Niedziela, 16.10.2016 r.

Pierwsze czytanie: Wj 17, 8-13

Ta opowieść o zwycięskiej bitwie koncentruje naszą uwagę nie na wojownikach, lecz na Mojżeszu, który na szczycie góry modlitewnie „walczy za walczących” (por. Kol 4, 12). Przy tym ciekawe, że skuteczność duchowego wsparcia wydaje się uzależniona od fizycznego wysiłku trwania z rękami wzniesionymi ku niebu…

Z pewnością nie chodzi o żaden formalizm, ani o magiczną rolę gestu. Gdyby Bóg był formalistą to wymagałby nienagannego zachowania całej postawy modlitewnej z tamtej epoki, czyli stania ze wzniesionymi rękami – a zmęczony Mojżesz w końcu sobie siada. Również magia nie wchodzi w grę, gdyż Bóg Objawienia reaguje na modlitwy w sposób wolny, stosownie do własnej oceny naszych potrzeb. Modlitwa to nie czary, nie istnieją „niezawodne” formułki ani czynności, które skutkowałyby automatycznie. Jednak z drugiej strony trzeba pamiętać, że nie jesteśmy samą tylko duszą i nasze ciało chcąc nie chcąc uczestniczy we wszystkim, co robimy. To w gruncie rzeczy dobra wiadomość, bo gdy zmęczenie lub stres nie pozwala się skupić, albo gdy trudno znaleźć właściwe słowa, możemy po prostu się przeżegnać, przyklęknąć, złożyć pokłon, ucałować ikonę, oprzeć czoło o krzyż, trwać w ciszy z Biblią przyłożoną do serca…

Gest rąk uparcie wyciąganych po pomoc był do czegoś potrzebny Mojżeszowi oraz jego ludziom, nie Bogu.

 

Psalm responsoryjny: Ps 121, 1-2.3-4.5-6.7-8

Mojżesz wyciągał ręce w górę, a Psalmista wznosi oczy ku górom. Górskie szczyty, podobnie jak sklepienie nieba, często służyły za symbole obecności Tego, który jest wszędzie (por. Ps 139, 1-10), choć wymyka się fizycznej przestrzeni. Myśl o „górze”, oraz wznoszenie oczu i rąk, wyrażają intuicję absolutnej wielkości, świadomość, że zwracamy się do Najwyższego. Zarazem ta symboliczna „góra” przypomina, że nic nie umknie troskliwej uwadze Boga, czuwającego nad naszym losem niczym strażnik na zamkowej wieży, albo – by sięgnąć po współczesny obraz – ratownik na wieżyczce nad plażą.

Ów ogarniający spojrzeniem najdalsze horyzonty Ratownik pozostaje również najbliższym towarzyszem ludzkich wędrówek, wszędzie i zawsze „staje po naszej prawicy”, asekuruje nas w każdej sytuacji. Warto sobie o tym przypominać, rozpamiętywać przejawy Bożej opieki i rozbudzać zaufanie. Boskie imię JESTEM (por. Wj 3, 14) oznacza nie tylko wieczny samoistny byt – to także imię Kogoś, kto zawsze JEST z nami, przy nas, po naszej stronie (nawet jeśli czasem nie rozumiemy Jego dróg, lub przychodzi nam doświadczyć Jego sprzeciwu wobec naszych samobójczych posunięć).

 

Drugie czytanie: 2 Tm 3, 14 – 4, 2

Boży człowiek (por. 1 Tm 6, 11) trzyma się Boskich pouczeń na temat rzeczywistości, trwa w Bożej narracji, przyswaja punkt widzenia Boga. To dopiero jest prawdziwy realizm, rzeczywista mądrość, która „zbawia”, to znaczy ratuje przed rozminięciem się z autentycznym szczęściem. Biblia, zbiór Pism, które rodziły się we wspólnocie Ludu Bożego z natchnienia Boskiego Ducha, ma służyć takiej wewnętrznej „przemianie przez odnowienie umysłu” (Rz 12, 2).

Wezwanie do „głoszenia nauki” zasługuje na uważne odczytanie – nie wystarczy „nastawać w porę i nie w porę” i „wykazywać błąd”. Trzeba pamiętać, co jest w istocie treścią nauczania Wspólnoty Chrystusa (a jest nią „Ewangelia łaski”, Dobra Wiadomość o absolutnej życzliwości Boga, por. Dz 20, 24), jaki przede wszystkim błąd wytykać (a Jezus najmocniej ganił brak pokory, wdzięczności i miłosierdzia), oraz że upomnieniom musi towarzyszyć podnosząca na duchu zachęta (paráklesis) i wielkoduszna cierpliwość (makrothymía).

 

Ewangelia: Łk 18, 1-8

Ojciec z nieba nie jest oczywiście podobny do nieczułego sędziego z przypowieści i w upartej modlitwie nie chodzi o „zamęczenie” Go, przeforsowanie zmiany Jego nastawienia do naszych spraw. Mówimy o Kimś, kto jest nam absolutnie życzliwy, kto nas kocha ponad ludzkie pojęcie. Upór w modlitwie nie jest potrzebny Bogu, lecz nam.

