Ludzie nie rozumieją się, ranią, odrzucają, niszczą, a wielu wtedy pyta: Gdzie jest Bóg? Dlaczego pozwala na zło? Stawianie takich lub podobnych pytań może być pierwszym krokiem do odkrycia prawdy i zwykle wskazuje na to, że ten, kto je zadaje, nie wie, czym jest prawdziwa Miłość. Cóż to jednak jest prawda? Cóż to jest miłość? Bóg jest prawdą i Bóg jest miłością. Niestety my często nie poznajemy Prawdziwej Miłości, bo boimy się, uznać, że czegoś nie wiemy. A powinniśmy chętnie przyznać się do niewiedzy i uznać, że tylko Bóg zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Jednak trudno nam zaakceptować, że jesteśmy stworzeniami, a nie Stwórcą. Przez to miłość Boga pozostaje niezrozumiana, bo nie jesteśmy w stanie przyjąć, że myśli Boga nie są myślami naszymi. Ale Bóg wie, że tak jest, dlatego uczy nas swojej miłości poprzez obrazy, które jesteśmy w stanie zrozumieć. Jeśli tylko chcemy, oczywiście.
Wszyscy znamy przypowieść o miłosiernym Ojcu, którego młodszy syn poprosił o majątek i odszedł w dalekie strony. Czy nie wydaje nam się, że prośba o majątek jest nie na miejscu? Przecież prosząc o majątek, syn potraktował swego żyjącego Ojca jakby ten był umarły. Czy nie zadziwia nas miłość Boga, który pozwala traktować się tak, jakby nie żył? Czy nie zdumiewa nas, że prawdziwa Miłość pozwala dziecku się sparzyć, aby samo doświadczyło bolesnych konsekwencji swoich wyborów? Niezależnie od emocji, jakie się w nas budzą, widzimy, że taka jest właśnie Miłość – daje wolność i nigdy jej nie odbiera, pozwala, aby Ją zraniono i abyśmy zranili samych siebie.

Syn odszedł, a Ojciec pozwolił mu odejść. Moglibyśmy zapytać: Dlaczego go nie zatrzymał? Przecież z pewnością przeczuwał, że jego syn roztrwoni majątek, zapracowany przez ojca latami i skończy gorzej od zwierząt. Co ze znajomymi i sąsiadami, którzy mogli oskarżać Ojca, że nie umiał dobrze wychować dzieci i takie są teraz tego efekty? Czy jednak odważylibyśmy się zarzucać Bogu, że jest złym Bogiem? My, którzy myślimy po ludzku, często nie rozumiemy Bożej pedagogii. A Bóg wie, że gdyby zatrzymywał nas na siłę, wbrew naszej woli, to nie byłaby to już miłość, lecz zniewolenie. I tu niektórzy mogliby posądzić Boga o obojętność na los swoich dzieci. Jednak gdyby Bóg rzeczywiście był obojętny, to czy czekałby na powrót swojego syna? Czy, ujrzawszy go z daleka, wyszedłby mu naprzeciw, rzucił się na szyję i ucałował? Wszak to wszystko to są wyrazy głębokiej miłości.

Syn wrócił. Ale już nie czuł się synem. Myślał, że przez swoje złe postępowanie stracił wartość w oczach Ojca. Jego poczucia nie zmieniło nawet tak gorące powitanie, należne tylko najbliższym. Wyznawszy swą winę, prosił Ojca, aby przyjął go jako niewolnika, lecz Bóg zamienił w taniec jego żałobny lament i wyprawiając przyjęcie, przyjął go jako syna.

Wydawałoby się, że tu się kończy historia odrzuconej i na powrót przyjętej miłości Boga. Jednak nie możemy zapominać, że jest jeszcze starszy syn. On, posłuszny Ojcu, mógłby być dla nas wzorem do naśladowania, gdyby nie fakt, że tak naprawdę nie kochał – ani Ojca, ani brata. Służył Ojcu jak niewolnik – spełniał wszystkie polecenia, ale, tak jak jego młodszy brat, nie rozumiał, że wszystko, co należy do Ojca, należy także do jego dzieci. Tragedią starszego syna było to, że jemu wydawało się, że przestrzeganie nakazów wystarczy. Fizycznie był blisko Ojca, lecz swym sercem był daleko. Był w domu jak obcy, choć pewnie słudzy i sąsiedzi uważali go za idealnego syna w przeciwieństwie do młodszego, który był czarną owcą. Starszy syn nie kochał swojego brata. Odczuwał względem niego zawiść, spowodowaną tym, że Ojciec przyjął go jak syna, a nie zemścił się i nie ukarał go.

Widząc cierpienie, jakiego Bóg doświadcza od swoich dzieci, chciałoby się zawołać: «Ojcze, a czy nie masz może jeszcze trzeciego syna? Kogoś, kto nigdy Cię nie odtrącił, kto zawsze jest przy Tobie i jest Ci posłuszny z miłości? Kogoś, kto rozumie, co oznacza „wszystko, co moje, jest Twoje”?». A Ojciec odpowie: «Jest. Mój Syn Umiłowany. Jezus Chrystus. Jego słuchajcie.»

Panie, my, którzy tak często nie potrafimy pojąć tego, co się dzieje, my, którzy odrzucani i odrzucający, zamykamy się w swoim bólu i nie potrafimy dać i przyjąć przebaczenia, prosimy Cię, pomóż nam zrozumieć, że prawdziwa Miłość – Twoja Miłość, daje wolność, a więc naraża się na zranienie i pozwala odejść. Pomóż nam poznać głębię daru wolności, który możemy użyć, by zbliżyć się do Ciebie lub by się oddalić. Ty, Miłość odtrącona, niezrozumiana, cierpiąca, lecz zawsze czekająca na powrót swoich dzieci, na powrót ich serc, bez względu na to, czy ich ciała są blisko czy daleko od Ciebie. Daj nam pewność Twojej Miłości i odwagę, byśmy kochali, nie bojąc się odrzucenia, a odrzucani, byśmy wciąż na nowo obdarzali zaufaniem.

Jadwiga Siewko

Skarbiec Słowa Bożego – Sprawiedliwość Boga | 21 stycznia 2020 – o. dr hab. Waldemar Linke