismo Święte i pieśń Azariasza zdają się ukazywać taki, nie inny, początek modlitwy jako najwłaściwszy i najlepszy. Dopiero potem, gdy Azariasz uzna już wielkość i doskonałość Boga, mówi Mu o tym, co jest dla niego trudne, przedstawia Mu swoją prośbę o wybawienie Izraela. Nie z wyrzutem, nie z pretensją, ale ze skruchą i uniżeniem.

Być może nie jest łatwo wykrzesać z siebie pokorę i ufność w sens Bożego działania, gdy świat wkoło nas się wali. Ale jest to możliwe, postawa Azariasza opisana w Księdze Daniela jest tego przykładem. Jego świat się zawalił, Naród Wybrany został podbity, Nabuchodonozor kazał czcić Izraelitom uczynione przez siebie posągi, Azariasza skazano na spalenie w piecu… I to właśnie z pieca, z którego “płomień wznosił się na czterdzieści dziewięć łokci” Azariasz woła do Pana i prosi Go o wybawienie Narodu, a swoją pieśń i modlitwę rozpoczyna od błogosławienia Boga i uznania Jego sprawiedliwości, mimo że jego świat dosłownie stoi
w płomieniach.

 

Psalm responsoryjny: Ps 25(24),4-5.6-7bc.8-9

Psalm 25 jest wołaniem człowieka uciśnionego, człowieka otoczonego przez nieprzyjaciół i wrogów. Człowieka, który boleśnie odczuwa swoją samotność. Ale jednocześnie jest w tym wołaniu wśród poczucia opuszczenia nadzieja i ufność. A choć czytamy dzisiaj jedynie sześć krótkich wersetów z tekstu psalmu, już w nich da się odczuć charakter całości.

Być może na tym polega ciemna noc ducha, by w poczuciu opuszczenia i bez doświadczenia Boga, paradoksalnie, doświadczać Go jeszcze bardziej. Przez ciągłe pragnienie Jego bliskości i kierowanie swoich myśli ku Niemu, nawet jeśli czasami wydaje się po ludzku zbyt odległy i zbyt wysoki, żeby jakiekolwiek spośród naszych małych słów mogło dotrzeć do Jego Najwyższego Majestatu.

 

Ewangelia: Mt 18,21-35

Czy Piotr naprawdę nie wiedział, ile razy ma przebaczyć swojemu bratu? Czy rzeczywiście uważał, że przebaczać zawsze, bo liczba siedem oznacza doskonałość i pełnię, to „aż”, to zbyt wiele? Piotr mógł przeczuwać, że ludzka pełnia i doskonałość, ludzkie „siedem”, to wciąż zbyt mało. Dlatego idzie i pyta swojego Mistrza i Nauczyciela: „Ile razy mam przebaczyć?” I słyszy odpowiedź – ludzka doskonałość to wciąż zbyt mało! W przebaczaniu trzeba starać się być tak doskonałym, jak sam Bóg!

Znowu zbyt wiele Jezus od nas wymaga? Znowu zawiesza przed nami nierealne poprzeczki? Nie. Wszystko jest możliwe w Bogu. Być może przebaczenie tym bardziej, że jego sens i możliwość rodzi się z przebaczenia otrzymanego od Boga. Przykład idzie tu dosłownie z góry. Mogę przebaczać dlatego, że wcześniej mi samemu zostało przebaczone. Gdy słuchamy przypowieści opowiedzianej przez Jezusa, naturalnie buntujemy się na niesprawiedliwość sługi, który – choć jemu samemu darowano wielki dług – sam nie chce darować długu o wiele mniejszego. Gdybyśmy wiedzieli, ile razy Ojciec nam przebacza, ile razy „lituje się nad swoimi sługami” jak król z paraboli, z pewnością inaczej patrzylibyśmy na drobne i większe uchybienia, które czynią nam nasi bliźni. Bo są one naprawdę znikome wobec najmniejszego grzechu, którym ranimy doskonale nas kochającego Boga, a my i tak się przeciw nim buntujemy i nie potrafimy ich znieść. Buntujemy się często dla samego buntu, stawiając na swoim, nie na „bożym”.

