ks TobiaszaWędrówka z aniołem,
walka z demonem
i rodzinne historie

Prowadzenie: o. Waldemar Linke CP

 

 

 


12.12.2010 (niedziela)

 Z daleka od świątyni; blisko Prawa Bożego. Religijność Tobiasza

Tb 1,3-12

Ja, Tobiasz, chodziłem drogami prawdy i dobrych uczynków przez wszystkie dni mojego życia. Dawałem wiele jałmużny moim braciom i moim rodakom, uprowadzonym razem ze mną do kraju Asyrii do Niniwy. Kiedy byłem jeszcze w mojej ojczyźnie, w ziemi Izraela – byłem wtedy jeszcze młodzieńcem – całe pokolenie Neftalego, mego przodka, odstąpiło od domu Dawida, mego praojca, i od miasta Jerozolimy, które wybrane było ze wszystkich pokoleń Izraela jako miasto dla wszystkich pokoleń izraelskich do składania ofiar. Tam była poświęcona świątynia, w której mieszka Bóg, i zbudowana dla wszystkich pokoleń na wieki. Wszyscy moi bracia i dom Neftalego, mego przodka, składali ofiary cielcowi, którego uczynił Jeroboam, król izraelski, w Dan i na wszystkich górach Galilei. Ale ja pielgrzymowałem często zupełnie sam na święta do Jerozolimy, jak jest przepisane w nakazie wiekuistym dla całego Izraela. Spieszyłem do Jerozolimy z pierwocinami owoców i zwierząt, z dziesięciną bydła i z pierwszą wełną owiec. Dawałem to kapłanom, synom Aarona, na ołtarz. Synom zaś Lewiego, pełniącym swą służbę w Jerozolimie, dawałem dziesięciny ze zboża, wina, oliwy, jak również z drzewa granatu, z figowego i z innych drzew owocowych. Tę drugą dziesięcinę płaciłem w pieniądzach przez sześć lat. Szedłem tam i składałem ją co roku w Jerozolimie. Trzecią dziesięcinę dawałem sierotom, wdowom i prozelitom, którzy należeli do synów Izraela. Przynosiłem im ją i dawałem co trzeci rok. Myśmy ją jedli stosownie do podanego w Prawie Mojżeszowym przepisu i stosownie do zaleceń Debory, matki Ananiela, mojego ojca, ponieważ ojciec mój umarł pozostawiając mnie sierotą. A gdy stałem się mężem wziąłem za żonę Annę, pochodzącą z naszego rodu. Ona urodziła mi syna, któremu nadałem imię Tobiasz. Po uprowadzeniu do Asyrii, dokąd mnie zabrano, przybyłem do Niniwy. Wszyscy moi bracia i współrodacy jedli tam potrawy pogan. Co do mnie strzegłem się, aby nie jeść niczego z pogańskich potraw. I wierny byłem mojemu Bogu z całej duszy.

 

Dzieje Tobiasza są dość dramatyczne: przeżył czasy odstępstwa religijnego w ojczyźnie: w Państwie Północnym czyli w Samarii, wygnanie po upadku tego państwa (w 722 r. przed Chr., jeśli chcemy ten fakt umieścić w historii) i czasy wygnania. Życie Tobiasza-ojca tak się układało, że nie miał łatwego, bezkonfliktowego kontaktu ze świątynią w Jerozolimie. Aby do niej dotrzeć, musiał zawsze przekraczać granice. Budowa przybytku królewskiego Dan przez autora rozłamu między państwami Północnym i Południowym, Jeroboama I, miała tę granicę wytyczyć. Chodziło o to, aby wędrówkę do świątyni w Jerozolimie uczynić bezprzedmiotową. Trzeba było bowiem przejść obok tego miejsca kultu, które nie było na pierwszy rzut oka gorsze od jerozolimskiego. Pod wieloma względami mogło nawet okazać się lepsze. Kult sprawowany w Dan był znacznie lepiej dopasowany do mentalności ludzi. Przedstawienie byka, odwiecznego i dla wszystkich czytelnego symbolu życiowej siły, płodności, symbolu związanego z bóstwami niosącymi życie, stanowił uniwersalne przesłanie zrozumiałej dla wszystkich religii. Nie zamykał w ciasnym kręgu narodowych osobliwości, które budowały mur niezrozumienia wokół wyznawców jerozolimskiego Jahwe. Niebezpieczne podobieństwo do przedstawienia, jakie wzbudziło gniew Mojżesza pod Synajem nie musiało być dla wszystkich czynnikiem odstręczającym. Ostatecznie te stare tradycje o wędrówce przez bezdroża rozciągające się między Doliną Nilu a Kanaanem nie mogły ograniczać nowoczesnych ludzi, którzy wzięli w swoje ręce losy swego kraju, nie dali się otumanić legendzie judejskiej dynastii, która popełniając niewybaczalne błędy polityczne chciała w nieskończoność żerować na postaci Dawida.

Wędrując do Jerozolimy Tobiasz musiał przekroczyć nie tylko granicę obcego państwa, tym bardziej obcego, że kiedyś było sercem ojczyzny. Pielgrzym z krainy Neftalego musiał najpierw przekroczyć granice mentalności swego najbliższego otoczenia, swej rodziny. Musiał postawić się w sytuacji podejrzanego sympatyka Judy, z którą nieraz Samaria popadała w konflikt zbrojny albo stan dyplomatycznych przepychanek.

