Niedziela,15.05.2016 r., Uroczystość Zesłania Ducha Świętego

Pierwsze czytanie: Dz 2,1-11

My, chrześcijanie, jesteśmy trochę jak ci Żydzi, którzy zgromadzili się wtedy w Jerozolimie – ze wszystkich stron świata, z każdego języka, ludu i narodu. Jeden różni się od drugiego, a jednocześnie możemy być razem dzięki wspólnej wierze. Bóg przychodzi  do każdego z nas z osobna, jak również do całej wspólnoty. Jednak nawet gdy jesteśmy razem, Duch Święty działa w taki sposób, jaki jest najlepszy dla konkretnego człowieka, w sposób indywidualny względem każdego.

Dlatego każdy z nas może usłyszeć swój własny język. I nie mowa tu już tylko o języku jako systemie znaków i słów. Raczej o języku, chciałoby się powiedzieć, totalnym, obejmującym całą osobę i oddziałującym na wszystkie zmysły i rozum osoby. Duch, mając wzgląd na każdego człowieka z osobna, wybierze zawsze najwłaściwszy sposób i czas, by do nas przemówić. Tym, co łączy wszystkie te indywidualne języki, jest działanie i przyjście z mocą. Szum, wiatr, ogień – te znaki zawsze w Piśmie Świętym towarzyszą teofanii, objawieniu się Boga.

Ale jest coś jeszcze. W dwóch kolejnych wersetach, których nie obejmuje już czytanie z dnia dzisiejszego, widzimy ludzi drwiących z Apostołów, którzy przemawiają z mocą i głoszą ewangelię tak, jak Duch im pozwala – tak, by każdy mógł ją zrozumieć. Drwią z nich i mówią: „Upili się młodym winem”. Obyśmy wszyscy byli w ten sposób pijani! Tak jak uczniowie w dniu Pięćdziesiątnicy byli upojeni winem – winem Bożej miłości, winem czasów mesjańskich, w których żyjemy, winem Bożego Słowa.

 

Psalm responsoryjny: Ps 104(103), 1ab i 24ac. 29bc-30. 31 i 34

Psalm responsoryjny mówi dzisiaj wiele o radości – zarówno o radości Stworzyciela, jak i stworzenia. Spróbujmy na chwilę porzucić naszą ludzką perspektywę i spojrzeć na stworzenie oczyma Stworzyciela. Tak, to trudne i do końca niemożliwe (na pewno nie bez Jego łaski), niemniej spróbujmy. A gdy już popatrzymy z nieskończoną miłością na otaczający nas świat, na innych ludzi, na siebie samych, to zadajmy sobie pytanie: Czy Stworzyciel „raduje się z dzieł swoich”? Czy Duch, którego nazywamy Stworzycielem, raduje się, patrząc na mnie? A jeśli On jest smutny, to czy ja mogę być prawdziwie szczęśliwy?

Lepiej byłoby dla nas, żeby On się radował, a my smuciliśmy się, bo nie każdy smutek jest zły. Gdy my smucimy się szczerze, On – nazwany również Pocieszycielem – przyjdzie do nas i, jeśli tylko Mu na to pozwolimy, sprawi, że oboje się uśmiechniemy i oboje rozradujemy – ja w Panu, a On we mnie.

 

Drugie czytanie: 1 Kor 12,3b-7.12-13

W jaki sposób mówię: „Jezus jest Panem”? Czy w ogóle mówię te słowa? Raz jeszcze (podobnie jak w komentarzu do pierwszego czytania) trzeba podkreślić, że „język” i „mówienie” nie muszą odnosić się jedynie do konkretnego systemu znaków, dźwięków, do ich wymawiania czy pisania. „Mówić” można również, paradoksalnie, w sposób niewerbalny.

W jaki sposób mówię: „Jezus jest Panem”? Czy nie staram się czasami wyrazić tego swoją własną siłą? To ja mówię i z naciskiem podkreślam „ja”. Tak, to prawda, że to ja mówię, wyśpiewuję, pokazuję, świadczę o tym czynami, gestami. To prawda, że to ja, ale nigdy sam. Tak jak wiara, tak i jej świadectwo, nie pochodzą tylko ode mnie. Ja się zgadzam, otwieram i przyjmuję, ale to Duch daje słowa, inspiracje, wskazuje sposoby. Czy zatem to wciąż ja mówię? W jakimś stopniu tak, ale w niewielkim. Świadcząc taką łaską, jaką otrzymałem i wobec tych wszystkich członków Ciała Chrystusa, które postawione zostały na mojej drodze, lepiej podkreślić „On” pisane wielką literą, niż „ja”, które na godność wielkiej litery nigdy nie zasłuży. Może ją otrzymać jedynie od Ducha.