Do pytania Piotra można dopisać dzisiaj jeszcze jedno: Jak bardzo mam być wdzięczny za darowane mi przez Boga długi? Czy aż siedmiokrotnie mam mu dziękować za każdą kroplę miłości i przebaczenia? A wdzięczność Bogu wyraża się również czynieniem dobra bliźnim.

 

Środa, 2.03. 2016 r.

Pierwsze czytanie: Pwt 4,1.5-9

“Abyście żyli”. Czy to nie wystarcza? Czy naprawdę trzeba jeszcze czegoś więcej? Wszystkich tych słów o objęciu w posiadanie ziemi, o tym, że Izrael będzie podziwiany przez inne narody? Czy to naprawdę potrzebne?

Na pierwszym miejscu jest jednak życie. A gdyby tak spojrzeć na wszystko, co mówi dalej Mojżesz, nie jako na kolejne i jakby osobne elementy wypływające z przestrzegania Prawa, ale jako na rozwinięcie i wytłumaczenie tego, co kryje się pod słowem „życie”?

Żyć zatem, to wziąć ziemię w posiadanie, panować nad nią. A prawdziwie panować, to służyć. Zarówno ludziom mieszkającym na ziemi, jak i jej samej, tj. przyrodzie ożywionej i nieożywionej – jak powiedziałaby egzegeza czerpiąca z hermeneutyki ekologicznej. Ale to jeszcze nie wszystko. Żyć według Prawa, to żyć tak, żeby ludzie, widząc nas, powiedzieli: “Z pewnością ten wielki naród to lud mądry i rozumny”. Innymi słowy, żyć tak, żeby świadczyć wobec każdego o wielkości naszego Boga.

Być może właśnie tak należy dzisiaj zrozumieć słowa Mojżesza, które są skierowane również do nas – jako wskazanie na życie będące służbą i ukazywaniem chwały Boga. Życie, które jest owocem wypełniania Prawa.

 

Psalm responsoryjny: Ps 147,12-13.15-16.19-20

Księgi Starego Testamentu, również psalmy, pisane były z perspektywy Narodu Wybranego. Jednego i jedynego ludu, który Bóg wybrał sobie na własność, na dziedzictwo. On „oznajmił swoje słowo Jakubowi (…) / nie uczyniłem tego dla innych narodów”. Jednak już nawet w Starym Testamencie autorzy patrzyli na inne społeczności, inne ludy, i wychodzili ze zbyt wąskich ram ekskluzywizmu, który nie daje możliwości przystępu do Boga osobom spoza Narodu. Na koniec posłał swojego Syna i tak zmienił świat i perspektywę ludzi, że żadne myślenie „wyłączające” kogokolwiek z możliwości zbawienia nie może się ostać. Do tego stopnia, że pod tym względem dzisiaj naprawdę nie ma już różnicy między Żydem i Grekiem czy niewolnikiem i wolnym.

Śpiewając psalm 147, dobrze jest widzieć myśl Boga, który rzeczywiście wybrał sobie jednego człowieka, a potem jeden Naród. Uczynił to jednak, żeby dać możliwość zbawienia i obcowania z Nim wszystkim, już nie tylko wybranym. Zarówno Żydom, jak i Grekom, kobietom i mężczyznom, dominikanom i jezuitom, osobom z odnowy i tym, którzy sprawują liturgię w rycie trydenckim.