Klęska militarna Samarii i będące jej konsekwencją wygnanie dużo wyjaśniło. Przede wszystkim dlatego, że pokazało małostkowość braci i współwyznawców z Judy dla tych, którzy w Izraelu widzieli swą ojczyznę. Postawa Judejczyków daleka była od solidarności i współczucia. Dla cierpiących i poniżonych braci z północy mieli oni tylko gorzkie słowa potępienia i pogardy. W ich nieszczęściu widzieli tylko przestrogę i dowód na to, że wszyscy bez wyjątku zasłużyli sobie na taki los, jaki przypadł im w udziale. Odległość z Asyrii do Jerozolimy była jeszcze większa niż z Galilei. Chodziło nie tylko o ilość kilometrów, ale przede wszystkim o bardzo bolesne doświadczenia, które między dwiema częściami narodu, między skłóconymi synami Jakuba-Izraela, stworzyły przepaść nie do zasypania. Było wiele powodów, by powiedzieć, że nie ma czego szukać w Jerozolimie, skoro jest się synem przeklętego ludu,  heretykiem i potępionym przez tych, którzy ze swego przejściowego powodzenia i względnego bezpieczeństwa uczynili argument potwierdzający, że zawsze i w każdej sprawie mają rację. Teraz można było z pewną swobodą powiedzieć sobie, że przestrzeganie prawa jerozolimskiego bóstwa nie ma najmniejszego sensu, bo Bóg nie odwdzięczył się za wierność, a współwyznawcy nie chcieli przyznać się do dotkniętych klęską i nieszczęściem.

Tobiasz nie poszedł drogą najbardziej oczywistą. Zachował wierność, która nie miała żadnego sensu, której wartości nic nie potwierdzało. Żył w sposób niezrozumiały i niewygodny, bo musiał borykać się z całym mnóstwem niemożliwości, które krępowały go tylko dlatego, że je wybrał. Miał szansę się z tego całego balastu wyzwolić. Niczego nie zmienił, chociaż wszystko się zmieniło. A on był ciągle taki sam, wbrew historii i zdrowemu rozsądkowi.

Nie wychował się w rodzinie, w której wartości i zasady były spokojnie przekazywane z ojca na syna. Szybko odumarli go rodzice, wychowywała go babka. Nie miał więc zbyt silnych fundamentów, które byłyby czymś naturalnym w przypadku człowieka tak mocno przywiązanego do tradycyjnego systemu wartości, do rodziny. Nie powinien być taki twardy, taki nieugięty. Powinien być mistrzem świata w sztuce przetrwania. Ale nie był…

Jego życie było mocno oparte na świecie wartości, który musiał odkrywać i wpajać w siebie sam. Nie było to jednak życie człowieka, który zgodził się zwyczajnie na konsekwentny marsz utartą koleiną i był ofiarą własnego braku zdolności adaptacyjnych. Potrafił odpowiadać na wyzwania, jakie niosła rzeczywistość. Podstawowym z tych wyzwań była sprawa pochówków tych, którzy ginęli z rozkazu króla. Dlaczego nie wolno było ich pochować? Czy była to kara dodatkowa, czy próba narzucenia Żydom obcej im obyczajowości, tego nie wiemy. Wiemy zaś, że Tobiasz wybrał rozwiązanie ryzykowne, na granicy bezpieczeństwa własnego życia. Nie był to typ sfrustrowanego fanatyka, który żyje na przekór wszystkim, bo świat go odrzucił i nie dał mu miejsca oraz możliwości rozwinięcia skrzydeł. Tobiasz potrafił w ojczyźnie z przymusu stworzyć sobie i swej rodzinie korzystne ekonomicznie warunki. Mógł z dystansu i z poczuciem wyższości patrzeć na tych, którzy nie umieli się przystosować do nowej sytuacji i potrafili tylko zginąć. O wiele mądrzej było żyć i walczyć o pozycję nie tylko własną, ale i swego narodu, dojść do takich zaszczytów, do takich wpływów i do takiego bogactwa, aby móc się skutecznie przeciwstawiać się nawet szykanom wobec własnych rodaków. Pieniądze mogą dużo, zwłaszcza w rękach człowieka przebiegłego i wpływowego. Po co się narażał? Co go trzymało?

Ta dziwna biografia jest nie do pojęcia, jeśli nie weźmiemy pod uwagę tego, co tak trudno nam zobaczyć, bo jest niewidzialne: sumienia. Rodzinne wychowanie, cały system społecznych norm, sprzyjające okoliczności kulturowe i historyczne zastąpił mu ten subtelny, ale też kategoryczny głos, który dyktował, jaką drogą iść, co robić, komu i czemu oddać swe życie. Tobiasz był człowiekiem sumienia, który nie grzebał w okolicznościach mogących wytłumaczyć jego słabe strony, życiowe pomyłki i spadające na niego nieszczęścia. Pytał siebie po prostu: co jest dobre a co złe? Co czynić a czego unikać? Dobro zawsze było dla niego dobrem, a zło złem. Wolność czynienia dobra i odrzucenia zła nie miała dla niego punktów granicznych. Był człowiekiem, którego nie udało się zniewolić, bo nie szukał granic własnej wolności, ale próbował w pełni wykorzystać jej zakres do czynienia dobra.