Powiedzmy sobie szczerze: W komunikacji między Stwórcą a nami przypominamy dzieci niepełnosprawne intelektualnie. Z trudem chwytamy, o co chodzi niebiańskiemu Ojcu, ale też z trudnością wchodzimy we własną modlitwę. Nie do końca rozumiemy, co nam gra w duszy i nie całkiem się orientujemy we własnej sytuacji, mamy zmąconą świadomość tego, co dla nas dobre. Potrzebujemy czasu, żeby się odnaleźć, żeby „nie prosić źle” (por. Jk 4, 3). Dlatego w modlitwie ważna jest wierność, uparte trwanie przed Bogiem, „przedstawianie Mu próśb i czekanie” (por. Ps 5, 4) – ale w postawie sługi oczekującego poleceń (Ps 123, 2), a nie klienta zamawiającego usługę lub petenta w urzędzie. Każda sytuacja życiowa kryje w sobie zadanie, w każdej Ojciec prosi o wykonanie dla Niego jakiejś pracy w winnicy życia (por. Mt 21, 28). Modlitwa nie jest po to, żeby Bóg spełniał nasze zachcianki, lecz po to, żebyśmy się odnajdywali w Jego domu i gospodarstwie. W każdej sytuacji otrzymam to, co potrzebne do pracy dla królowania Boga i „to, co dobre” dla mnie jako Bożego dziecka (por. Mt 7, 11).

Kiedy moją radością będzie sam Bóg i to, co jest Jego radością – kiedy moje pragnienia będą współgrały z Jego pragnieniami – wtedy otworzy się droga do rozwiązania moich spraw po Jego myśli, a zarazem pomyślnie dla mnie (por. Ps 34, 4). Niezawodna modlitwa „w imię Jezusa” (por. J 16, 23) to modlitwa nie tylko z powołaniem się na Niego, lecz modlitwa w zespoleniu z Nim, modlitwa, którą kieruje Jego Duch (por. Rz 8, 26). To nie Bóg ma się zmienić, to ja mam dojrzeć do przyjęcia darów, które On dla mnie przygotował. Dlatego ważna jest moja wierność modlitwie, przemieniającemu serce dialogowaniu z Bogiem, ufnemu wołaniu do Niego i wsłuchiwaniu się w głos ciszy pełnej Ducha (por. 1 Krl 19, 12). Jezus pyta, czy znajdzie w nas postawę określoną greckim słowem pístis, które obok „wiary” i „zaufania” oznacza także „wierność”.

 

Poniedziałek, 17.10.2016 r.

Pierwsze czytanie: Ef 2, 1-10

Nigdy dość przypomnień, że od życia niegodnego tej nazwy, od duchowej martwoty, jesteśmy ratowani (to właśnie znaczy „zbawiani”) „łaską przez wiarę”. Tę Dobrą Wiadomość trzeba ciągle na nowo tłumaczyć na język zrozumiały dla ogółu. Nie jest tak, że wszystko z nami w porządku i należy nam się komfort dla ciała i ducha – ale też nie mamy wiecznie trwać w poczuciu winy i doświadczać stresu wobec wymagań, których spełnienie dawałoby wstęp do raju…

Z jednej strony duchowa atmosfera świata jest skażona. Ludzie nią oddychający, poddani inspiracjom Złego, okazują się „z natury dziećmi gniewu” (tekna physei orges, Ef 2, 3), zderzają się z namiętnym sprzeciwem Stwórcy wobec psucia stworzenia. Jednocześnie „bogatego w miłosierdzie” Ojca stać na bezwarunkową przychylność, hojność serca zwaną „łaską” – wyraża ją wejście Syna Bożego między „synów buntu” i wzięcie na siebie ciężaru odrzucenia, przyjęcie odpychających Miłość ciosów. Ukochany Syn Boga zanurkował do piekła naszej wrogości, a Ojciec wyciągnął Go stamtąd z nami w objęciach. Tylko dlatego raj stoi otworem. Dobre uczynki nie są warunkiem wejścia do niego, lecz dowodem, że już przyjęliśmy niebiańskie obywatelstwo (por. Ef 2, 19). Prawdziwe życie daje oddychanie Podmuchem z nieba (por. J 3, 6-8), czerpanie stamtąd inspiracji i sił dzięki „uwierzeniu Bogu” (por. Rz 4, 3), poleganiu na Nim, „pokładaniu w Nim nadziei” (por. 1 J 3, 3).

 

Psalm responsoryjny: Ps 100, 1-2.3.4-5

Od tego wypada i warto zaczynać każdą modlitwę – od uwielbienia, wykrzykiwania (choćby tylko w sercu) na cześć Boga, wyrażania zachwytu faktem, że On jest absolutnie najwspanialszy. Nie chodzi tylko o dziękczynienie za konkretne łaski, lecz o budzenie w sobie, odkrywanie na dnie serca, podziwu i radości na myśl, że Bóg… jest Bogiem! „Dzięki Mu składamy, bo wielka jest Jego chwała” – w porywie zakochania dziękujemy po prostu za to, że JEST i Kim jest. Można powiedzieć, że „intronizujemy” Boga we własnej świadomości.

Zaraz potem przychodzi moment na dziękczynienie za gesty dobrych rąk, w których „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (por. Dz 17, 28). Możemy wychwalać hesed ve’emet, łaskę (życzliwość) i wierność Autora naszego istnienia, stojącego za każdym dobrem, którego doświadczamy. Człowiek uczciwie konfrontujący się z Bożym działaniem w swoim życiu czuje, że „przystoi mu pieśń chwały” (por. Ps 33, 1).