 

Ewangelia: J 20,19-23

Człowiek – zamknięty w lęku, skulony, schowany z obawy przed światem – staje się  otwarty mocą Chrystusowego pokoju. Bóg przychodzi i „staje” pośrodku uczniów. Niejednokrotnie postawa stojąca oznacza w Ewangeliach zmartwychwstanie. To dlatego Jezus nie tylko przychodzi; Jezus przychodzi i „staje”, daje świadectwo o tym, że powstał z martwych. To uczniowie są wciąż skuleni, schowani, oni jeszcze nie stoją.

Ale już za chwilę, gdy wezmą Ducha, którego Jezus im ofiarowuje, już za chwilę – w dniu Pięćdziesiątnicy, którą dzisiaj przeżywamy – staną. „Zmartwychwstaną” ze swojego strachu i napełnieni pokojem i Duchem będą głosić Tego, który powstał jako pierwszy.

A gdy Bóg zmartwychwstały daje, prosi wręcz: „weźmijcie”, to powinniśmy szeroko otworzyć nasze usta, by mógł je napełnić!

 

Poniedziałek, 16.05.2016 r.,  Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

Pierwsze czytanie: Rdz 3,9-15.20

Adam wie, że uczynił źle. Wie, że nie powinien był jeść owocu. Zna też przyczynę albo raczej bezpośrednią pokusę, której nie potrafił się oprzeć – „niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa”. Również Ewa zna pokusę, której się nie oparła – „wąż mnie zwiódł”.

To bardzo dużo – znać przyczynę, wiedzieć, co było bezpośrednią pokusą, mieć świadomość popełnionego zła. To dużo, ale wciąż zbyt mało, by grzech mógł zostać odpuszczony. Dla oczyszczenia ludzi z grzechów potrzebny był Baranek Ofiarny, Jezus Chrystus. Dlatego we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła czytamy fragment Księgi Rodzaju mówiący o grzechu pierwszych rodziców. W lekturze tego opowiadania w kontekście Maryi, Nowej Ewy, która urodziła Chrystusa, Nowego Adama, nie możemy pozostać na etapie grzechu i nie musimy na nim pozostawać. Nasza perspektywa zawiera w sobie i grzech, i odkupienie – zamknięte dla dobra ludzi bramy raju zostały na powrót otwarte przez ofiarę Chrystusa poczętego z Maryi.

 

Psalm responsoryjny: Ps 87(86),1-3.5-6

„Syjon” – nazwa ta odnosiła się do jednego ze wzgórz Jerozolimy, później również do całego miasta świętego. Na Syjonie stała Świątynia, Syjon był szczególnym miejscem przebywania Boga. „Każdy człowiek narodził się na nim, / a Najwyższy sam go umacnia” – napisze psalmista.

Co znaczy Syjon dla nas? Jak możemy zrozumieć Syjon w naszej popaschalnej perspektywie? Zrozumiejmy go dzisiaj w kontekście Maryi, której święto obchodzimy. Bóg umacniający Syjon, to Bóg, który wybiera i umacnia Maryję, to Ten, który „łaskawym okiem wejrzał na Dawida córę”. Bóg miłujący Syjon bardziej niż wszystkie namioty Jakuba, to ten sam Bóg, który „rozbił swój namiot wśród nas”, tj. urodził się z Maryi. Bóg wywyższający Syjon, to Bóg, który okazuje swoją moc, wynosi Maryję do godności Matki Boga. „Na cały świat pokazał moc swych ramion świętych, / Rozproszył dumne myśli głów pychą nadętych. / Wyniosłych złożył z tronu, znikczemnił wielmożne, / Wywyższył, uwielmożnił w pokorę zamożne”.