Biografia Tobiasza jest wbrew pozorom biografią bardzo współczesną, jeśli chodzi o typ wyzwań, z którymi musiał się zmierzyć. Jego problemy są nam dość bliskie. Jakże trudno jednak powiedzieć z pewnością, że potrafimy podzielać jego wybory. Doświadczamy na co dzień, jak trudno być człowiekiem sumienia. Jak bardzo trzeba być gotowym na to, by pójść pod prąd. Jak trzeba być przekonanym, że taki kierunek w życiu ma sens. Tobiasz dał swemu synowi na imię tak, jak jemu dali rodzice. Chciał dla swego syna tego samego życia, w którym Bóg będzie jedynym i najwyższym dobrem, bo taki sens można przypisać imieniu, jakie przekazywane było w rodzinie. Wiedział, ile takie życie może kosztować, ale nie przerażało go to także wtedy, gdy myślał, że cenę sumienia będzie także musiał kiedyś zapłacić i Tobiasz Młodszy.

Żył tak nie czekając na nagrodę, na uznanie, na podziw. Żył tak, bo tak było dobrze. Nie dobrze jemu, jego rodzinie, jego dziecku. Tak było po prostu dobrze. Drobiazgowy wykaz tego, co czynił, by szanować prawo pańskie, może w pierwszej chwili irytować. Wygląda tak, jakby faryzeusz w świątyni wyliczał swe pobożne praktyki. Tylko czekamy, gdy zatrzymawszy wzrok na jakimś podejrzanym typie podziękuje Bogu, że na szczęście nie jest taki jak on. Nic takiego się jednak nie dzieje. Tobiasz po prostu powtarza sobie swój codzienny pacierz obowiązków, którymi żyje.

Ale Tobiasz to postać literacka, pewien ideał, który nie jest łatwo w życiu odtworzyć. Możemy więc uznać, że nie musimy tej postaci brać zbyt poważnie, bo przecież i tak takich ludzi nie ma. Łatwiej powiedzieć za Bułatem Okudżawą: „kak umieł, tak i żył, a biezgriesznych nie znajet priroda” („Biały bocian” czy „O Wołdie Wysockim”). Za tekstem, nawet fikcyjnym i napisanym nie po to, aby opisywać świat, jaki jest, ale jaki powinien być, stoi jakiś autor, który musi powiedzieć uczciwie swemu czytelnikowi, że wierzy, iż nie pisze farsy, nie posługuje się ironią czy cynizmem (chyba, że to czyni), ale pisze o ideale, w który wierzy. Autor Księgi Tobiasza wierzył, że taka wolność sumienia jest możliwa, że człowiek może żyć nie tylko na przekór okolicznościom, swemu interesowi, ale też i w wolności od tego, co go krępuje od środka, od samej tkanki jego osoby.

Prawdziwa niewola zaczyna się tam, gdzie nie wierzymy w to, że mamy wolność wyboru. Marks napisał, że wolność to uświadomiona konieczność. Był w tym wiernym uczniem Machiavellego przekonanego, że książę nie powinien nakazywać czegokolwiek innego, niż to, co jego poddani i tak zrobią. To właśnie jest niewola: przekreślić ludzką szansę na dokonanie wyboru w każdej sytuacji, nawet takiej, w której wybór wiąże się z ostatecznymi konsekwencjami. Wolności nie można nikomu zabrać, nie można jej też nikomu dać. Wolność można tylko wybrać lub odrzucić. Wolność nie istnieje poza wyborami. Nie ma teoretycznej wolności. Jest tylko praktyczna. Nie jest ona możliwością dokonywania wyborów, ale samym ich dokonywaniem. Prawdziwa religijność może istnieć tylko tam, gdzie istnieje wolność. Bez wolności wszystko jest tresurą, nawet pobożność, bohaterstwo, poświęcenie. Dlatego wolność jest taka trudna do zdefiniowania, bo nie da się o niej mówić. Mówić można tylko o wolnych ludziach.

Opowiadanie o wolnym człowieku, Tobiaszu Starszym, jest dlatego tak bardzo potrzebne i ważne, bo stanowi akt wiary w ludzką wolność, w to, że można być religijnym z wyboru, bo to dobro, które jeśli istnieje, zasługuje na to, by je pełnić.

 


13.12.2010 (poniedziałek)

Rodzina: daleko i blisko siebie. Między ideałem a realizmem relacji rodzinnych

Tb 2,11-14

W tym właśnie czasie żona moja Anna przędła, wykonując kobiece roboty. Odsyłała to wszystko pracodawcom, a oni dawali jej za to zapłatę. Siódmego dnia miesiąca Dystros odcięła przędzę i odesłała ją pracodawcom. Oni dali jej pełną zapłatę i dodali do tego koziołka. Kiedy koziołek szedł do mnie, zaczął beczeć. Zawołałem wtedy żonę i powiedziałem: Skąd ten koziołek? Czy nie pochodzi on z kradzieży? Oddaj go właścicielom! Nie wolno nam bowiem jeść niczego, co pochodzi z kradzieży. A ona mi rzekła: Jest to podarunek dodany mi do zarobku. Ja nie wierzyłem jej i powiedziałem, żeby oddała go właścicielom, i wstydziłem się z tego powodu za nią. A ona odpowiedziała: Gdzie są teraz twoje ofiary, gdzie są twoje dobre uczynki? Teraz jest już wszystko o tobie wiadome.