 

Ewangelia: Łk 12, 13-21

Trochę zaskakująco brzmią słowa Jezusa: „Kto mnie ustanowił sędzią i rozjemcą”? Przecież wierzymy, że właśnie On jest zapowiedzianym Mesjaszem, Pełnomocnikiem Boga, który „będzie rozjemcą pomiędzy ludami i wyda wyroki dla licznych narodów” (Iz 2, 4). Jednak z drugiej strony w proroctwie mowa o urządzaniu życia całych społeczności w skali globalnej, a tu o interwencję prosił pojedynczy człowiek. Może Jezus po prostu nie zajmuje się drobiazgami? Tylko że On sam w innym miejscu powie, że w perspektywie królestwa Bożego drobiazgi pozostają istotne – „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny…” (Łk 16, 10). Czemu więc Chrystus nie chce teraz wkroczyć w spór między braćmi o spadek?

Być może w Jego odmowie kryje się aluzja do historii Mojżesza, który początkowo usłyszał od rodaków: „Kto ciebie ustanowił wodzem i sędzią nad nami?” (por. Wj 2, 14), a potem okazał się jednak ustanowionym przez Boga wodzem i wybawcą (por. Dz 7, 35). Jezus też zostanie odrzucony jako król Izraela (por. J 19, 14b-15), by ostatecznie okazać się Królem królów (por. Ap 19, 16). Zarazem odrzucenie prośby o arbitraż w konkretnej sprawie spadkowej płynnie przechodzi w pouczenie na temat prawdziwego bogactwa, o które – i tylko o nie – warto zabiegać. Nie wchodząc w szczegóły sporu między braćmi, Chrystus ostrzega obydwu przed pokusą chciwości.

Problemem nie jest korzystanie z ziemskich dóbr, lecz właściwe rozłożenie akcentów w naszym podejściu do nich. Trzeba wiedzieć, czemu te dobra służą, czemu służy nasze życie, zabezpieczane przy ich pomocy. Zamiast „gromadzić skarby dla siebie”, używać świadectw miłości Ojca do karmienia swego egoizmu, możemy stawać się „bogaci przed Bogiem”, czyli (paradoksalnie) „ubodzy w duchu” (Mt 5, 3) – przeżywający swą małość i całkowitą zależność od Stwórcy, przyjmujący od niego po dziecięcemu (Mk 10, 15) dany za darmo udział w Jego królowaniu (por. Łk 12, 32). Bogaty w królestwie Bożym jest ten, kto czując się obdarowany Bogiem, zmienia wszystko, co posiada, w dar serca, w „jałmużnę” (por. Łk 12, 33). Termin „jałmużna” w oryginalnym greckim brzmieniu (eleemosyne) oznacza dosłownie „zmiłowanie” – a więc bogaty przed Bogiem jest ten, kto przekazuje innym zmiłowanie, którego doświadczył, kto żyjąc podarowanym życiem robi z tego życia dar dla innych. Nasze korzystanie z dóbr tego świata jest godziwe, jeśli służy dzieleniu się Boskim miłosierdziem.

 

Wtorek, 18.10.2016 r. Święto św. Łukasza Ewangelisty

Pierwsze czytanie: 2 Tm 4, 9–17a

Końcówka apostolskiego listu pisana jest w osobistym tonie i dotyczy prywatnych spraw. Jak widać w tym przypadku natchniony autor raczej nie tworzył w poczuciu, że jego słowa będą odczytywane podczas nabożeństw… Jednak z drugiej strony Duch Święty oraz Jego ludzki współpracownik pokazują nam tutaj, że u chrześcijanina sprawy wiary i życia codziennego ściśle się wiążą, prywatność splata się z służbą Bożą, stanowi jej istotny element. Nasze przyziemne troski mają związek z budowaniem królestwa Boga wśród ludzi.

Na chwilę stajemy się świadkami zwierzeń Pawła, dowiadujemy się o jego tęsknocie za uczniem-przyjacielem, o rozczarowaniu postawą niektórych współpracowników, o relacjach łączących go z Łukaszem i Markiem. Możemy wyczuć nutę zmęczenia trudnymi doświadczeniami, ale także ton spokojnej wdzięczności wobec Chrystusa, godnego zaufania Przewodnika i Opiekuna.

 

Psalm responsoryjny: Ps 145, 10-11.12-13ab.17-18

Święci Boży głoszą chwałę jedynego Świętego – święci, czyli ludzie, którzy należą do Boga. Boży ludzie, po prostu. Ogłaszają „chwałę” (czyli wspaniałość i ważność) samego Boga, oraz „chwałę” (czyli znaczenie i piękno) Jego królowania, a więc sytuacji, gdy Bóg objawia się i jest przyjmowany jako panujący nad wszystkim. To cudowne, kiedy widzimy, że wszystko jest w dobrych rękach, w najlepszych z możliwych rąk.

Święci Boży, ludzie Boga, ogłaszają wspaniałość swojego Pana nie z obowiązku, ani nie z chęci przypodobania się. Oddawanie chwały płynie z serca, które przyjmuje swoją świętość z dziecięcą prostotą (por. Mk 10, 15). Święci to nie religijni prymusi, istoty doskonałe, lecz ci, którzy powierzają Bogu swoją biedę i grzech. W swojej biedzie wzywają Boga „szczerze”, wzywają Go nie ze względu na tradycję i nie „na wszelki wypadek”, oraz nie w charakterze użytecznego idola, dobrego Czarodzieja z zaświatów – lecz jako absolutny punkt odniesienia swojego życia i Źródło radości, Pana nad panami i Ojca nad ojcami.