 

Drugie czytanie: Dz 1,12-14

Jezus został wzięty do nieba. Świat nie może Go już oglądać w ludzkiej postaci – chodzącego po Galilei, nauczającego tłumy, jedzącego i pijącego razem z uczniami… Jezus został wzięty do nieba. Co czuli wtedy uczniowie? Czy pomyśleli, że po raz kolejny ich zostawia, jak wtedy, gdy szedł dobrowolnie na Mękę i Śmierć na Krzyżu? Czy byli zawiedzeni, bo mieli nadzieję, że zostanie z nimi już na zawsze, ukazując się co jakiś czas nad jeziorem, jako cicha postać w bieli przygotowująca na ognisku ryby na śniadanie? W drugim rozdziale Dziejów Apostolskich czytamy, że w dniu Pięćdziesiątnicy Apostołowie wciąż się jeszcze bali i zamykali drzwi z obawy przed Żydami.

Potrzebne było zesłanie Ducha Świętego, by uczniowie wyszli i zaczęli głosić Ewangelię bez lęku. Ale być może potrzebna była również ta modlitwa, którą ukazuje nam dzisiejsze czytanie z pierwszego rozdziału Dziejów Apostolskich. „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi”. Trwali, choć być może zupełnie nie wiedzieli, co nastąpi w kolejnych dniach. Trwali, choć nie rozumieli słów mężów w białych szatach o tym, że Pan powróci tak samo, jak go widzieli wstępującego do nieba.

Tym, co pozostaje nam w chwilach niezrozumienia i braku pewności, co powinniśmy robić, jest modlitwa. Modlitwa wspólna – razem z niewiastami, które mamy blisko siebie, a na których czele stoi Maryja.

 

Ewangelia: J 19,25-27

„Każdy człowiek narodził się na [Syjonie]” – pisał psalmista w Ps 87(86). Każdy człowiek narodził się z Maryi, chcielibyśmy dodać. Przez to, że Bóg stał się człowiekiem, narodził się z Maryi, my możemy mieć do Niego przystęp, możemy stawać się bogami. Przez sam fakt Bożego macierzyństwa Maryi, wszyscy staliśmy się również jej dziećmi.

„Rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja»”. Jedyne, co można dodać do tych słów wypowiedzianych z Krzyża, to milczenie pełne wdzięczności, największe dziękczynienie, do jakiego człowiek może być zdolny. A „dziękuję” to po grecku εὐχαριστῶ (eucharistō).

 

Wtorek, 17.05.2016 r.

Pierwsze czytanie: Jk 4,1-10

Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między… między nami? Pożądamy pokoju, a nie mamy. Dramatycznie brzmią te słowa dzisiaj. Zawsze brzmiały dramatycznie. W świecie wojen, kłótni, w świecie cierpienia. Pożądamy pokoju, a nie mamy.

Niedawno słyszałem, jak ktoś mówił: „Wyobraźmy sobie przez chwilę, co moglibyśmy uczynić, jak wiele dobra by się stało, gdybyśmy wszyscy jednocześnie, w tej samej chwili, pomodlili się o pokój na świecie”. Dobrze jest się modlić. Dobrze jest się modlić razem. Ale… „modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Pożądamy pokoju, a nie mamy.

Czy w moim sercu jest pokój? Czy pomimo wojen i kłótni, które rozgrywają się na tym świecie, jest w moim sercu pokój? Bóg zazdrośnie pożąda ducha, którego we mnie i w tobie utwierdził. Bóg o wiele bardziej pożąda naszego ducha i pokoju, który jest w nas, niż ogólnego, idyllicznego braku wojen na świecie.

Najpierw poddajmy się Bogu z pokorą i uniżeniem, oddajmy Mu, każdy z osobna (bo nikt tego za nas uczynić nie może), swojego ducha; ducha, którego On w nas utwierdził. A dopiero wtedy, gdy już znajdziemy w sobie głęboki i jedyny prawdziwy pokój, który nie pochodzi od nas, a od Boga, dopiero wtedy módlmy się i prośmy o pokój na świecie. Nie pożądajmy go jak czegoś, co nam się należy, a jedynie pokornie i uniżenie prośmy. Jeśli Bóg zechce, zabierze od nas wojny i cierpienia, bo On wszystko może. A jeśli chce nas do siebie przyprowadzić poprzez wojny i cierpienia – ufajmy, że wie, co robi. I nigdy nie traćmy pokoju w sercu; prawdziwego pokoju, który pochodzi od Zmartwychwstałego, a którego żadna wojna i kłótnia nie są w stanie zniszczyć. Jeśli tylko przystąpimy do Boga, On zbliży się do nas ze swoim pokojem. I jestem pewien, że ani wojna, ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od pokoju Boga, który jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (por. Rz 8,38).