 

Zmagania samotnego, heroicznego sumienia, umiejętność zachowania wolności wobec najpoważniejszych życiowych prób – to ważna i piękna sprawa. Zachowanie tej wolności sumienia wobec różnych życiowych okoliczności to duże osiągnięcie. Ale co się dzieje, gdy naprzeciwko siebie stają dwie wolności ludzkie? Co się dzieje w ich spotkaniu?

Nieugięta postawa religijna i moralna Tobiasza sprawiła, że przepadł rodzinny majątek. To jednak nie było wielką tragedią. Po pierwsze, było w tym wiele patosu, płynącego ze świadomości, że stoi się po słusznej stronie: „Man will suffer, man will fight, even die for what is right, even though they know they’re only passin through” („Człowiek będzie cierpiał, będzie walczył, człowiek nawet umrze, byle chodziło o słuszną sprawę, to przejdzie przez to”; L. Cohen, Passin through). Po drugie, był jeszcze wysoko postawiony krewny, sam wielki i mądry Achikar, który nie wahał się pomóc krewnemu w potrzebie. Po trzecie: Tobiasz stracił wszystko, ale nie wszystkich. Została mu tylko rodzina,  to najważniejsze, na czym mu zależało. Reszta – rzecz nabyta.

O wiele dotkliwsza okazała się strata poniesiona przez Tobiasza na zdrowiu. Utracił wzrok wskutek nieszczęśliwego wypadku i to wyjątkowo głupiego. Ta scena ociera się o śmieszność, nie ma w niej niczego patetycznego. Nawet głupio odpowiedzieć szczerze na proste ludzkie pytanie płynące ze współczucia: co się stało? Jak powiedzieć, że ptaszek narobił? Przecież to po prostu śmieszne. To znaczy byłoby śmieszne i można by to obrócić
w żart, gdyby ptaszek narobił na ubranie. A tu sprawa nagle z farsy zmieniła się w tragedię, bo tym niewątpliwie jest utrata wzroku. Tobiasz z powodu kalectwa wypadł ze swej życiowej roli. Podstawowym zadaniem mężczyzny w rodzinie było (bo czy możemy powiedzieć, że jest?) zapewnienie rodzinie utrzymania. Nie musiał pracować, jednak miał postępować tak, aby żona mogła zająć się tylko domem i dziećmi. Gdy mąż nie był w stanie sprostać temu zadaniu, był  po prostu nieobecny. Pół biedy, jeśli nie żył. Przynajmniej nie było dodatkowej osoby przy stole, a przede wszystkim zmarli się nie frustrują. Natomiast frustracja ojca niezdolnego do spełniania swej podstawowej funkcji w rodzinie musiała być ogromna. Być ciężarem dla innych nie jest łatwo. Ale być ciężarem dla tych, którym powinno się dać wsparcie, to bardzo trudna do przetrawienia sytuacja. Nie możemy się więc dziwić, że Tobiasz był człowiekiem złamanym i nie chciał żyć. Nie rozumiał, dlaczego spadło na niego nieszczęście, skoro niczym nie zasłużył na Bożą karę. Nie chciał zbuntować się przeciw Bożej sprawiedliwości, nie chciał porzucić myśli, że jego wierność Bogu miała sens, że warto było być dobrym człowiekiem. Ale tego, co się stało, nie mógł uznać za dobro, a więc musiał stwierdzić, że na dobrego człowieka, za jakiego się szczerze uważał, Bóg zesłał coś złego. Ostatecznym więc motywem wyjaśniającym to, co się stało, była dla niego zasada odpowiedzialności międzypokoleniowej. Widocznie zło, które spadło na niego, musiało być dopełnieniem miary sprawiedliwej kary za grzechy poprzednich pokoleń. Piękna modlitwa Tobiasza stanowi świadectwo tego wielkiego kryzysu, jaki spowodowała w nim  choroba:

 

Sprawiedliwy jesteś, Panie,
i wszystkie dzieła Twoje są sprawiedliwe.
Wszystkie Twoje drogi są miłosierdziem i prawdą,
Ty sądzisz świat.
A teraz, o Panie, wspomnij na mnie, wejrzyj,
nie karz mnie za grzechy moje
ani za zapomnienia moje,
ani za moich przodków,
którymi zgrzeszyliśmy wobec Ciebie.
Nie słuchaliśmy Twoich przykazań,
a Ty wydałeś nas na łup,
niewolę i śmierć, na pośmiewisko
i na szyderstwa, i na wzgardę
u wszystkich narodów, wśród których nas rozproszyłeś.
Teraz więc liczne Twoje wyroki są prawdziwe,
wykonane nade mną za moje grzechy,
ponieważ nie wypełnialiśmy Twoich przykazań
aniśmy nie chodzili w prawdzie przed Tobą.
Teraz więc uczyń ze mną według Twego upodobania,
pozwól duchowi mojemu odejść ode mnie:
chcę odejść z ziemi i stać się [znowu] ziemią.
Ponieważ śmierć jest lepsza dla mnie niż życie,
albowiem słuchać muszę wyrzutów niesłusznych
i ogarnia mnie wielka boleść.
Panie, rozkaż, niech będę uwolniony od tej niedoli!
Pozwól mi udać się na miejsce wiecznego pobytu,
nie odwracaj Twego oblicza ode mnie, Panie,
ponieważ dla mnie lepiej jest umrzeć,
aniżeli przyglądać się wielkiej niedoli w moim życiu
i słuchać szyderstw.