 

Ewangelia: Łk 10, 1-9

Czytamy o uczniach Jezusa posłanych z misją, ale nie chodzi tu o dwunastu „pierwszych” apostołów. Uczniów, o których mowa, jest siedemdziesięciu dwóch, co może stanowić aluzję do symbolicznej ilości narodów ziemi, wymienionych w dziesiątym rozdziale Księgi Rodzaju. W takim wypadku mielibyśmy do czynienia z dyskretnym zaznaczeniem powszechności Kościoła, do którego zaproszono „wszystkie narody” (por. Mt 28, 19). Możemy też pomyśleć, że wysłanie „innych uczniów”, spoza wybranej „kadry” apostolskiej, wskazuje na powołanie wszystkich chrześcijan do dzielenia się słowem Boga, Jego Dobrą Wiadomością. Czy nie nazbyt pochopnie odczytujemy słowa: „Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników…” jako wezwanie do modlitw „o powołania kapłańskie i zakonne”? Każde z Bożych dzieci jest zaproszone do pracy w „winnicy Pańskiej” (por. Mt 21, 28), więc czemu nie modlimy się gorliwie o rozbudzenie we wszystkich ochrzczonych „wyobraźni ewangelizacyjnej”? Nie każdy będzie głosić kazania, ale każdy ma do zaofiarowania otoczeniu – na swój sposób, stosownie do własnych predyspozycji – dar wewnętrznego pokoju, którym sam żyje, który czerpie od Baranka Bożego (por. J 14, 27). Jeśli promieniujemy tym pokojem, harmonią serca pojednanego z Bogiem (por. Rz 5, 1), jeśli nie skąpimy nikomu słów pokoju – wiedząc, że sam Pan zadba o to, by Jego dar się nie „zmarnował” – to „przygotowujemy drogę” Jezusowi (por. Łk 1, 76) we wszystkich sercach, do których „sam zamierza przybyć”.

To ważne, że drogę dla Jezusa przygotowujemy ogłaszając Boże miłosierdzie (por. Łk 1, 77) i życząc ludziom dobra, kierując do nich dobre słowo (czyli im błogosławiąc, por. 1 P 3, 9), a nie walcząc z kimkolwiek – za wyjątkiem „duchowych czynników zła” (Ef 6, 12). Człowiek Chrystusa idzie do wrogich środowisk bezbronny i ubogi, całkowicie zdany na opiekę Ojca z nieba oraz „duchowe uzbrojenie” (por. Ef 6, 13-17).

 

Środa, 19.10.2016

Pierwsze czytanie: Ef 3, 2-12

Głoszenie Ewangelii, czyli (żeby odświeżyć przekład) ogłaszanie Dobrej Wiadomości, to nie nawoływanie do poprawy i propagowanie właściwego systemu wartości, zdrowych poglądów na życie. Te rzeczy stanowią dopiero owoc wejścia w „tajemnicę Chrystusa”, odkrycia Boskiego sekretu powszechnego pojednania: Boga z ludźmi oraz ludzi między sobą (por. Ef 1, 9-10; 2, 14.16-19).

Dobra Wiadomość brzmi tu następująco: ludzie spoza dotychczasowego kręgu Przymierza mają udział we wszystkim, na co czekali ci wcześniej wybrani – uczestniczą w zadzierzgniętej przez Syna Bożego więzi, łączącej w sposób bardzo specjalny niebiańskiego Ojca i stworzenia, potraktowane tak samo, jak Jego wieczny Jedynak. Obcy stali się domownikami, królestwo wzajemnej bliskości objęło outsiderów, nieczystym podarowano „żywą nadzieję” raju, który z otwartymi rękami przyjmuje imigrantów z doliny łez. Niezgłębione bogactwo Chrystusa, niebiańska pełnia życia w przemienionym człowieczeństwie, jest już wspólnym dziedzictwem „dalekich i bliskich” (por. Ef 2, 17).

Kościół, rodzina Bożych połamańców, wyraża w swej wielokulturowości i pstrokaciźnie ludzkich charakterów „różnorodną mądrość” Ojca, do którego wszyscy mogą się tulić z ufną śmiałością, polegając na „wierze Jezusa” (dià tes písteos Autou), Jego wierności i oddaniu.

 

Psalm responsoryjny: Iz 12, 2.3-4b.4cd-5

Możemy wyrazić tą pieśnią nasze zaufanie wobec Boga, wspaniałego w swym miłosierdziu. Jego wspaniałość wręcz każe się wyśpiewać. A przez zaufanie otwieramy się na bijący z Niego, jak ze źródła, potok życzliwości, absolutnej przychylności zwanej łaską – strumień miłości, będącej naszym ratunkiem (czyli zbawieniem) ze wszystkich bied, z najgorszych uwikłań, z beznadziejności życia osuwającego się w śmierć. Otwarte serce Boga to zdrój ratunku i wiecznego spełnienia. Wchodząc w modlitwę możemy się duchowo przytulić do tego Serca, pochylić się nad Źródłem „wody żywej”.

