Słowa: „Idźcie i głoście” nabrały dla mnie nowego znaczenia, odkąd w roku 2013 znalazłam się po raz pierwszy jako wolontariuszka na placówce misyjnej Zgromadzenia Księży Marianów w Kamerunie. Księża marianie poszukiwali anglisty, który mógłby poprowadzić w czasie wakacji intensywny kurs językowy dla afrykańskich kleryków ich Zgromadzenia, a ponieważ współpracowałam już z nimi wcześniej w ramach ich działalności wydawniczej, zaproponowali to mnie. Wyjazd był moim pierwszym kontaktem z Afryką, która mnie absolutnie zauroczyła. Kiedy więc dwa lata później otrzymałam propozycję napisania książki o misjach księży marianów w Kamerunie, pojechałam tam z radością po raz drugi, by zebrać potrzebne materiały. Łącznie spędziłam w Kamerunie niemal cztery miesiące i choć nie jest to wiele, to jednak wystarczająco dużo, by nieco otworzyć mi oczy na to, czym są misje, jakie są realia pracy misjonarzy i jaki właściwie to wszystko ma sens.

 

Kameruński smak Biblii

Atok, wioska we wschodnim, najsłabiej rozwiniętym regionie Kamerunu. Z misyjnego kościoła wylewa się kolorowy tłum wiernych. Podczas trwającej prawie cztery godziny Mszy św. czterdzieścioro dzieci przyjęło chrzest, a sześćdziesięcioro pierwszą komunię. Odbyło się też błogosławieństwo 85-letniego patriarchy wioski, zwanego tu przez wszystkich papa Gilbert, który zdecydował się przyjąć chrzest i uroczyście rozpoczął katechumenat. Po wszystkich tych obrzędach, odbywających się w tropikalnym upale wśród tańców i śpiewów, wierni nie przejawiają większych oznak zmęczenia. Na misyjnym trawniku starsze dziewczęta z Cop Monde, tutejszego odpowiednika skautingu, organizują zabawy dla dzieci. Starsi rozmawiają z misjonarzami, z klerykami, trwają spotkania rodzinne, ludzie, którzy przyszli z odległych wiosek, oglądają z zainteresowaniem teren misji.

Spośród ogólnego gwaru dochodzi mnie nagle głośny śpiew, więc biegnę w tę stronę z aparatem nauczona doświadczeniem, że tam, gdzie najgłośniej, zwykle dzieją się najciekawsze rzeczy. Papa Gilbert, po krótkiej gościnie na plebanii, wyrusza właśnie do domu wsparty jedną ręką na ozdobnej lasce, a drugą na ramieniu żony. Wokół niego zbiera się tłumek z zielonymi gałązkami wznoszący radosne okrzyki i nucący pieśń.

– Oni odprowadzają patriarchę do domu – wyjaśnia mi usłużny jak zwykle kleryk Rogatien – i śpiewają mu takie słowa: „Papa Gilbert, Bóg cię powołał, żeby posłać cię z misją. Nie odmawiaj. Idź i głoś przesłanie”.

Patrzę na rozgrywającą się przede mną scenę i nasuwa mi się nieodparte skojarzenie. Tłum z gałązkami w rękach, okrzyki, radość. Tak musiał wyglądać wjazd Jezusa do Jerozolimy.

„Jestem w Biblii” – myślę. „Jestem w środku Biblii”.

Kiedy kilkakrotnie miałam okazję słuchać homilii głoszonych przez rodzimych księży, uderzało mnie bardzo praktyczne, dosłowne wręcz rozumienie Biblii i zakorzenienie jej w realiach afrykańskich. „Co człowiek sieje, to i zbierać będzie” – mówił ksiądz. „W tym jest sedno. Jak siejesz kukurydzę, to zbierasz kukurydzę, Jak sadzisz maniok, to zbierasz maniok. I tak samo, jak siejesz dobro, to zbierasz dobro. Ale jak siejesz plotki, to zbierasz plotki. Jak siejesz złość, to zbierasz złość. Jak siejesz zawiść, to zbierasz zawiść. A jak nic nie siejesz, to i nic nie zbierasz. Więc jeśli twoja żona i dzieci nie mają pod dostatkiem jedzenia, to się zastanów, czy ty jesteś dobrym chrześcijaninem”.

Bywało jeszcze dosadniej. Podczas Mszy św. na terenach, gdzie jeszcze do niedawna zdarzały się przypadki kanibalizmu, miejscowy ksiądz komentował 6 rozdział Ewangelii według św. Jana w sposób następujący:

„Nasi przodkowie jedli ludzi. A pamiętacie dlaczego oni jedli ludzi? Oni nie jedli byle kogo, tylko przeważnie dzielnych wojowników, bo wierzyli, że jak zjedzą ciało takiego silnego, sprytnego człowieka, to jego siła, spryt, męstwo przejdą w nich. My już teraz wiemy, że ludzi się nie je. Ale Jezus nam mówi w Ewangelii, żeby jeść Jego ciało. Dlaczego mamy jeść Jego ciało? Żeby Jego dobroć, Jego miłość, Jego świętość, przeszły w nas. Jak ty masz być święty, jeśli nie przyjmujesz ciała Chrystusa? Rób wszystko, co możesz, żeby przyjmować ciało Chrystusa”.