(Tb 3,2-6)

Tobiasz godzi się na to, co na niego spadło. Chce (czy potrafi, to inna rzecz) to zrozumieć w duchu swej silnej i bezkompromisowej wiary. Ale płaci za to cenę ogromną. Może zrozumieć, że tak jest, tylko nie znajduje już w sobie sił i motywów, by wobec tego żyć. Godzi się na taką Bożą sprawiedliwość, jaką sobie wykoncypował. Ale na takie życie zgodzić się już nie może. Odda Bogu wszystko, ale za jedną cenę: za śmierć kończącą ten absurd, jakim w końcu okazało się bycie prawym człowiekiem w znieprawionym świecie.

Ale Tobiasz nie jest sam. Jest przy nim dobra, mądra Anna, dzielna kobieta. Nie słychać z jej ust słowa skargi, gdy z majętnej pani Tobiaszowej stała się biedaczką, żoną klienta dworskiego dostojnika. Nie skarżyła się nawet wtedy, gdy kalectwo męża zmusiło ją do zarabiania pieniędzy na utrzymanie domu. I nie chodziło o to, że trzeba było delikatne ręce bogatej pani przyzwyczaić do pracy. Pewnie nie była z tych, które kojarzyły fizyczną pracę z kondycją niewolnicy, jak matka, żona i córki Dariusza III, które poczuły się obrażone i potraktowane jak niewolnice, gdy po bitwie pod Issos (333 r. przed Chr.) Aleksander podarował im bardzo kosztowną przędzę, aby zajęły się jakąś pracą, która wydawała się mu godna niewiast z monarszego rodu. Anna była gotowa pracować ciężko, jak niewiasta mężna z Księgi Przysłów, która „Już widzi pożytek z swej pracy: jej lampa wśród nocy nie gaśnie. Wyciąga ręce po kądziel, jej palce chwytają wrzeciono.” (Prz 31,18-19). Problem był w czym innym: musiała pracować poza domem, a więc jak kobieta, która znalazła się w sytuacji nienormalnej, pozbawiona opieki męża, jak wdowa, jak wypędzona przez męża, jak kobieta zhańbiona. Niby tego męża miała, tylko nic z tego nie wynikało. Ale nie dawała mu odczuć tego, że już łatwiej by jej było na pytanie, dlaczego tak żyje, odpowiedzieć, że jest wdową. Do czasu jednak. Gdy ją, szlachetną i kochającą żonę wierną mężowi w najdramatyczniejszych odmianach losu, spotkał zarzut, że z biedy zaczęła kraść, wtedy coś w niej pękło. Jej mąż nie miał racji. Była zawsze kobietą uczciwą. Ile jednak skrywanej goryczy musiała w sobie nosić. Nie mówi bowiem o absurdalności oskarżenia, z którym się spotkała, ale o tym, że życie Tobiasza okazało się jedną wielką pomyłką. W podobnej sytuacji znalazła się też i żona Hioba. W hebrajskiej kanonicznej wersji tej księgi wątek tej kobiecej frustracji nie został rozwinięty, ale w greckiej parafrazie i w apokryficznym utworze „Testament Hioba” żona biblijnego wzoru cierpliwości zyskuje głos i możliwość wylania swych żalów. Anna ma swoje sumienie, swoją godność, prowadzi swoją dramatyczną walkę z życiem. Ona też jest osobą złamaną, tyle że jej nie została dana w naszym tekście szansa wzniesienia się ponad swe uczucia. Przeżywa podobne frustracje, co Tobiasz, ale nie może ich przetworzyć na modlitwę wierności wobec Boga, przebaczenia wobec swego męża. To inna kobieta, Sara, córka Raguela z Ekbatany, występuje jako żeński odpowiednik Tobiasza Starszego. Anna pozostanie w pamięci czytelników na zawsze z twarzą wykrzywioną bezsilną złością kogoś, kto został odepchnięty przez ukochaną osobę, której oddało się wszystko: życie, ciało, duszę, godność.

Obydwoje mierzyli się z życiowymi próbami w sposób heroiczny, ale nie dali sobie rady, gdy trzeba było zmierzyć się ze sobą. Te dwie szlachetności stanęły naprzeciw siebie i nie dostrzegły się nawzajem. Dwie osoby, którym zależało na sobie nawzajem, które były do siebie podobne w tej szlachetności, okazały się bardzo sobie dalekie, bo nie potrafiły komunikować sobie swych przeżyć. Świadomość czystości własnego sumienia miała im wystarczyć nie tylko w dialogu ze sobą samym czy ze sobą samą, ale także w dialogu z najbliższym człowiekiem. Nie wystarczyła… Nie dowiadujemy się, czy Anna i Tobiasz kiedykolwiek próbowali sobie wyjaśnić, że nie chcieli sobie nawzajem zrobić krzywdy, zranić się do żywego, chociaż to zrobili. Obyczajowość epoki, w której rozgrywa się fabuła Księgi Tobiasza, pozwala nam przypuszczać, że do takiej rozmowy nigdy nie doszło, że wybrali raczej drogę przemilczenia. My byśmy pewnie próbowali wyjaśniać, tłumaczyć się, szukać powodów, dla których tak zagotowały się emocje. Co jest mądrzejsze? Pewnie pod tym względem każdy czas ma swoją mądrość. Nie ta jest najważniejsza. Najważniejsze jest to, czy uda się wypełnić pustkę, jaka rodzi się z niezrozumienia, zamknięcia się we własnych racjach.