 

Ewangelia: Mt 5,17-19

Jezus nie polecił nam tylko wypełniać Prawa. Mamy jeszcze uczyć innych go wypełniać. Słusznie pojawić się może wątpliwość i pytanie, czy człowiek w swoim krótkim życiu jest w stanie nauczyć się wypełniać Prawo na tyle, żeby móc uczyć go innych. Potrzebne wydaje się to pytanie, by stało niejako na straży nas samych, byśmy nie wiązali wielkich ciężarów i nie do uniesienia, i nie kładli ich ludziom na ramiona, a sami palcem nie chcieli ruszyć (por. Mt 23,4).

Wbrew pozorom wypełnianie Prawa, ciągłe wzrastanie w wierze i miłości, by Prawo coraz doskonalej wypełniać już samo w sobie stać się może nauką innych. Nie przez mądre wywody i pouczenia, a po prostu przez życie. Niejeden papież i niejednokrotnie powtarzał, że świat dzisiaj potrzebuje bardziej świadectwa niż wielu słów. Znamy Prawo, które polecono nam wypełniać – prawo miłości, w którym Chrystus zawiera wszystkie przykazania i nakazy Starego Przymierza.

Jak długo mamy jeszcze starać się każdego dnia o wypełnianie i tym samym nauczanie tego Prawa? Kiedy niebo i ziemia przeminą? To tak naprawdę wcale nie jest takie istotne, jak by się nam mogło wydawać. Nieważne czy jeszcze rok, dziesięć lat, pół wieku – wiemy, co mamy robić, nawet jeśli pozostał nam już tylko jeden dzień życia, a jutro rano albo nawet już najbliższej nocy świat miałby przeminąć.

 

Czwartek, 3.03. 2016 r.

Pierwsze czytanie: Jr 7,23-28

“Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” (Łk 4,21). Tak powiedział Jezus do zgromadzonych w synagodze ludzi, gdy któregoś razu podano Mu do czytania fragment
z Księgi Izajasza. Fragment, który opisywał Jego samego.

Dzisiaj Kościół podaje nam do czytania w świątyni, w kościele, Księgę Jeremiasza – fragment ukazujący odwracających się od Boga Izraelitów. Czy jednak Jezus, czytając ten tekst, nie mógłby raz jeszcze powiedzieć – “dziś spełniły się te słowa”? Ale tym razem odnieść je nie do Narodu Wybranego, nie do siebie samego, a raczej zobaczyć w tym opisie obraz nas – ludzi, którzy słuchamy tych słów teraz, w XXI w. “(…) nie chcieli słuchać i poszli według zatwardziałości swego przewrotnego serca; odwrócili się plecami, a nie twarzą”.

Byłoby pychą odpowiedzieć na to pytanie przecząco. Powiedzieć, że tekst pierwszego czytania z dnia dzisiejszego opisuje tylko Izraelitów sprzed kilku tysięcy lat. Że nie ma żadnego odniesienia do nas. Nie takie jest Pismo Święte – jego słowa są wciąż aktualne, wciąż żywe, wciąż dające życie. Tak, to również nas, katolików przeżywających kolejny Wielki Post w swoim życiu, opisuje dzisiejsze czytanie z Księgi Jeremiasza. Ale jeśli Chrystus mówi po raz kolejny – “dziś spełniły się te słowa”, bo widzi naszą zatwardziałość, to podkreśla tym samym raz jeszcze to, co prorok Izajasz powiedział o Nim: “posłał Mnie, / abym ubogim niósł dobrą nowinę, / więźniom głosił wolność, / a niewidomym przejrzenie; / abym uciśnionych odsyłał wolnymi, / abym obwoływał rok łaski od Pana”.

 

Psalm responsoryjny: Ps 95(94),1-2.6-7ab.7c-9

Dobrze znany wielu psalm 95, to psalm wezwania w liturgii godzin. Zaprasza on człowieka wierzącego na początku każdego dnia do tego, by stanąć przed Bogiem i wobec Niego. Być może jest on już przez nas zbyt dobrze znany, byśmy zauważali w nim poszczególne słowa. Spójrzmy zatem tylko na jedno z nich – „stańmy”.