 

Psalm responsoryjny: Ps 55(54), 7-8.9-10.11.23

 „Gdybym miał skrzydła jak gołąb…” Tak, mógłbym wtedy uciec od nieprzyjaciół, mógłbym uciec od swojego życia, od odpowiedzialności za siebie i za innych. Pewnie udałoby mi się znaleźć jakieś spokojne miejsce, w którym uwiłbym sobie gniazdko z dala od wichru i nawałnicy, z dala od problemów. Ale czy nie również z dala od Boga?

Bóg nie chce dla nas jedynie spokoju i braku problemów, On chce dla nas zbawienia, On chce dla nas prawdziwego pokoju i chce dać nam siebie. On nie da nam skrzydeł gołębia, które potrafią tylko głośno trzepotać. On przygotował dla nas skrzydła piękniejsze niż te, które dał cherubinom i serafinom, które są w stanie unieść nas wysoko ponad chmury – aż do bram samego nieba. Dlatego zamiast uciekać, lepiej zaufać Bogu, który przygotował dla nas więcej dobra niż bylibyśmy w stanie kiedykolwiek sobie wymyślić.

 

Ewangelia: Mk 9,30-37

 „O czym to rozprawialiście w drodze?”. Adamie, gdzie jesteś? Pytanie Chrystusa skierowane do uczniów, gdy przyszli do Kafarnaum, łudząco przypomina sytuację opisaną na początku Księgi Rodzaju. Uczniowie, tak jak Adam, wiedzą, że zrobili źle. Wstyd im za to, że kłócą się o pierwszeństwo, o to, kto jest największy. Starają się ukryć swoją winę przed Jezusem, tak jak Adam „chowają się” przed Bogiem.

I choć Jezus zna serca swoich uczniów, to nie będzie im wyrzucał popełnionego zła, nie będzie prawił długich kazań. Pan pokaże im dziecko, obejmie je ramionami i powie, żeby służyli sobie nawzajem oraz że, przyjmując innych i kochając ich, przyjmują Jego i Ojca. Pouczy ich bez zbędnych wywodów – krótkim słowem i gestem, który jest bardziej wymowny niż wszystkie słowa. Bo prawdziwe napomnienie grzesznika jest pełne miłości, a nie słów; pełne subtelnych gestów, które mówią: „kocham cię i dlatego nie chcę, żebyś czynił zło”, nie zaś gromieniem z piedestału doskonałości, do którego my nigdy nie powinniśmy sobie rościć prawa.

 

Środa, 18.05.2016 r.

Pierwsze czytanie: Jk 4,13-17

Jakub Apostoł nie zachęca nas dzisiaj, byśmy żyli jedynie z dnia na dzień, nie nakłania nas do wyzbycia się planów na przyszłość, do cieszenia się chwilą i zapomnienia o perspektywie kolejnych dni, miesięcy, lat. Przeciwnie, pisze przecież: „Kto zaś umie dobrze czynić, a nie czyni, grzeszy”. Chrystus zmartwychwstał, dał nam swojego Ducha i grzechem jest niczego z tym nie robić. Grzechem jest nie zaplanować życia w Bożej perspektywie. Jeśli myślę, że dobrze będzie pojechać do jakiegoś miasta i spędzić tam rok, to dobrze jest zaplanować wyjazd. Jeśli wychodzę za mąż lub się żenię, czy byłoby uczciwe nie planować rodziny, nie pomyśleć o tym, czy mogę i czy chcę mieć dzieci?

Nie, to nie wyzbycia się perspektywicznego myślenia domaga się od nas Jakub. On chce po prostu, żeby nasza perspektywa zawsze zaczynała się od Boga i by zawsze była warunkowa: „jeżeli Pan zechce”. Nie wiemy, czy dożyjemy jutra – to prawda. Być może nasze plany będą musiały się zmienić. Rzecz w tym, żeby wszystko, co czynimy i planujemy, było zawsze podporządkowane Bogu, zawsze zaplanowane warunkowo: „jeżeli Pan zechce”. Planować życie z Bogiem oznacza zgodę na to, że nie będziemy się trzymać naszych planów kurczowo. A zwłaszcza teraz, w tygodniu po Zesłaniu Ducha Świętego, nie możemy zapominać, że „duch wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha” (J 3,8).