 

Ewangelia: Łk 12, 39-48

Czy nie ma kontrastu między radosnym przesłaniem pierwszego czytania a surowością przestróg, padających w dzisiejszym fragmencie Ewangelii? Można też spytać, czy zapowiedź ukarania złego sługi nie dowodzi fałszywości twierdzenia, jakoby w nauce Jezusa nie chodziło o wzywanie do poprawy? Może jednak należy grzmieć i grozić, bo „Bóg za dobro wynagradza, a za zło karze”?

Wczytajmy się uważnie w te upomnienia i zobaczmy je we właściwym kontekście. W nauczaniu Chrystusa nie ma moralizatorstwa, programowego wytykania ludziom przewinień. Jezus „nie podnosi głosu, nie daje słyszeć swego krzyku na ulicach” (por. Iz 42, 2) – czuje się posłany „nie po to, by osądzić, lecz żeby uratować świat” (por. J 3, 17). Widzi swą misję w „ogłaszaniu ubogim Dobrej Wiadomości, głoszeniu wyzwolenia pojmanym, a niewidomym przejrzenia, ogłaszaniu roku życzliwości Pana” (por. Łk 4, 18-19). Także czytany dziś fragment Ewangelii poprzedzają wersety mówiące o przyjściu Oblubieńca ludzkości po ostatecznych zaślubinach i przemianie służących w gości weselnych (por. Łk 12, 37). Twardo brzmiąca przestroga dotyczy możliwości rozminięcia się z szykowanym nam przez Boga szczęściem (greckie określenie grzechu – hamartía – oznacza dosłownie „chybienie celu”). Gdy Jezus zaostrza ton, to słyszymy głos Przyjaciela mówiącego z naciskiem: „Uważaj!”, a nie okrzyk strażnika: „Stój, bo strzelam!”. Ostrzeżenie stanowi istotny, ale jednak dodatek do głównego przesłania i nie powinniśmy zaburzać proporcji Bożej Nowiny.

Bóg nie straszy, On nas woła do domu. Jego sąd polega na tym, że na świecie rozbłysło światło, ukazując życie (por. 2 Tm 1, 10), natomiast wewnętrzny mrok perwersyjnego serca kusi do ucieczki w śmierć (por. J 3, 19). Tymczasem Światło, które leczy (por. Mt 9, 12), samo się wprasza do naszego bałaganu (por. Łk 19, 5) i kto postąpi zgodnie z prawdą o swej grzeszności ogarniętej miłosierdziem, kto przyjmie daną za darmo bliskość Świętego, ten odkryje w sobie zdolność do uczynków „dokonywanych w Bogu”, wynikających ze zjednoczenia z Nim (por. J 3, 21; Łk 19, 8-9). Potem jednak trzeba „wytrwać w miłości Jezusa” (por. J 15, 9), nie wychodzić z jej świetlistego kręgu, pozwalać Bogu się kochać i podawać tę miłość dalej (por. 1 J 4, 16). Zły sługa z Jezusowej przypowieści sprzeniewierza się zleconej sobie trosce o innych i dlatego zostaje „odcięty” (w kontekście opowiadania chyba lepiej tak właśnie przełożyć użyte tu sformułowanie dichotomései autòn, mówiące o rozcinaniu) od domowej wspólnoty. „Chłosta”, o której mowa, stanowi oczywiście przenośnię w duchu epoki, a chodzi o to, że na człowieka spadną konsekwencje „własnej nieprawości” (por. Ps 7, 17) – a im bardziej świadomie ktoś zaprzecza prawdzie o swej relacji z Bogiem (por. J 12, 48), tym mocniej się to na nim zemści.

 

Czwartek, 20.10.2016 r.

Pierwsze czytanie: Ef 3, 14-21

Grecki tekst modlitewnego westchnienia Apostoła zawiera trudną do oddania w języku polskim grę słów. Mowa tu o „Ojcu (Patér), od którego bierze nazwę każdy naród (patrià) w niebiosach i na ziemi”. Można też próbować tłumaczyć: „Rodziciel, od którego bierze nazwę każdy ród…”, lub – jak w przekładzie ekumenicznym Towarzystwa Biblijnego – „Ojciec, od którego każda ojczyzna (…) bierze swoją nazwę”. W tym ostatnim przypadku trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi o kraj, miejsce w przestrzeni, lecz o wspólnotę, która nas kształtuje i w której egzystujemy, przestrzeń międzyludzkich więzi. Każda społeczność powołanych do istnienia stworzeń ma tego samego nadprzyrodzonego „Protoplastę”. Wszelkie życiodajne relacje bliskości, wzajemnego przyjmowania się i obdarowywania sobą, zostały zawiązane w gruncie rzeczy w imię Ojca-Stworzyciela, z Jego dyskretnej inspiracji. Nasza społeczna natura to znak podobieństwa do Stwórcy.

Apostoł modli się o umocnienie w nas cech dziecka Bożego przez Bożego Ducha (osobowy Podmuch Miłości), prosząc, żeby Ojciec obdarował nas „według bogactwa swej chwały”, czyli na miarę własnego autorytetu i zalet… Dzięki wierze – uznaniu, że „Bóg jest Bogiem”, zaufaniu Jego słowom i poleganiu na przychylności Bożego serca – w centrum człowieka mieszka Chrystus, wierny Świadek Ojca (por. Ap 1,5) oraz Mistrz relacji z Nim. Jeśli glebą i fundamentem mojego życia będzie Jego miłość, to otworzy się bezkresna przestrzeń afirmacji i daru ze strony „Boga z nami” (por. Mt 1, 23) i moja bieda wypełni się Bogiem jak żagiel wiatrem.