„Są słowa powiedziane raz – nigdy już nie giną
Z wiatrem wędrują przez cały świat – czasem w ciszy możesz je usłyszeć.
Są słowa, które tną jak miecz, słowa – które leczą każdą ranę.
Słowa jak burz zimny deszcz. Słowa, które koją.
Są słowa, których nie zna nikt, Słowa których więcej nie usłyszysz.
Czarodziejskie jak zaklęcia w bajce, słowa, których sens znasz tylko Ty.
Mówią, że milczenie złotem, kiedy słowa w pustce błądzą.
Od diamentów droższe słowa, które ją wypełnią”.
(L. Jazgar, „Słowa”)

Wolność jest w życiu konieczna, ale starczyłoby jednej wolności, by wypełnić cały świat. Dwie wolności na świecie – to już możliwość ich starcia. I jeśli do niego dochodzi, to jeszcze nie znaczy, że któraś strona myli się w jakimś fundamentalnym względzie. Zamknięcie się we własnej wolności, patrzenie na świat i na życie z perspektywy własnego sumienia i własnych racji, musi skończyć się odepchnięciem drugiego. Bez miłości rozumiejącej i gotowej do dialogu i do przebaczenia, wolność może ranić, zabijać, niszczyć. Wiemy, że żywioły konieczne do życia są jednocześnie dla tego życia największym zagrożeniem. Niech więc miłość będzie nam zawsze przewodniczką na drogach wolności.

 


 

14.12.2010 (wtorek)

Anioł przewodnik i demon – prześladowca. Duchowy świat wędrowca

 

Tb 12,11-20

Odkryję przed wami całą prawdę, nie ukrywając niczego. Jużem wam objaśnił i powiedział: Piękną jest rzeczą zachowywać tajemnicę królewską, ale godną wszelkiej pochwały objawiać dzieła Boże. A teraz: gdy ty i Sara modliliście się, ja przypomniałem błagania wasze przed majestatem Pańskim, a także, gdy grzebałeś zmarłych. A kiedy nie wahałeś się wstawać i opuszczać swojego posiłku, i iść, i grzebać umarłego, ja zostałem posłany, aby cię wypróbować. Równocześnie posłał mnie Bóg, aby uzdrowić ciebie i twoją synową Sarę. Ja jestem Rafał, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański. Na to przelękli się obaj, upadli na twarz przed nim i bali się bardzo. I powiedział do nich: Nie bójcie się! Pokój wam! Uwielbiajcie Boga po wszystkie wieki! To, że byłem z wami, nie było moją zasługą, lecz było z woli Bożej. Jego uwielbiajcie przez wszystkie dni i Jemu śpiewajcie hymn! Widzieliście, że nic nie jadłem, wyście tylko mieli widzenie. A teraz uwielbiajcie Pana na ziemi i dziękujcie Bogu! A oto ja wstępuję do Tego, który mnie posłał. Opiszcie to wszystko, co was spotkało.

W Księdze Tobiasza jest wiele elementów bardzo ludzkich, humanistycznych. Można by nawet powiedzieć, że brak w niej bezpośredniego spotkania człowieka z Bogiem czy Boga z człowiekiem. Zawsze pośredniczą między nimi wydarzenia i sprawy stanowiące zwykłe koleje osób, rodzin. Można mieć takie wrażenie zwłaszcza wtedy, gdy patrzymy na tę sytuację z perspektywy postaci opowiadania. Czytelnik wie więcej, bo z nim narrator rozmawia otwartym tekstem. Kiedy Tobiasz Młodszy szuka przewodnika, to tylko czytelnik, a nie bohater opowiadania, dowiaduje się o prawdziwej tożsamości towarzysza podróży:
„I poszedł Tobiasz poszukać człowieka, który wyruszy razem z nim do Medii, a będzie znał drogę. A gdy wyszedł, spotkał stojącego przed sobą anioła Rafała, a nie wiedział, że jest to anioł Boży” (Tb 5,4). Tobiaszowi Młodszemu będzie się zdawać, że idzie z kompetentnym, uczciwym przewodnikiem, który nie tylko zna drogę, ale potrafi doradzić w wielu sprawach: jak leczyć chorobę ojca, co jest dobre do odstraszania demonów, jak w ekspresowym tempie zawrzeć małżeństwo udane pod każdym względem. Tych punktów nie było w umowie zawartej między Tobiaszem Starszym a Azariaszem synem Ananiasza. Chodziło w kontrakcie tylko o bezpieczne przeprowadzenie młodego człowieka z Niniwy do Raga w Medii i z powrotem oraz o transport znacznej kwoty pieniędzy. To ostanie zadanie było znacznym wysiłkiem fizycznym, bo 10 talentów to 340 kg, jakie trzeba było przenieść oprócz osobistego bagażu. Azariasz musiałby ciężko zapracować na swe honorarium, ale kontrakt był opłacalny. Nic dziwnego, że się przykładał. Gdyby nie powiedział, kim jest, gdyby nie podał swego prawdziwego imienia, przeszedłby przez życie rodziny Anny i Tobiasza Starszego, Sary i Tobiasza Młodszego zostawiając najlepsze wspomnienia, wiele dobra, ale ich życie nie wzbogaciłoby się o nowy wymiar. Nie mogli zresztą wiedzieć, kto jest blisko nich. Nie zostało im dane objawienie, które ma czytelnik, który od samego początku obecności Rafała na scenie czyta całą historię inaczej niż Tobiasz Młodszy, który na tej scenie widzi Azariasza, swego rówieśnika, pracownika, przyjaciela i dobroczyńcę, postać zdecydowanie niezwykłą, ale tylko człowieka.