 

Psalm responsoryjny: Ps 49(48),2-3.6-7.8-10.11

Biedak i bogacz, obydwaj pod rękę ze śmiercią tańczą ten sam taniec. Nie liczy się pozycja, nie liczy się wiedza, ani też zamożność. „Nikt przecież nie może samego siebie wykupić / ani nie uiści Bogu ceny za siebie należnej. / Nazbyt jest kosztowne wyzwolenie duszy”. Każdy tańczy ten sam danse macabre. Pamiętajmy o śmierci!

Ale pamiętajmy też, że cena za nas należna została już zapłacona; nie w złocie i srebrze, ale w Ciele i we Krwi. Dlatego danse macabre nie powinien nas przerażać – cóż może uczynić nam śmierć, jak tylko umożliwić pełniejsze obcowanie z naszym Panem?

 

 Ewangelia: Mk 9,38-40

 Kiedy ostatnio uczyniłaś cud? Kiedy dokonałeś czegoś, co przekracza ludzkie możliwości? Kiedy sprawiłeś, że człowiek pogrążony w trudach i cierpieniu uśmiechnął się i spojrzał na swoje życie w jaśniejszym świetle? Że w oczach brata albo siostry pojawił się błysk wdzięczności, której nie potrafił wypowiedzieć słowami? Kiedy ostatnio, dzięki twojemu przynagleniu i subtelnemu pouczeniu, ktoś przebaczył osobie, z którą nie potrafił dojść do zgody?

Czy trzeba być członkiem Kościoła Rzymskokatolickiego, żeby czynić podobne cuda? To pytanie retoryczne. Zadajmy więc inne: Czy czyniąc te małe i wielki cuda, można być daleko od Boga? „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. A jeśli muzułmanin albo buddysta czy jeszcze ktoś inny, kto twierdzi, że nie wierzy w Chrystusa, potrafi sprawić, że na świecie będzie więcej cudów, że ludzi będą lepsi i szczęśliwsi – nie zabraniajmy mu czynić dobra. Ucieszmy się raczej, że nasz Bóg, który jest jeden, potrafi działać nawet przez tych, którzy twierdzą, że wcale go nie znają. Bo Bóg umarł za każdego człowieka i każdemu człowiekowi umożliwił drogę do zbawienia.

 

Czwartek, 19.05.2016 r.

Pierwsze czytanie: Hbr 2,10-18

Dlaczego czasami tak panicznie boimy się cierpienia? Wszak cierpienie jest tylko próbą – próbą, która udoskonala.

Spróbujmy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby ludzie nie czuli bólu fizycznego. Prawdopodobnie nasz gatunek szybko by wyginął. Ból fizyczny wskazuje na to, że coś w naszym organizmie nie działa tak, jak powinno, że coś, mówiąc nieco mechanistycznie, psuje się lub już się zepsuło w człowieku. Ból jest zatem zbawienny, bo dzięki niemu możemy zareagować i naprawić to, co zepsute. Możemy udoskonalić nasz organizm.

Nie ulega wątpliwości, że cierpienie i ból fizyczny, choć w jakimś stopniu podobne, to jednak w rzeczywistości bardzo się od siebie różnią. Cierpienie wykracza o wiele dalej, przenika o wiele głębiej niż ból fizyczny. Ale również i ono pozwala udoskonalić człowieka; na o wiele głębszym i wyższym poziomie niż ludzka cielesność. Cierpienie kształtuje nas jako ludzi, jest w jakiś sposób próbą naszego człowieczeństwa.