 

Psalm responsoryjny: Ps 33, 1-2.4-5.11-12.18-19

Doprawdy, wypada śpiewać na cześć Boga, jest to „godne i sprawiedliwe”. Uczciwym wyznawcom – świadomym, że są ułaskawionymi przestępcami oraz biedakami przyjętymi do królewskiej rodziny na prawach ukochanych dzieci – pieśń chwały sama wypływa z serca.

Możemy się zachwycać Bożą łaską, absolutną, bezinteresowną życzliwością, oraz nieziemską prawością Władcy wszechrzeczy. Bóg kocha prawo, które nie jest kodeksem reguł, tylko regułą miłości – a także sprawiedliwość, która nie jest karaniem win, tylko uzdrawianiem chorych dusz. Tylko takie prawo i taka sprawiedliwość służą Bogu, a „bogobojni” (czyli mający respekt wobec Boskiego autorytetu) nie są ci, co osądzają bliźnich i pilnują zasad, lecz ci, co przyjmują ocalenie od Pana oraz walczą o analogiczne ocalenie sióstr i braci.

 

Ewangelia: Łk 12, 49-53

Jaki ogień przynosi na ziemię Jezus, w jaki sposób nasz Nauczyciel podpala świat? Z czego rodzi się rozłam, który w sposób paradoksalny wywołuje Książę Pokoju (por. Iz 9, 5), Mistrz Pojednania?

Nie chodzi o rozpalenie fanatyzmu ani dzielenie świata na swoich i obcych. Na kartach Nowego Testamentu widzimy, jak faktyczne działanie Chrystusa nie do końca wpisuje się w skądinąd słuszne zapowiedzi Chrzciciela. Realne spełnienie proroctwa o „chrzczeniu ogniem” (lub „skąpaniu w ogniu”, baptismós en pyrí, por. Łk 3, 16-17) wydobywa z niego nowy, głębszy sens, zaskakujący dla samego proroka (por. Łk 7, 18-19). Ogień Ducha Świętego, mający zalać świat (por. Dz 2, 3.17), okazuje się rozpalającym „wnętrzności Boga” i alternatywnym wobec słusznego gniewu płomieniem Miłosierdzia (por. Oz 11, 7-9). Wypalenie zła za pomocą tego ognia nie polega na zniszczeniu grzeszników ani ich przepędzeniu z Bożej społeczności, lecz na zaproszeniu upadłych do bliskości z Panem, który „chce miłosierdzia, a nie ofiary” (por. Mt 9, 13: Eleos thélo kaì ou thysían – trudno zrozumieć, czemu tłumacz Biblii Tysiąclecia poprawił w tym miejscu słowo Boże, dodając „raczej”)… Mesjasz nie przychodzi, by wydać na świat wyrok, lecz żeby ten świat uratować (por. J 3, 17) – a sąd polega na konfrontacji człowieka ze światłem padającym z otwartych drzwi domu Ojca, z Bramy Miłosierdzia (por. J 3, 19). Ten blask z otwartego serca Pana łagodnie zaprasza wszystkich pogubionych (por. Mt 11, 19.28) i „tajemnicą nieprawości” (por. 2 Tes 2, 7) pozostaje, czemu w niektórych budzi on agresję. Sąd polega na tym, że wrogowie okazanego sobie Miłosierdzia sami rzucają się w „ciemności zewnętrzne” (por. Mt 22, 13), nie chcąc świętować zaślubin Baranka Bożego z ludzkością (por. Ap 19, 7).

Mówiąc o ogniu i rozłamie Jezus nie zapowiada porażenia złych ludzi gromem z nieba (por. Łk 9, 53-55), ani nie wzywa do budowania barykad w imię rewolucji moralnej. Przygotowuje nas tylko z całym realizmem na to, że Boska miłość może nie być kochana, przesłanie pojednania nie u wszystkich wywoła pozytywną reakcję – że przyłączając się do Wiernego Świadka Miłosierdzia (por. Ap 1, 5) podzielimy Jego los (por. Mt 10, 24-25) i możemy być nawet niezrozumiani przez najbliższych, odrzuceni we własnym domu (por. Mk 3, 21; 6, 4). Uprzedza, że powołanie do błogosławienia innych, wychodzenia im naprzeciw z dobrym słowem i Dobrą Wiadomością Boga, nieraz przyjdzie wypełniać wobec ludzi, którzy nas krzywdzą i przeklinają (por. 1 P 3, 9). Wbrew temu, co się czasem słyszy wśród katolików, nie jesteśmy – ani my, ani Jezus – „znakiem sprzeciwu”, tylko „znakiem, któremu się sprzeciwiają” (antilegómenon, Łk 2, 34). Nie mamy generować konfliktów, mamy być gotowi je znosić.

 

Piątek, 21.10.2016 r.

