Droga krzyżowa to rzeczywistość, którą znamy bardzo dobrze. Znamy nabożeństwo, które wiele osób odprawia także poza okresem Wielkiego Postu. Rosnącą popularność zdobywa sobie jego ekstremalna forma połączona z pozbawieniem się snu i znaczącym wysiłkiem fizycznym. Coraz więcej osób może powiedzieć, że ma już to doświadczenie za sobą. Jednak mówiąc o tym, że znamy drogę krzyżową, przede wszystkim odwołujemy się do metaforycznego znaczenia tego wyrażenia. Bolesny aspekt naszego życia, pasmo doświadczeń jako droga do zbawienia, to częsty obraz w naszym opisie rzeczywistości. Krzyż, o którym mówimy, to krzyż niesiony bardziej nawet niż narzędzie egzekucji. Ma to oparcie w nauczaniu Jezusa. Uczył On tych, którzy poszli za Nim, oraz tłum słuchających Go, że zaparcie się samego siebie opisane jako wzięcie krzyża, to naśladowanie Jezusa (Mk 8,34; Mt 16,24; Łk 9,23). Jego słuchacze nie wiedzieli jeszcze, jaką On umrze śmiercią, dlatego słowa te mogły stanowić szok i wielu zniechęcić do bycia przy Jezusie. Naśladować kogoś, kto umrze przeklętą śmiercią na krzyżu, to raczej nie najlepszy wybór. Śmierć ta powinna raczej odstraszać od Niego, nie mogła zaś stanowić magnesu przyciągającego nowych uczniów, silniej wiążącego tych, którzy już za Nim poszli. Myśleli, że będą głosić dobrą nowinę, czynić cuda, wzywać do nawrócenia. Hańby i męki krzyża nie było w tym pakiecie, który wybrali. Przynajmniej tak myśleli. To o krzyżu wyszło potem, ale jeszcze był czas, żeby się wycofać. Myśl ta była na tyle istotna, że w nieco zmienionej formie powraca w Mt 10,38 i Łk 14,27. Tym razem kwestia wzięcia krzyża postawiona jest ostrzej. Decyzja ta sprawia, że podejmujący ją jest odpowiednio godzien Jezusa, czy jest w stanie być Jego uczniem. Jest to więc warunek progowy, minimum, a nie heroizm czy droga dla ambitniejszych. Nie można zostać przy Mistrzu z Nazaretu, jeśli chce się wyeliminować z komunii z Nim krzyż. To wielki znak zapytania, czym on jest: konsekwencją niesubordynacji niewolnika, karą dla pospolitych przestępców, losem męczenników czy narodowych bohaterów, czy aktem rzymskiej przemocy wobec zniewolonego społeczeństwa? Jezus nie tłumaczy, czym będzie Jego krzyż, tak jak nie wyjaśnia, co będzie w kielichu, który będzie pił i na czym polega chrzest, którym ma być ochrzczony (Mt 20,22n; Mk 10,38n). We wszystkich tych przypadkach jedyne, co wiadomo, to fakt, że to coś łączy z Jezusem. Co innego jednak pić z Nim czy zażywać z Nim kąpieli, jak z przyjaciółmi w łaźniach publicznych. Jeśli zaś chodzi o krzyż, to już nic przyjemnego, nic twórczego. Wspólnie z Nauczycielem dać się nie tylko zabić, ale odrzeć z godności, a nawet stać się przedmiotem klątwy (Pwt 21,23, por. Ga 3,13)?

Wzięcie krzyża to poważny problem, ponieważ uczynić to jest rzeczą straszną, a nie uczynić oznacza, że straci się więź z Nim. Czy jej zachowanie jest czymś na tyle ważnym, aby poświęcić wszystko, co traci ukrzyżowany? Drodze krzyżowej ewangeliści nie poświęcają wiele miejsca, ponieważ jest ona tylko przejściowym elementem między sądem przed Piłatem a ukrzyżowaniem. Najwięcej uwagi poświęca mu Łukasz, który w 23,26-31 zamieszcza dwa epizody: przymuszenie Szymona z Cyreny do pomocy Jezusowi (w. 26) oraz rozmowę z kobietami idącymi za Jezusem (ww. 27-31). Ten drugi element jest nieobecny nigdzie indziej poza Łk. Na drugim biegunie stoi relacja J 19,17, w którym zostaje pominięty, a nawet wykluczony Szymon z Cyreny, ponieważ Jezus „sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota”. Pomiędzy tymi dwoma ekstremami sytuuje się wspólne Mk i Mt opowiadanie o dźwiganiu krzyża przez Jezusa, w którym wyręcza Go przymuszony Szymon (Mt 27,32; Mk 15,21). Postać człowieka z Cyreny jest więc elementem wspólnym całej tradycji synoptycznej, podobnie jak słowa Jezusa o konieczności niesienia swego krzyża. Żaden z uczniów nie wykonał swego zobowiązania, wszyscy odwrócili się od Jezusa. Mieli zaprzeć się siebie, zaparli się Jego. By ktoś wykonał zadanie uczniów, trzeba było żołnierskiej przemocy. Z własnej woli nikt za Nim nie poszedł. Wyjątkiem są kobiety idące za Jezusem w Łk 23,27-31. Nie dźwigają jednak krzyża, więc nie mogą być Jego uczniami. Nauczanie Jezusa skierowane do nich jest ważnym napomnieniem, bowiem pokazuje jałowość płaczu nad Jego cierpieniem, jeśli nie idzie za nim pełne oddanie, postawienie więzi z Nim na pierwszym miejscu. Kobiety te użalają się nad Nim tak, że ich płacz tworzy dystans między nimi a Jego cierpieniem. Dlatego Jezus przypomina im, że cierpienie może ugodzić je same i to w najczulszy punkt, którym dla kobiety jest miłość macierzyńska. Nie tak samo przecież płakałyby nad cierpieniem swych dzieci czy nad własnym. Nie chcę być uczniem, który nie okaże się Ciebie godnym, ale tak ciężko pozostawić wszystko, co nie jest Tobą. Patrząc na Ciebie niosącego krzyż, chcę zobaczyć siebie przy Tobie, siebie w Tobie i Ciebie we mnie. Ale jeśli tak będzie trzeba, przymuś mnie. Nie daj mi ulec pokusie łatwych lamentów nad Tobą. Daj mi poznać moją małość, nijakość, słabość. Pokaż mi, gdy nie będę Ciebie godny, gdy okaże się, że nie nadaję się na Twojego ucznia. Ale nie daj mi wtedy odejść od Ciebie, stracić z Tobą łączność. To byłaby największa porażka w moim życiu, najbardziej pożałowania godna katastrofa. Uchroń mnie przed nią, Panie.

Trzecia tajemnica bolesna: Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa | o. dr hab. Waldemar Linke CP