Czy jednak Chrystus musiał cierpieć? Czy Bóg, wszechmocny Pan całego świata, nie mógł wymyślić innego sposobu naszego odkupienia? Wielu teologów i filozofów zadawało sobie to pytanie, ale odpowiedź na nie zawsze rozbija się o mur naszej ograniczoności i niemożności uchwycenia Boga, ogarnięcia Jego nieskończonej miłości do nas. Ale skoro On – który mógł wybrać każdy sposób, by nas odkupić – wybrał cierpienie swojego Jednorodzonego Syna, to może powinno to być dla nas wskazówką, że w cierpieniu kryje się ogromna wartość. Że cierpienie naprawdę może udoskonalić, a przyjęcie go z wiarą i ufnością – często pomimo niezrozumienia – jest zbawienne, tak jak zbawienne było dla nas cierpienie Chrystusa i jak niejednokrotnie zbawienne, choć w o wiele prostszym sensie, jest to, że czujemy ból fizyczny.

 

Psalm responsoryjny: Ps 23(22),2-3.5.6

W święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana Psalm 23(22) podsuwa nam jeszcze jeden obraz, jeszcze jedno określenie Jezusa – Pasterz. Piękna jest metafora zielonych pastwisk, tym piękniejsza w kontekście Palestyny – ziemi o klimacie o wiele surowszym i o wiele bardziej suchym niż nasze polskie łąki i lasy. Jest to również metafora, która w naturalny sposób może skierować nasze oczy ku Eucharystii – najzieleńszej łące, która potrafi zaspokoić największy głód i największe pragnienie.

Mając to w pamięci, spróbujmy z metafory zrobić alegorię, rozwinąć ją jeszcze dalej. Zobaczmy na łące siebie – owce i barany. Słyszałem kiedyś górala, który tłumaczył, dlaczego owce chodzą tak blisko siebie w stadach, a gdy jedna zostanie odrobinę z tyłu, beczy zaniepokojona. Powód, jeśli góral nie drwił z turystów, miał być prozaiczny – owce mają bardzo słaby wzrok. Zobaczmy więc siebie na łące, w stadzie. I pamiętajmy o tym, że nasz wzrok nie jest najlepszy – wciąż przecież widzimy jeszcze jakby w zwierciadle, niejasno. Bóg daje nam wszystko – najwspanialsze dary i najlepsze łąki, musimy jednak wciąż być blisko Pana, bo gdy oddalimy się na chwilę, może być ciężko znaleźć drogę powrotną. Ale nawet jeśli zostaniemy z tyłu, osamotnieni i otoczeni niewyraźnym światem, Pasterz nie porzuci swojej owcy czy barana – przyjdzie i po raz kolejny wyciągnie je z krzaków i cierni, w które się wplątały.

 

Ewangelia: J 17,1-2.9.14-26

Jak pisać o tekście Modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa, którą przytacza św. Jan w czwartej Ewangelii? Tekst, który dzisiaj czytamy, jej fragment, jest czymś, co nas ze wszech miar przekracza. To fragment, który być może bardziej trzeba rozumieć otwartym sercem niż samym tylko umysłem.

Jezus przekazał nam Słowo Boga. Słowo, które jest prawdą. Zostaliśmy posłani, żeby nieść to Słowo dalej, by dzięki naszemu słowu inni uwierzyli w Jezusa. Jaki jest cel tego wszystkiego? Jedność między ludźmi, jedność ludzi z Bogiem i w Bogu. Poznanie Boga. Przyjęcie i napełnienie się miłością Boga. Zgoda na to, by Chrystus był w nas.

Czy rozumiemy te słowa? Starajmy się je zrozumieć i przyjąć, tak jak staramy się przyjmować Słowo pisane wielką literą. Nawet gdy nam się wydaje, że już nic nie rozumiemy. Może wtedy, paradoksalnie, rozumiemy więcej, niż nam się wydaje. Wiemy wszak, co mamy robić – zostaliśmy posłani na świat, żeby inni uwierzyli w Jezusa dzięki naszemu słowu. Może lepiej zrozumiemy Modlitwę Arcykapłańską, gdy zaczniemy wcielać jej treść w nasze życie?

 

Piątek, 20.05. 2016 r.

Pierwsze czytanie: Jk 5,9-12

Słyszeliście o wytrwałości Hioba? „Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła. Miał siedmiu synów i trzy córki. Jego majętność stanowiło siedem tysięcy owiec, trzy tysiące wielbłądów, pięćset jarzm wołów, pięćset oślic oraz wielka liczba służby. Był najwybitniejszym człowiekiem spośród wszystkich ludzi Wschodu” (Hi 1,1-3). Mąż ten stracił niemal wszystko – bogactwo, zdrowie, dzieci… Żona go wyśmiewała, przyjaciele poniżali i wytykali zło, którego nie popełnił. Słyszeliście o wytrwałości Hioba? Słyszeliście o człowieku, który mimo całego cierpienia, które go spotkało i wszystkich trudności, jakie na niego spadły, nie odwrócił się od Boga, a jedynie powtarzał: „dobro przyjęliśmy, dlaczego zła przyjąć nie możemy?”.