Postawa stojąca, w której modlili się i modlą się nadal Żydzi nabrała w chrześcijaństwie nowego znaczenia. Stanąć dla wierzącego w Chrystusa jako Pana znaczy zmartwychwstać, tak jak sam Jezus stawał pośród swoich uczniów, gdy się im ukazywał po Zmartwychwstaniu. Psalm 95 uświadamia człowiekowi, że stoi, że ma stać, przed swoim Bogiem, że ma go uwielbiać za to, że On zmartwychwstał i dał również jemu możliwość zmartwychwstania. Stawać każdego dnia z tą świadomością i dziękczynieniem już samo w sobie jest pieśnią i psalmem na cześć Pana. Od samego początku, od pierwszej godziny, zarówno tej z liturgii godzin, jak i tej zwyczajnej z zegarka, której chcielibyśmy dodać kilka minut, spiesząc się rano do pracy albo do szkoły czy na uniwersytet.

 

Ewangelia: Łk 11,14-23

Odpowiedź Jezusa na zarzuty ludzi z tłumu, którą słyszymy w dzisiejszym fragmencie Ewangelii według św. Łukasza jest prosta i zrozumiała. Jest logiczna i prosta. Każdy przyzna Jezusowi rację, że wewnętrznie skłócone królestwo nie może się ostać, a wyrzucanie złych duchów mocą tych samych złych duchów jest co najmniej niespójne. Ale na tym nie kończy się odpowiedź Jezusa. Dodaje jeszcze jedno, dziwne zdanie o uzbrojonym mocarzu i o kimś silniejszym od mocarza, który pokonawszy go nie zatrzymuje łupów dla siebie samego, czego moglibyśmy się spodziewać, ale je rozdaje. Tu, rzeklibyśmy, kończy się logiczna część wypowiedzi Pana. Znowu zaczyna mówić dziwnie i niezrozumiale.

Kim jest mocarz i kto jest od niego silniejszy? Czytając te zdania w kontekście całego fragmentu, możemy dojść do wniosku, że pierwszym uzbrojonym mocarzem jest zły duch, który strzeże dworu, w którym mieszka – tj. człowieka. Ale przychodzi mocniejszy od niego i, choć Jezus nie wspomina, żeby ten drugi miał jakiekolwiek uzbrojenie, pokonuje go. Jest Jeden, który potrafi pokonać złego ducha.

Co jednak z łupami, które są nie tyle przejęte przez tego, który pokonał złego ducha, a rozdane? Tu spojrzeć warto na fragment poprzedzający czytaną w liturgii perykopę z Łukasza. Tuż przed nią ewangelista pisał: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” (Łk 11,13). Człowiek wyzwolony spod władzy złego ducha zostaje wyzwolony jednocześnie ze swojego egoizmu. Gdy pozostawał we władzy egoizmu, pilnie strzegł swojego dworu i całego majątku, teraz zaś rozdaje to, co ma, dzieli się sobą samym. Daje dobre dary. Choć to tak naprawdę nie on sam je daje, a Pan, który go wyzwolił spod władzy ducha – bo źródłem każdego dobra jest nie człowiek, a Bóg. To zawsze Mocniejszy „rozdaje łupy”.

 

[dzień 6]

Piątek, 4.03.2016 r. Święto, św. Kazimierza, królewicza

Pierwsze czytanie: Flp 3,8-14

Chrystusa można poznać. Chrystusa można pozyskać. Niełatwe, czasami wydawałoby się nawet zawiłe, słowa św. Pawła pokazują drogę prowadzącą ku temu poznaniu. Jest to droga prowadząca przez stanowcze określenie życiowych priorytetów. On, Chrystus Pan, na pierwszym miejscu, bez konkurencji, bez porównywania z nikim innym, bezwzględnie. Wobec Niego wszystko inne jest śmieciem, nic nie jest bardziej cenne. Droga do pozyskania Chrystusa rozpoczyna się od decyzji woli – trzeba chcieć w taki sposób zarysować swoje własne priorytety. Kolejny etap to zdanie się bez reszty na Boga i uznanie swojej małości. Bo to nie własną sprawiedliwością człowiek może zbliżyć się do Niego, ale przez Bożą sprawiedliwość. Trzeba zatem zaufać nie sobie, ale Jemu. I pozwolić się prowadzić, wierząc w Chrystusa.