Pierwsze czytanie: Ef 4, 1-6

Powołaniem chrześcijan jest bycie obywatelami królestwa bliskości Boga z ludźmi i ludzi między sobą (por. J 17, 23). Jeśli Głowa integrowanej na nowo rzeczywistości (por. Ef 1, 10) uznaje nas z całą naszą biedą i grzechem (por. Mt 9, 12-13; 11, 28; 1 J 4, 10) nie tylko za przyjaciół (por. J 15, 15), ale wręcz za przybrane rodzeństwo (por. Hbr 2, 11), to wypada, żebyśmy się zachowywali odpowiednio do zwyczajów Bożej rodziny. Do chrześcijańskiego stylu bycia należy tolerowanie się nawzajem i akceptowanie w miłości, w postawie wyrozumiałości (makrothymía), skromności (tapeinophrosýne) i delikatności (praútes). Niezależnie od wszystkiego, co między nami zgrzyta i co być może wymaga braterskiego upomnienia (por. Mt 18, 15-17; Łk 17, 3), jesteśmy proszeni, żeby starać się usilnie o jedność ducha dzięki „więzi, jaką daje pokój”. Osobisty „pokój z Bogiem” (por. Rz 5, 1), harmonia serca pojednanego ze Stwórcą-Ojcem, owocuje pokojem z „dalekimi i bliskimi” (por. Ef 2, 17). To, co nas łączy – wspólna nadzieja i wiara, to samo zanurzenie (baptisma) w Duchu Chrystusa (Żywiole Boskiej Miłości) – przewyższa różnice. Możemy ufać, że w różnorodności charakterów oraz punktów widzenia, a nawet w rozbieżnościach wynikających z naszych słabości i wad, dyskretnie pracuje miłość ukrytego Ojca (por. Mt 6, 6), Boża Opatrzność.

 

Psalm responsoryjny: Ps 24, 1-2.3-4ab.5-6

Czy mamy prawo śpiewać taki psalm, wysławiać Boga zapraszającego nas na swoją „świętą górę”, do „górnego Jeruzalem” (por. Ga 4, 26), mistycznego sanktuarium? Kto z nas może powiedzieć, że ma „ręce nieskalane i czyste serce”, że „nie skłonił duszy ku marnościom”? W świadomości własnej biedy pozostaje nam „szukanie oblicza Boga” i znajdowanie go w Chrystusie (por. J 12, 45; 14, 9).

Syn Człowieczy, który „przyszedł znaleźć i ocalić to, co zginęło” (por. Łk 19, 10), wyraża Boskie podejście do grzeszników, a przy tym – będąc „Pierworodnym między licznym rodzeństwem” (por. Rz 8, 29) – reprezentuje nas jako Pośrednik, „Człowiek Namaszczony” (Anthropos Christòs, por. 1 Tm 2, 5). Zebrani w Jego imię i świętujący Jego obecność, możemy mówić nad stołem eucharystii: „Ukryty Ojcze z nieba, oto Twój Baranek. Weź nas razem z Nim na Twoją świętą górę. Przyjmij nas niesionych w Jego nieskalanych rękach, spoczywających na Jego czystym sercu”.

 

Ewangelia: Łk 12, 54-59

Umiemy się jako tako orientować w zjawiskach pogodowych, uprawiamy na co dzień naszą małą prywatną meteorologię – a „meteorologia” to dosłownie po grecku „nauka o tym, co wysoko”. Jezus oczekuje od nas również orientacji w odniesieniu do spraw wyższych, niż te z wymiaru fizycznego. Uważa, że jesteśmy w stanie „badać daną porę” (dokimázein tòn kairòn touton), ocenić wymowę chwili, wyczuć moralny i duchowy sens aktualnej sytuacji. Wrażliwe serce umie odczytać symptomy zjawisk zachodzących na poziomie ludzkich postaw i działań, ocenić klimat relacji między osobami, rozróżnić obiecujące i niepokojące kierunki rozwoju wydarzeń.

Na pogodę prognozowaną według wyglądu nieba i ziemi nie mamy wpływu, ale dzięki rozeznaniu i decyzjom w sprawach duszy możemy przewidzieć i skorygować własną sytuację u kresu życiowej drogi. Chwila obecna rzutuje na ostateczny bilans życia. Tutaj i teraz dokonuje się sąd nade mną, związany z tym, jak ja „osądzam (kríno), co jest słuszne (díkaion)”.

Dopóki mam czas, póki „jestem w drodze”, mogę dojść do zgody z „moim przeciwnikiem” w postaci sumienia (gdy „obwinia mnie własne serce”, por. 1 J 3, 20), zgodzić się na pokój, jaki chce ze mną zawrzeć przebaczający Bóg (por. Rz 5, 1), a zwłaszcza pojednać się z ludźmi, którzy „coś przeciw mnie mają” (por. Mt 5, 23) – moja miłość do Boga nie jest szczera, jeśli odmawiam miłości bliźnim (por. 1 J 4, 20). To charakterystyczne, że w perspektywie ostatecznej liczy się właśnie „godzenie się” z Bogiem, samym sobą i drugim człowiekiem, a nie próby postawienia na swoim, „szukanie swego” (por. 1 Kor 13, 5). Jeśli odtrącę logikę Miłosierdzia, pokornie przyjmowanego i podawanego dalej, to sam się wtrącam do więzienia nieubłaganych skutków winy (por. Mt 18, 23-34), skazuję się na bolesne „spłacanie długu” – aż po ostatni grosz biedy zdającej się całkowicie na łaskę nieba (por. Łk 21, 1-4).

 

Sobota, 22.10.2016 r.