Byłam zachwycona. Takich homilii nie usłyszałabym w Polsce. Słowo Boże w każdą kulturę wnika inaczej, znajdując w niej odniesienia nieobecne w innych.

 

Różnie z tym bywa…

Przyjeżdżając do Kamerunu łatwo jest zafascynować się tym, co zewnętrzne – pobożnymi ludźmi eksponującymi oznaki wiary jak medaliki czy różańce, roztańczonymi i rozśpiewanymi liturgiami, przywiązaniem do misjonarzy i wszechobecną egzotyką. Kiedy jednak sięgnie się głębiej, szybko wychodzą na jaw problemy. Obok biedy i niezaradności są nimi powszechny lęk przed czarami, akceptacja poligamii, prostytucji i rozwiązłości, brak odpowiedzialności za wydane na świat dzieci. Prościej jest przyjąć zewnętrzne formy kultu niż pozwolić Ewangelii przeniknąć odziedziczoną po przodkach mentalność.

Słysząc o rodzicach popychających córki do prostytucji czy rolnikach odmawiających zaklęcia nad roślinami na spornych terenach po to, by czyhający na nie sąsiad wpadł w ciężką chorobę, często pytałam: „Ale to chyba nie katolicy?”, na co w odpowiedzi padało zwykle litościwe: „No, różnie z tym bywa”.

Drobne olśnienie przyszło na mnie, gdy podczas wycieczki do Limbe nad Zatoką Gwinejską, jednego z pierwszych rejonów, do których dotarli chrześcijańscy misjonarze, pokazano mi z dumą „starożytny” kościół liczący sobie – bagatela – ponad sto lat. Uświadomiłam sobie wówczas naocznie, że jeśli chodzi o życie Ewangelią, my, Polacy, w stosunku do Kamerunu jesteśmy do przodu o jakieś mniej więcej lat tysiąc. Na ile przeniknęła ona nasze codzienne życie? No, powiedzmy sobie szczerze, różnie z tym bywa.

Motywacje ludzkie są zazwyczaj bardzo złożone. Misja to nie tylko kościół i działalność stricte duszpasterska, lecz także jedyny w okolicy ośrodek społeczno-charytatywny. Tu przychodzi się nie tylko na modlitwę, ale także wtedy, gdy ktoś bliski zachoruje, kiedy w domu zabraknie mydła, kiedy nie ma pieniędzy na szkołę, kiedy trzeba gdzieś przyjąć przybywającego z wizytą ministra albo doładować komórkę. Misjonarze nie zawracają sobie jednak głowy tym, na ile bezinteresowna jest pobożność ich parafian. Ewangelizują, formują oraz pomagają nie pytając o wyznanie, starając się tylko, żeby pomoc docierała do tych, którzy jej naprawdę potrzebują, a pozostałych mobilizując do samodzielności i godnego życia.

Podkreślając, że pierwszy obowiązek misjonarza to robić swoje bez względu na wszystko, a owoce pozostawić Bogu, księża od czasu do czasu z widocznym wzruszeniem opowiadają historie, które są dla nich potwierdzeniem ich posługi.

„Przyszedłem na pogrzeb. Zwykle jesteśmy zapraszani, gdy rodzina zakończy już swoje wszystkie tradycyjne ryty, żeby nie było jakiejś kłopotliwej kolizji. Pytam więc – czy już zakończyliście swoje obrzędy. A oni na to – Ojcze, nie było żadnych obrzędów. Bo pomyśleliśmy, że nasza mama wierzyła w Jezusa. I ona na pewno by chciała Mszy i pogrzebu chrześcijańskiego, to po co właściwie te ryty”.

„Było u nas spotkanie z młodzieżą. Jeden chłopak opowiadał, że żył tak, jak wszyscy – tu dziewczyna, tam dziewczyna, tu dziecko, tam dziecko. Ale usłyszał kiedyś, jak na spotkaniu młodzieżowym mówiłem katechezę o odpowiedzialności. A jego obecna dziewczyna właśnie też oznajmiła mu, że będzie miała dziecko. Zostawił ją, ale te słowa o odpowiedzialności nie dawały mu spokoju. W końcu porozmawiał z rodzicami i zabrał dziewczynę do siebie. Wziął odpowiedzialność za nią i za dziecko”.

Wierzę, że kiedyś kameruński Kościół wyda świętych tak, jak wydała ich Polska. Będą oni potomkami tych, których serca dzisiaj się budzą.