Niełatwe? Wydaje się nawet zawiłe? Być może. Warto jednak pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Apostoł pisze: „bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim”. To nie Chrystus ma znaleźć się w nas, nie na tym polega poznanie i pozyskanie Go. Według słów św. Pawła, gdy rzeczywiście „pozyskamy” Pana, wtedy to my będziemy w Nim. Wtedy również On nas pozyska. Bo to nie od nas wychodzi inicjatywa, nie do nas należy pierwszy krok – ten został już zrobiony dawno, gdy Bóg stworzył świat, gdy wybrał sobie Abrahama, gdy posłał na świat swojego Syna i wreszcie, gdy Ten umarł na Krzyżu i Zmartwychwstał.

Bo pozyskać Chrystusa, poznać Go, to o wiele bardziej zostać poznanym i zostać pozyskanym przez Niego.

 

Pierwsze czytanie:  Syr 51,13-20

W dzisiejszym świecie wydawać by się mogło, że mądrość i wiara to dwie odległe od siebie rzeczywistości. I być może tak jest, gdy mowa o mądrości ziemskiej, ale cóż nas ta powinna obchodzić…? Czy nie powinniśmy szukać raczej mądrości Bożej? A jak mówił jeden z Ojców Pustyni: „Prawdziwą mądrością jest nie dopuścić do siebie żadnej myśli zasługującej na gniew Boży”. Mądrość polega na czynieniu tego, co się Bogu podoba i na szukaniu Jego bliskości. Mądrość polega na miłości. Wtedy wraz z mądrością zakwitniemy jak najpiękniejsze kwiaty, a owoce naszego życia będą tak słodkie, jak najsłodsze winogrona.

 

Psalm responsoryjny: Ps 16 (15),1-2a.5.7-8.11

Mamy wiele, a jednocześnie brakuje nam wiele. Mamy rozsądek, nasz los jest zabezpieczony przez Pana, mamy w nim dziedzictwo. Ale wciąż dokucza nam niejeden brak. Bo pełnia jest tylko u Boga – w Jego obecności, przed Jego obliczem, i po Jego prawicy.

 

Ewangelia:  J 15, 9-17

Dziewięciokrotnie we fragmencie z Ewangelii według św. Jana pojawia się słowo agapē. Miłość jest przywoływana i odmieniana na wiele sposobów – zarówno w formie rzeczownikowej, jak i czasownikowej. Z jednej strony przykazanie miłości, z drugiej towarzysząca mu obietnica: „aby [Ojciec] wszystko dał wam, o cokolwiek poprosicie [Go]  w imię moje”.

Mamy kochać aż po oddanie życia – jeśli nie dosłownie, to w służbie innym aż do ostatniego tchu – to jasne. O co jednak mamy prosić, gdy stoimy wobec obietnicy otrzymania wszystkiego, czego tylko zapragniemy? Wróćmy na chwilę do pierwszego czytania z Księgi Mądrości Syracha, które sugeruje odpowiedź i dopełnia treść Ewangelii: „(…) szukałem jawnie mądrości w modlitwie. U bram świątyni prosiłem o nią i aż do końca szukać jej będę”. Bo prawdziwa mądrość polega na miłości, nawet jeśli to inna mądrość, niż ta którą proponuje świat.

 

Sobota, 5.03.2016 r.