Różnica imion przewodnika-anioła sprawia, że czytelnik i bohaterowie opowiadania uczestniczą jakby w dwóch różnych historiach. Prawdziwym uczestnikiem wydarzeń jest ten, kto zna prawdę, a więc czytelnik. To on może śledzić jak najdokładniej drobiazgowy plan, poprzez który Bóg ocala wiele istnień ludzkich: Tobiasza Starszego, Sarę, Annę, Tobiasza Młodszego, Raguela i jego żonę. Nad każdym z nich zawisło jakieś niebezpieczeństwo, jakiś mrok okrył duszę każdego z nich. Bohaterowie opowiadania przeżywają poważne niepokoje lub heroiczne próby wiary. Widać to zwłaszcza w scenie rozgrywającej się między Anną a Tobiaszem Starszym:

 

Tymczasem Tobiasz z dnia na dzień liczył, w ile dni zajdzie syn tam i w ile powróci. A kiedy dni te przeminęły, a syn jego nie wracał, myślał sobie: może zatrzymano go tam? Albo może Gabael umarł i nie ma nikogo, kto by mu oddał pieniądze? I zaczął się martwić. A żona jego Anna rzekła: „Dziecko moje zginęło i już go nie ma między żywymi”. I zaczęła płakać i lamentować nad synem swoim, i mówiła: „Biada mi, dziecko moje, że ja ci pozwoliłam iść, światło moich oczu”. A Tobiasz jej odpowiedział: „Cicho, nie martw się, siostro, on jest zdrów. Oni tam mają wiele trudności, a i człowiek, który z nim wyruszył, jest godny zaufania i jest spośród braci naszych. Nie martw się o niego, siostro, on wkrótce wróci”. Ale ona mu odpowiedziała: „Zostaw mnie i nie zwódź mnie, dziecko moje zginęło”. I wychodziła codziennie, i wypatrywała drogę, którą jej syn poszedł, i nie dała się nikomu przekonać. A kiedy zaszło słońce, wracała, lamentowała i płakała przez całą noc, i nie mogła spać.

(Tb 10,1-7)

 

Gdyby wiedzieli, że ich syn jest prowadzony przez Bożego posłańca, nie miotaliby się między rozpaczą a ufnością. Przecież bardzo cierpieli w tych dniach oczekiwania, które wydawało się coraz bardziej bezsensowne.

Natomiast obecność demona Asmodeusza pozostaje ukryta przed wzrokiem uczestników opowiadania, podczas gdy czytelnik dostaje informację o źródle niezwykłych wydarzeń towarzyszących kolejnym zamążpójściom Sary. Ani obrażająca swą panią służąca, ani rodzice Sary, ani ona sama nie wiedzą bowiem tego, co czytelnik wie, od samego początku, gdy poznaje tę sympatyczną nieszczęśliwą dziewczynę: „była ona wydana za siedmiu mężów, których zabił zły duch Asmodeusz, zanim była razem z nimi, jak to jest właściwe dla żon” (Tb 3,7). Służąca myśli, a przynajmniej mówi, że to jej pani zamordowała swych mężów, a rodzice dziewczyny zdają się milczeć, bo nie wiedzą już sami, co mówić. Jednak między ludźmi krążą plotki: „Tobiasz rzekł Rafałowi: ‘Bracie Azariaszu, ja słyszałem, że ona była wydawana już za siedmiu mężów i że oni zmarli w swych komnatach małżeńskich tej nocy, kiedy zbliżali się do niej. Słyszałem także, jak niektórzy mówili, że zabija ich demon’” (Tb 6,14). Działanie demona przeniknęło więc do świadomości ludzkiej. Gdzieś pod powierzchnią faktów dociekliwy wzrok ludzki dostrzegł działanie mrocznych sił. Anioł musiał powiedzieć, kim jest, choć dobrodziejstwa przez niego wyświadczone były widoczne, opiekuńcza obecność przy Młodszym Tobiaszu – stała. Działanie Asmodeusza ograniczało się do tych chwil, w których zabijał kolejnych kandydatów do pożycia z Sarą. Działania Rafała rozgrywały się w świetle dnia, publicznie. Demon uderzał z ukrycia, nocą i wycofywał się, czekając na kolejną ofiarę, którą przyciągnie wdzięczna przynęta, jaką stała się dla niego Sara.

Można by mówić o ślepocie ludzkich oczu na dobro i działanie Boże czy o hałaśliwości zła. Ale to nie są  tematy najistotniejsze. O wiele ważniejsze jest to, jak Bóg objawia się człowiekowi.