Z pewnością słyszeliście. Hiob, który uważany jest w Kościele Prawosławnym za świętego, nie zwątpił w dobroć Boga, nawet gdy stracił wszystko, co miał, a żona i przyjaciele odwrócili się od niego. A wiecie, dlaczego Hiob był wytrwały? Można by tu znaleźć z pewnością wiele odpowiedzi, ale porzućmy je wszystkie, a zostawmy tylko tę jedną, którą podsuwa nam Jakub w swoim liście: Hiob wytrwał, by zaświadczyć o tym, że Bóg jest pełen litości i miłosierdzia.

I my też, dążąc do świętości, mamy świadczyć o tym, że skoro Bóg nigdy się nie odwraca od nas, to i my pragniemy pozostać przy Nim mimo trudności. Nasze „tak” Bogu, niech będzie po prostu „tak”, bez warunków pomyślności i sprzyjającego wiatru. Po prostu „tak”, choć to wcale nie takie proste.

 

 Psalm responsoryjny: Ps 103(102),1-2.3-4.8-9.11-12

We fragmencie Listu św. Jakuba Apostoła z pierwszego czytania słyszeliśmy, że mamy się nie uskarżać jeden na drugiego. Psalm 103(102), który mówi o łaskawości Boga odpuszczającego grzechy, przedłuża w pewien sposób tę myśl w słowach: „[Pan jest] nieskory do gniewu i bardzo cierpliwy. / Nie zapamiętuje się w sporze / nie płonie gniewem na wieki”. Jeśli „przykład idzie z góry”, to spójrzmy na niebo i na Boga siedzącego na tronie swojej Chwały. A On jest cierpliwy – i my bądźmy więc cierpliwi dla naszych braci, którzy nas denerwują. On nie płonie gniewem na wieki – więc i my wybaczajmy sobie nawzajem. Nie myślmy jednak, że dorównamy Bogu, jeśli będziemy brali z niego przykład. Tym razem nie chodzi o to, żeby uczeń przewyższył Mistrza. Chodzi jedynie o to, żeby uczeń coraz bardziej Mistrza kochał.

 

Ewangelia: Mk 9,41-50

Po święcie ku czci Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana wracamy do zwykłego porządku liturgicznego. Kolor szat, po wczorajszej bieli, znów swoją żywą zielenią daje nadzieję. Kolejny piątek okresu zwykłego. Ale nie przypadkiem tak właśnie zostały ułożone czytania w liturgii, że w dzień po tym, gdy czytaliśmy Modlitwę Arcykapłańską i zawarte w niej wezwanie do jedności, rozgrywa się przed nami i z nami, jako czytelnikami Ewangelii, scena, w której faryzeusze pytają Jezusa o jedność między mężem i żoną.

Bóg nas złączył w swoim Kościele. Bóg łączy również mężczyznę i kobietę tak silnie, że stają się jednym ciałem, Kościołem. Możemy dodać Kościołem „domowym”, ale nawet jeśli pominiemy to dopowiedzenie, zdanie będzie prawdziwe. Małżeństwo, związek dwojga ludzi w Chrystusie, jest Kościołem i Kościół tworzy.

Czy wobec wciąż dźwięczącej nam w uszach modlitwy naszego Pana do Ojca o to, żebyśmy „byli jedno”, mamy prawo pytać o przepisy? Szukać paragrafów pozwalających oddalić żonę? Wczytywać się w to, co jest napisane już nie w Prawie Mojżesza, a w Kodeksie Prawa Kanonicznego? Jezus pragnie naszej jedności, która spełnia się i staje się ciałem (rzeczywiście!) już tu na ziemi. Nie pytajmy zatem o prawa i przepisy. Znamy pragnienie Jezusa: „aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”; znamy Nowe Przykazanie.

 

Sobota, 21.05.2016 r.