Pierwsze czytanie: Ef 4, 7-16

Nikt z należących do Kościoła (tej gromady Bożych biedaków, wyrwanych ze swych zniewoleń) nie jest pozbawiony jakiegoś charyzmatu – ale też żaden z mniej lub bardziej imponujących darów łaski nie stanowi prywatnej własności, przywileju, osobistej zabawki. Apostołowie, prorocy, ewangeliści, pasterze i nauczyciele, a więc nasi biskupi i misjonarze, wizjonerzy i mistycy, kaznodzieje, teologowie i katecheci, pozostają swego rodzaju personelem pomocniczym na usługach pozornie szarej rzeszy „świętych”. „Zwykli” wierzący, zanurzeni w codzienności, wmieszani w tłum przechodniów, wykonujący rozmaite zawody, są na służbie przemiany świata i dojrzewania Bożej wspólnoty, wspólnego „dochodzenia do pełni Chrystusa”, napełniania się Nim. Splatając sieci dobrych relacji, zapalając w sercach spotkanych osób światełka nadziei i wiary, budujemy społeczny organizm, mistyczne Ciało. Dzieląc się Bożym słowem i Bożą miłością pomagamy sobie nawzajem „poznać Syna Bożego” w biblijnym sensie tego słowa, to znaczy zasmakować relacji z Nim.

Każdemu jest dawane wyposażenie, żeby duchowo budować innych i samemu wzrastać, „będąc szczerymi w miłości” (aletheýontes en agápe, Ef 4, 15).

 

Psalm responsoryjny: Ps 122, 1-2.4-5

Ten psalm można zaśpiewać pełnym głosem, ze szczerego serca, jeśli to serce pozwoli sobie „rozświetlić oczy” i zachwyci się „nadzieją powołania” (por. Ef 1, 18), jakie otrzymaliśmy. Jesteśmy zaproszeni do wiecznego miasta Boga, otrzymaliśmy obywatelstwo Jego królestwa i prawa Jego domowników (por. Ef 2, 19). Absolutnie niezasłużenie, jako przybrane rodzeństwo Chrystusa – Syna Dawida, mamy „razem z Nim królować” (por. 2 Tm 2, 12), uczestniczyć w Jego władzy Prawodawcy i Rozjemcy nowego świata (por. Iz 2, 4). To na nas czekają „trony sędziowskie Domu Dawida” (por. 1 Kor 6, 2-3).

Ten psalm można zaśpiewać dobrze tylko w duchu najgłębszej pokory, w świadomości swego statusu ułaskawionego grzesznika oraz „biedaka podniesionego z gnoju i posadzonego wśród książąt” (por. Ps 113, 7-8). Ale pamiętajmy, że pokora oznacza akceptację zarówno własnej małości, jak i wielkości otrzymywanego daru – a pychą byłoby zarówno uznanie, że „to mi się należy”, jak i stwierdzenie: „nie, to nie dla mnie”. Jedno i drugie byłoby niewdzięcznością. Udział w królowaniu Boga przyjmuje się „jak dziecko” (por. Mk 10, 15), które z prostotą korzysta z hojności Taty, lecz dobrze wie, kto w tej relacji jest duży, a kto mały.

 

Ewangelia: Łk 13, 1-9

Kolejny raz wczytujemy się w Jezusową przestrogę, która nie jest straszeniem Bogiem, lecz ostrzeżeniem przed marnowaniem życia, rozmijaniem się z otwartymi ramionami Miłości. Nie chodzi o to, że „Bóg pokarał” Galilejczyków zabitych przez żołnierzy Piłata w trakcie składania ofiar w świątyni, albo ludzi przygniecionych gruzami wskutek katastrofy budowlanej. Stwierdzenie: „Jeśli się nie nawrócicie (mè metanoete), wszyscy tak samo zginiecie”, nie oznacza, że każdego grzesznika spotka wypadek. „Tak samo”, a więc niespodziewanie i jakoś bezsensownie, może się urwać i (nie daj Boże) „pójść na marne” życie nieowocujące „w Chrystusie” (por. J 15, 2.5-6), czyli nieodtwarzające Jego odnoszenia się do Ojca oraz sióstr i braci, niebędące darem dla innych.

Przed zaprzepaszczeniem życia ratuje nawrócenie, będące dosłownie „odwróceniem myślenia” (metánoia), przyjęciem Boskiej perspektywy. Nie chodzi o to, żeby się tylko mechanicznie „poprawić”, uładzić zewnętrzne gesty, lecz żeby spojrzeć na życie w perspektywie logiki przyjmowania drugiego i obdarowywania go sobą – przy czym nawet w ludziach nieznających lub nierozumiejących Ewangelii i werbalnie odrzucających chrześcijaństwo może zaistnieć „wiara z uczynków” (por. Jk 2, 18). Żeby wyświadczyć dobro „jednemu z najmniejszych” (por. Mt 25, 40), komuś nic nieznaczącemu i osobiście nieznanemu, trzeba najpierw uwierzyć intuicji mówiącej, że ta osoba ma być „droga w moich oczach” (por. Iz 43, 4) – czyli przyjąć punkt widzenia Boga, nawet jeśli nie wiemy, że ma to z Nim związek. Nawrócić się to zgodzić się z Bogiem, nawet jeśli oznaczałoby to tylko uznanie przez człowieka w momencie śmierci, że przegrał życie i cała Jego nadzieja w Miłości Miłosiernej (por. Łk 23, 41-42).

Komentarze do czytań XXVIII Tydzień Zwykły | od 9 do 15 października 2016 r. - Anna Kaszubowska
Komentarze do czytań XXX Tydzień Zwykły | od 23 do 29 października 2016 r. - Andrzej Kowalski