 

Ale właściwie po co?

Pytanie to, w różnej formie, zadało mi nadspodziewanie wiele osób: „Ale właściwie po co tam jechać? Po co Kościół polski ma wysyłać misjonarzy nie wiadomo gdzie, skoro u nas jest tyle biedy i tyle problemów, z którymi średnio sobie radzimy”? Zadałam to pytanie dwóm biskupom, Polakowi i Kameruńczykowi, w ich diecezjach posługują księża marianie. Obaj udzielili mi mniej więcej takiej samej odpowiedzi, a ponieważ nie sądzę, by przechodzili szkolenie na ten temat w episkopacie Kamerunu, musi to być jakaś oczywistość, która jednak nam, dalekim na co dzień od misyjnych tematów, czasami potrafi umknąć.

Biskup Jan Ozga przede wszystkim wykazał mi niestosowność samego sformułowania: „Kościół polski”. Tłumaczył, że coś takiego, jak Kościół polski, po prostu nie istnieje. Jest jeden Kościół powszechny Jezusa Chrystusa, który istnieje w Polsce, w Australii, we Włoszech, ale zawsze jest to ten sam Kościół, tylko w różnych krajach. Kościół powszechny, a więc dla wszystkich, do którego może wejść każdy naród i każda kultura. „Każdy Kościół lokalny” – mówił dalej biskup – „potrzebuje misjonarzy, żeby nie zamknąć się w sobie, żeby zachować swoją tożsamość jako Kościół powszechny”. Biskup zaznaczył też, że w Polsce pracuje obecnie kilku księży Kameruńczyków, a także zagraniczni członkowie różnych zachodnioeuropejskich zakonów i że jest to jak najbardziej zdrowa dla Kościoła sytuacja.

Podobnej odpowiedzi udzielił mi biskup Sosthene Matjei, który również zaczął od tego, że misyjność wynika po prostu z natury Kościoła. „My jako młody Kościół potrzebujemy misjonarzy, ale i wy, choć jesteście Kościołem o wiele starszym, potrzebujecie misjonarzy” – mówił. „Bo oni nadają Kościołowi ten szczególny koloryt. Jedność w różnorodności. Kiedy tego zabraknie, Kościół obumiera”. Tu nie chodzi tylko o względy praktyczne, choć oczywiście i one są ważne. Chodzi o samą istotę wiary.

Najbardziej jednak przemówiła do mnie pewna historia opowiedziana przez biskupa Ozgę. Jako młody biskup misyjny wybierał się do Polski, gdzie miał między innymi wygłosić przesłanie o misjach na konferencji episkopatu. Było to dla niego spore wyzwanie i szukając natchnienia przedstawił problem kameruńskiemu kapłanowi. Mądrością Afryki są przysłowia. Ksiądz zastanowił się chwilę i powiedział: „Ja bym im powiedział tak: Dobry myśliwy nie zostaje sam z radością upolowanej antylopy”.

Interpretacja przysłowia była tyleż fascynująca, co ono samo. Myśliwy po upolowaniu antylopy może rozpalić sobie w lesie ognisko, upiec kawałek mięsa i nasycić głód. Ale wtedy nie miałby radości. Natomiast kiedy zaniesie tę antylopę do wioski, położy przed wszystkimi, jednemu każe przynieść drewno na ogień, drugiemu maniok, trzeciemu wodę, czwartemu instrumenty, a potem wszyscy będą jeść, śpiewać i tańczyć, jego radość wzrośnie. I właśnie o to chodzi. Drodzy Polacy, jeśli Chrystus naprawdę jest dla was radością, jeśli znajdujecie w Nim siłę do życia, jeśli jest On rozwiązaniem waszych problemów, to podzielcie się tą antylopą z nami.

Dla mnie, która przecież nie jestem misjonarką, nauka kameruńskiego kapłana oznacza tyle, że chrześcijaninem nie jest się tylko dla siebie. Świat nie kończy się na mnie i na moich własnych problemach. W momencie, kiedy wiara staje się dla mnie jedynie prywatną sprawą, jestem jak myśliwy siedzący samotnie w lesie, najedzony, ale smutny. Osobiście znajduję tu duże pole do rachunku sumienia – zarówno co do jakości mojej wiary i do tego, w jaki sposób staram się nią dzielić.

Myślę, że jedyną właściwą puentą słów afrykańskiego księdza jest: Idźcie i głoście. Wcale niekoniecznie w Afryce.


 

Mira Majdan, lektorka języka angielskiego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, tłumaczka i autorka tekstów o świętych związana z wydawnictwem PROMIC. Zaangażowana w Odnowie w Duchu Świętym, członek Bractwa Słowa Bożego. Jej książka Charyzmat i egzotyka. Misje Księży Marianów w Kamerunie przygotowywana jest obecnie do druku przez Zgromadzenie Księży Marianów.