„Spodobało się Bogu w swej dobroci i mądrości objawić siebie samego i ujawnić nam tajemnicę woli swojej (por. Ef 1,9), dzięki której przez Chrystusa, Słowo Wcielone, ludzie mają dostęp do Ojca w Duchu Świętym i stają się uczestnikami boskiej natury (por. Ef 2,18, 2 P 1,4). Przez to zatem objawienie Bóg niewidzialny (por. Kol 1,15, 1 Tm 1,17) w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół (por. Wj 33,11, J 15,14-15) i obcuje z nimi (por. Bar 3,38), aby ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich do niej” (DV 2). Nawykliśmy do tych słów i do cudu, o którym mówią. Nie dziwi nas już, że „Bóg zwraca się do ludzi jak do przyjaciół”. Ale jeszcze bardziej powinno nas zadziwiać pragnienie Boga, by ludzie mieli do niego dostęp i stali się uczestnikami jego natury. Dopiero to jest piękne, że Bóg zamyślił dla nas inne życie niż to, jakiego doświadczamy. Nie tylko trochę lepsze, trochę spokojniejsze, trochę bardziej zbliżone do pewnego ideału. Bóg chce dać nam życie swoje, większe od tego, czego doświadczamy, czego możemy doświadczyć i czego doświadczenie możemy sobie wyobrazić. Reszta jest drogą… my jesteśmy wędrowcami na pielgrzymim szlaku.

Zasadniczą nowością, do której Bóg nas zaprasza, nie jest lepszy świat, w którym żyjemy, ani nawet niebo, do którego chce nas doprowadzić. Zasadniczą nowością, którą Bóg chce nam przekazać, jesteśmy my sami, jakimi możemy stać się, jeśli przyjmiemy dar Boga – Jego życie.

Bóg nie tylko do nas przemawia, nie tylko nawiązuje z nami dialog. Przede wszystkim jest dla nas źródłem życia, kimś, bez kogo nasze istnienie nie tylko nie ma sensu, ale nie jest możliwe. Zyskać kontakt z własnym życiem, spojrzeć na nie tak, by ukazało się ono w całym swym bogactwie, można dopiero wtedy, gdy na własne życie spojrzymy z perspektywy narracji innej, niż nasza: Bożej narracji. Gdy patrzymy na swoje życie z własnej perspektywy, niejako od środka, wydaje się nam ono układem zamkniętym, w którym nasze podmiotowe działania są racją ostateczną tłumaczącą wszystko. Jest to perspektywa niepozbawiona podstaw a nawet pewnej konieczności. Musimy spojrzeć na życie w ten sposób, bo w przeciwnym razie nie dałoby się znaleźć podstaw dla sumienia, dla odpowiedzialności. Żeby człowiek mógł być podmiotem swego życia, to musi na nie spojrzeć w ten sposób. Ale w ten sposób nie zobaczymy niczego, co może być osadzone w Bożym działaniu dla nas. Boga w naszym życiu możemy zobaczyć dopiero wtedy, gdy Jemu pozwolimy to życie opowiedzieć z Jego perspektywy.

W przeciwnym razie pozostaniemy więźniami naszego samowystarczalnego sposobu na samozbawienie, którzy trudzą się ciężko nad tym, by własną szlachetnością zapewnić sobie miejsce w krainie wiecznej szczęśliwości. Zapominamy, że niebo nie jest warte naszego życia. Tym mniej nie jest go wart żaden stan błogości, dobrostan, szczęście i zadowolenie z życia. Tylko dobro największe – Bóg jest tym, ku czemu warto z wysiłkiem iść przez życie. Chodzi tu o pewien typ realizmu, o oparcie życia na solidnych podstawach, które wyraża imię Tobiasza: „Bóg jest dobrem”.

„Realistą jest ten, kto w słowie Bożym rozpoznaje fundament wszystkiego” (VD 10). Te słowa Benedykta XVI sprzed dwóch lat, powtórzone w Adhortacji posynodalnej z tego roku, brzmią bardzo radykalnie, może nawet fundamentalistycznie, co zaskakuje u człowieka, który ma bardzo szeroki horyzont kulturowy. Jest to jednak właśnie bardzo szerokie spojrzenie, bo w tym świetle, dzięki znalezieniu korzeni czy fundamentu, wszystko staje się przesłaniem od Boga. Nie chodzi o wróżebny znak czy drogowskaz na drogach naszego ziemskiego wędrowania. Chodzi o wskazówkę, która poprowadzi nas do Boga. Musimy się uczyć tego, by iść ku Bogu: ukształtować w sobie postawę wolności, wejść na drogę miłości, dopiero wtedy zaczniemy doświadczać Boga, a nie tylko myśleć o Nim, słuchać o Nim, mówić o Nim.

Piękno Boga polega na Jego całkowitej inności od świata stworzeń. Gdyby było inaczej, gdyby był rzeczywiście ojcem, matką, przyjacielem itp. nie warto by było Go szukać. Przemawiając do nas, czyni to w taki sposób, że nie potrafimy Go usłyszeć, choć słyszymy głosy, które do nas mówią. Jego obecność jest ukryta i taką zawsze pozostanie. Nie spotkamy Go, dopóki nie staniemy się jedno z Nim. Teraz jesteśmy pielgrzymami. „Dlatego właśnie udręczeni wzdychamy, pozostając w tym przybytku, bo nie chcielibyśmy go utracić, lecz przywdziać na niego nowe odzienie, aby to, co śmiertelne, wchłonięte zostało przez życie. A Bóg, który nas do tego przeznaczył, dał nam Ducha jako zadatek. Tak więc, mając tę ufność, wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami, z daleka od Pana.” (2 Kor 5,4-6). Teraz idziemy, mając przy boku anioła. Nie martwmy się, jeśli go nie słyszymy, jeśli tylko plotki o złośliwych demonach docierają do naszych uszu. Ważne jest to, czy idziemy ku Bogu. Jeśli tak, to nasz anioł powie nam kiedyś, jakie jest jego prawdziwe imię.