Pierwsze czytanie: Jk 5,13-20

Przekornie można by powiedzieć, że Jakub w tym fragmencie jest trochę monotematyczny. Ludzie mają poważne problemy – jednego spotkało nieszczęście, ktoś inny choruje, jeszcze inny zgrzeszył i ugina się pod ciężarem swojej winy, a on na wszystko podaje tę samą receptę. To tak, jakby lekarz dawał każdemu pacjentowi ten sam lek, nie robiąc badań, nie starając się dobrze rozpoznać choroby.

Wstałeś rano – módl się! Bierzesz prysznic – módl się! Spotykasz się na kawę z narzeczoną – módl się! Pracujesz – módl się! Ktoś podciął ci skrzydła – módl się! Dostałeś wymarzoną pracę – módl się! Można by w ten sposób przedłużać Jakubowe wskazówki odnoszące się do życia duchowego…

Ta – wydawałoby się – zbyt prosta odpowiedź Jakuba na wszystkie problemy i sytuacje, które nas spotykają, może odstraszać albo przynajmniej budzić sceptycyzm. I niech budzi. Ale niech obudzi w nas też zaciekawienie i chęć, by jednak spróbować tej „recepty-cud”. Ktoś powie: przecież się czasami modlę, a nadal ani nie jestem bardziej szczęśliwy, ani nie ozdrowiałem cudownie i w ogóle niewiele się zmieniło w moim życiu. Szkopuł może tkwić w przymiotniku „wytrwała”. „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – pisze Jakub. Nie tylko gdy jest źle, ale i kiedy jest dobrze; nie tylko za cierpiących, ale i za tych, którzy skaczą z radości i cieszą się każdym wiosennym listkiem.

Więc może – nawet z odrobinę znudzonym westchnieniem i mimo braku sił – warto znowu uklęknąć i… sami wiecie.

 

Psalm responsoryjny: Ps 141(140),1-2.3 i 8

Niech moja modlitwa będzie jak dym kadzidła! Niech wznosi się aż pod dach świątyni i jeszcze wyżej – do samego nieba. Niech będzie jak wonna chmura, która rozpływa się delikatnie w powietrzu i ogarnia całego człowieka i tych wszystkich, którzy są blisko niego. Niech przenika swoim zapachem, by jeszcze długo po skończonej liturgii czuć było we włosach, w ubraniu i w życiu, w każdym czynie człowieka, że buduje on swoje życie na Bogu i że się modli. Niech moja modlitwa stanie się naprawdę jak dym kadzidła!

 

Ewangelia: Mk 10,13-16

Paradoks Jezusa – człowieka, który nie był fizycznie, po ludzku, ojcem i jednocześnie Boga, który zrodził każdą osobę chodzącą po tym świecie. Ojciec wszystkich – bo dzięki Jego Wcieleniu, Śmierci i Zmartwychwstaniu każdy z nas został usynowiony – a zarazem człowiek bez potomstwa.

Czy patrzymy na Jezusa jako na ojca, który bierze nas w objęcia i błogosławi? Myślę, że Bóg Ojciec nie obrazi się za to „nakładanie się” kompetencji Trójcy Przenajświętszej. Nie powinien mieć nam za złe (wszak On jest dobry per se), że i w Jego Synu dojrzymy Tego, który nas zrodził przez Wcielenie i Krzyż, którego ramiona były tak szeroko wyciągnięte, że zdołał objąć nimi cały świat, teraźniejszy, przeszły i przyszły, a nawet i ten, w którym czasu już nie ma.

I nie przeszkadzajmy sobie nawzajem, nie zabraniajmy, jak to czynili Apostołowie. Pomagajmy raczej zbliżać się innym do Boga, nawet jeśli po ludzku wydadzą się nam oni jakoś tego Boga niegodni. Bo i ja wcale nie jestem godny znaleźć się w Boskich ramionach. A co najwspanialsze – mimo że nigdy nie będę tego po ludzku godny – już mogę się w nich zatopić i być szczęśliwy, idąc ramię w ramię z Panem przez życie.

Komentarze do czytań VII Tydzień Wielkanocny | 8-14 maja 2016 r. – dr hab. Waldemar Linke CP
Komentarze do czytań VIII Tydzień Zwykły | od 22 do 28 maja 2016 r. – ks. Bogusław Zalewski, Elżbieta Stankiewicz