Jezus zwraca się do otaczających Go ludzi. Po pełnej uwielbienia modlitwie do Ojca kieruje swoją uwagę na człowieka. Ten swoisty dyptych mógłby obrazować dwa przykazania: miłości Boga i miłości bliźniego, nierozłączne, choć występujące w ściśle określonej kolejności i hierarchii znaczenia. Niektóre wydania Biblii łączą te dwa fragmenty w jedną perykopę (np. Biblia Tysiąclecia). Wydaje się, że ich rozłączność jest bardziej prawidłowa, bo akcentuje dwa odrębne tematy, widzimy jednak, że połączenie ze sobą tych tekstów również może wyrażać pewną ideę.

Adresat nauczania Jezusa jest ciągle ten sam: galilejscy wieśniacy, lud biedny i umęczony życiem w możliwie najszerszym tego słowa znaczeniu. Do nich zwraca się Jezus, nazywając utrudzonymi i obciążonymi. Zwraca uwagę serdeczność tonu Jezusa. Niejako schodzi z katedry Nauczyciela, by objąć swoim ramieniem, przytulić tych, którzy najbardziej tego potrzebują. Właściwie Jezus nigdy nie zachowywał się jak profesor na stanowisku, a serdeczność jego wypowiedzi i zachowania skłania do tworzenia analogii. Potrafił być ludzki aż do zadziwienia. Warto zauważyć ten aspekt, by uniknąć błędnej interpretacji sytuującej Jezusa jako wyżej stojącego, litującego się nad tymi, którzy pod każdym względem nie dorównują Mu w niczym, nawet w najmniejszym stopniu. Ten kontrast tutaj nie występuje, takiej bariery wcale tutaj nie ma. Jest współczucie, jest serdeczność, ale wyrażana w ten sam sposób, w jaki czyni to Ojciec Niebieski wobec tych samych ludzi.

Większość interpretatorów widzi nieszczęście tych ludzi w skrępowaniu nakazami Prawa, które duchowi liderzy bezwzględnie na nich nakładają. Kazuistyka faryzejska osiągnęła w tamtych czasach niebotyczne rozmiary. Sześćset trzynaście zakazów i nakazów, wymyślonych jako mur ochronny dla świętości Tory, stanowiło istny ciężar dla narodu. Rzeczą niemożliwą było znać wszystkie te przepisy wraz z trudnym do przedstawienia wachlarzem możliwości interpretacyjnych, cóż dopiero realnie żyć tymi treściami na co dzień. Sami nauczyciele Pisma gubili się w tym gąszczu, tocząc między sobą niekończące się dysputy na ten temat. Prosty naród wierzył w Boga i szczerze chciał być Jemu wierny, ale w tej sytuacji było to realnie niemożliwe. Prawo krępowało ludzką wolność, zabierało radość życia, zamiast prowadzić do Boga, oddalało od Niego. Choć pojęcia jarzma i ciężaru Jezus odnosi do siebie i tego, co chce ofiarować, to jednak w kontekście całej Jego wypowiedzi początkowo należy odnieść je do ciężarów nakładanych na ludzi przez przywódców narodu.

To, co głosił, co ofiarował ludziom Jezus, stanowi zupełne przeciwieństwo sztywnej religii judaistycznej. On głosił miłość Ojca Niebieskiego do swoich dzieci. Boga, kogoś dalekiego i niedostępnego w żydowskim rozumieniu, czynił kimś bliskim, kazał nazywać Ojcem. On litował się nad chorymi i nieszczęśliwymi, nie separował się od trędowatych i innych wyrzutków społeczeństwa, przebaczał grzesznikom, widząc w nich więcej nadziei na lepsze życie niż oni sami. Nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych, świętych i wrednych, bogatych i biednych, ale wszystkich kochał miłością bez granic, wszystkich pragnął zbawić, nawet za cenę krzyża. Głosił nastanie Królestwa Bożego na ziemi i dla tej idei poświęcił się bez granic. I pragnie, aby wszyscy ludzi byli szczęśliwi na wieki. Owszem, głosił też wymagania, niektóre bardzo radykalne i oczekiwał bezkompromisowej wierności Ewangelii. Będąc świadomym trudności życia według zasad, które głosił, nazywa je jarzmem i ciężarem. Jezus nigdy nie głosił utopii. Zawsze stawiał wszystko w świetle prawdy. Nikogo nie łudził, nie manił, nie kupował. Ale widząc sens Ewangelii, odczuwając miłość do ludzi, mówi o słodyczy jarzma. Życie według Ewangelii nie jest łatwym, kosztuje ofiary, niejednokrotnie wielkiej, niekiedy aż po męczeństwo, mimo to życie z Jezusem i dla Niego przynosi prawdziwą radość, słodycz, rozkosz.

Istnieje także możliwość innej interpretacji słów Jezusa, mniej teologiczna, bardziej egzystencjalna. Jezus, nazywając swoich słuchaczy utrudzonymi i obciążonymi, ma na uwadze ich codzienne życie, ich biedę materialną, wyzysk, wobec którego byli zupełnie bezbronni, długi, w które popadali bez możliwości pogaszenia ich, i całą gamę innych uciążliwości. Zbawienie, które przyniósł światu, pojednanie ludzi z Ojcem w niebie ma być dla tych ludzi światłem nadziei, gwarantem pewności, że ich marne, nikomu niepotrzebne życie ma jednak sens. Pójście do końca za Jezusem nie będzie dla tych ludzi czymś łatwym. Będzie wymagało oderwania się od spraw codziennych, przyzwyczajeń, dlatego mowa o jarzmie, ale ze względu na ostateczny cel jest to jarzmo słodkie i lekkie. Ostatecznie obydwie interpretacje nie wykluczają się wzajemnie, a nawet można powiedzieć, że tworzą komplementarną całość.

Słowa Jezusa zasługują na szczególną uwagę przynajmniej jeszcze z jednego powodu. Otóż skrajnie rzadko spotyka się na kartach Ewangelii, aby Jezus wprost wskazywał na siebie jako na przykład do naśladowania. Właściwie istnieją tylko dwie takie sytuacje. Jedna, o której mowa, i scena umycia nóg apostołom, gdzie Jezus wyraźnie nakazuje apostołom naśladować siebie w tym, co uczynił (J 13, 1-15). Tylko dwa razy, ale w obydwóch przypadkach chodzi o pokorę Bożego Syna. Oczywiście, należy jeszcze przywołać scenę ukrzyżowania, gdzie w sposób milczący Zbawiciel wskazał na siebie, pozwalając na własne wywyższenie… Jest czymś wręcz paradoksalnym, że Syn Boży przynoszący na świat najważniejsze orędzie w historii tegoż świata, zaprowadzający nowy porządek, porządek Królestwa Bożego, rozpoczynający nową erę w dziejach ludzkości, czyni to w taki sposób, aby nie zwrócić na siebie uwagi. Doskonała kenoza! Przez to staje się na wieki ikoną pokory. Można czynić wiele, dawać wszystko, pozostając łagodnym, cichym, pokornym, ukrytym…

W cichości i w pokorze serca…

62. Jezus i Ojciec Mt 11, 25-27 | ks. dr Adam Dynak
64. Radość dnia świętego Mt 12, 1-8