Pierwsze czytanie: Oz 6,1-6

Żeby zmartwychwstać, trzeba najpierw umrzeć. Ale czy rolą Boga jest nas ranić, czy to On ma nas pobić, jak pisze prorok Ozeasz? Czy Bóg chce nas zabić, żeby potem wskrzesić do życia?

Jedno jest pewne – On chce naszego zbawienia, On wie również, co jest dla nas najlepsze, i nic, co dzieje się w naszym życiu na tym świecie, nie dzieje się bez wiedzy i przyzwolenia Pana. A zatem, tak, to On nas rani i On w nas uderza. A dokładniej w to, co w nas złe, bo „jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać” (Mk 3,24). A królestwo naszego Boga trwa na wieki.

W życiu człowieka nie raz zdarzają się już tu – na ziemi – małe i wielkie zmartwychwstania. Czasami ciche i nieoczekiwane, niewidoczne, gdy następują, a rozpoznane dopiero kolejnego dnia rano. Bywa, że sami nie wierzymy w nie i dopiero po jakimś czasie przekonujemy się, że rzeczywiście powstaliśmy z martwych. Zaś każde zmartwychwstanie objawia się wzrostem naszej miłości, bo On „miłości pragnie”.

Niech zatem Bóg nas rani i niech nas bije, niech odziera nas ze wszystkiego, co nie należy jeszcze do Niego. Niech nas krzyżuje każdego dnia i sprawia, że będziemy umierać, by mógł nas później wskrzesić do życia, w którym nie pozostanie nic poza miłością. Bo również człowiek, tak jak Bóg, pragnie miłości.

 

Psalm responsoryjny: Ps 51(50),3-4.18-19.20-21a

Całopalenie, ‛olāh, polegało na tym, że całą składaną ofiarę spalano i poświęcano Bogu – nie jak w przypadku innych ofiar, gdzie tylko część żertwy spalano, a resztę przeznaczano na ucztę. I choć w naszym języku przejęte zostało greckie tłumaczenie (od: holokaustos; dosł. spalony w całości), warto wspomnieć na źródłosłów hebrajski, który odnosi się do czynności wstępowania (czasownik hebr.: ‛ālāh, pol. wstępować). Dym ofiary wstępował bowiem do Boga, był widzialnym znakiem zanoszonej modlitwy.

Ofiara całopalna była całościowa, człowiek poświęcał wszystko dla Boga, nie tylko część. Tekst Psalmu 51(50) stawia jednak jeszcze większe wymagania – to my sami mamy stać się ofiarą i w oczach Pana będzie to ofiara lepsza i większa niż każde całopalenie. Złożenie przed Bogiem swojej pokory, skruchy i żalu za wyrządzone zło jest tym, co umożliwia Mu nasze oczyszczenie. By dostąpić oczyszczenia nie krwią kozłów i cielców, i nie popiołem z krowy, a Krwią Chrystusa, trzeba złożyć przed nim swoje skruszone serce.

 

Ewangelia: Łk 18,9-14

Nie zawsze trzeba wielu słów. Częściej potrzeba raczej milczenia, skłonienia głowy i szczerego powtarzania słów celnika: „Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Powtarzać raz za razem i znowu, by już nie tylko nasz umysł, ale i całe ciało wypowiadało te słowa. Powtarzać, nie tracąc ich znaczenia, a wnikając w nie coraz bardziej, przyjmując je i rozumiejąc. Powtarzać z pokorą i wiarą w to, że Chrystus jest Synem Boga, że On się pochyla nad grzesznikiem. Powtarzać wiedząc, że Pan wejrzy na uniżenie swojego sługi i swojej służebnicy. Powtarzać nie ustami, a sercem.

Komentarze do czytań II tydzień Wielkiego Postu | od 21 do 27 lutego 2016 r. – Elżbieta Stankiewicz
Komentarze do czytań IV Tydzień Wielkiego Postu | od 6 do 12 marca 2016 r. - Ks. dr Adam Dynak