Śmiały pochód kultury hellenistycznej na wschód wziął swój początek od Aleksandra III Macedońskiego, zwanego Wielkim (1 Mch 1,1-9), a jej sukces przypieczętowały dynastie zainicjowane przez tzw. diadochów – wodzów Aleksandra, którzy po przedwczesnej śmierci wodza rozparcelowali imperium między siebie. Żydzi, którzy dostali się najpierw pod panowanie Ptolemeuszy, później Seleucydów, nie mogli uciec przed wpływami nowej kultury, ponieważ ta otaczała ich zewsząd, od Egiptu po Fenicję. Bliskość tak wielkich ośrodków jak Aleksandria, Antiochia, Tyr i Sydon wzmagała proces hellenizacji. W miastach fundowano szkoły i gimnazjony – centra dla greckiej paideia. Przed tymi, którzy opanowali język grecki i zaadaptowali nowy styl życia otworzyły się nowe możliwości: lepsze stanowiska w armii, lepiej płatna praca i miejsca w miejskiej administracji. Proces hellenizacji nie wymagał początkowo żadnych środków przymusu. Zastosował je dopiero Antioch IV Epifanes w II w. przed Chr., wydając – poniekąd uzasadniony – dekret, który silnie godził w monoteizm Żydów (1 Mch 1, 41-64). Choć akty agresji spowodowały wybuch powstania pod dowództwem braci zwanych Machabeuszami (1 Mch 2,1nn), z biegiem lat wyrosła na ich barkach dynastia hasmonejska okazała się nie tylko tolerować hellenizm, ale wręcz go promować. Dane archeologiczne poświadczają istnienie stadionów, hipodromów i amfiteatrów w takich miastach jak Tyberiada, Jerycho, Cezarea, Tarychea i Samaria-Sebaste. Co stało się kluczem do sukcesu nowej kultury? Jej ogromna atrakcyjność i szeroki wachlarz rozrywek, które promowała.

Niezwykle skuteczna w krzewieniu greckich obyczajów okazała się polityka Heroda Wielkiego, nie tylko króla, ale i świetnego architekta epoki hellenistycznej, który za wszelką cenę chciał dać do zrozumienia sobie współczesnym, że jego królestwo jest częścią cywilizowanego świata. Żydowski historyk Józef Flawiusz zdaje relacje z igrzysk ufundowanych przez króla w Jerozolimie, które odbywały się w cyklu pięcioletnim.

Król jednak urządzał co pięć lat igrzyska z najwyższą wystawnością, rozgłaszając je wśród sąsiadów i spraszając widzów spośród wszystkich narodów. Zewsząd ściągali zapaśnicy i inni zawodnicy, których nęciła nadzieja nagrody i sławy z odniesionego zwycięstwa, a byli to najtężsi z tych, co dane ćwiczenia uprawiali. Król bowiem ustanowił bardzo wysokie nagrody za zwycięstwo nie tylko dla miłośników ćwiczeń gimnastycznych, lecz także dla tych, którzy poświęcili się muzyce, i tak zwanych tymelików, usilnie zabiegając, aby do współzawodnictwa stanęli najwybitniejsi. Ustanowił także wielkie nagrody dla zwycięzców w wyścigach na wozach zaprzężonych w dwa lub cztery konie oraz jeździe konnej. Wszystko, co gdziekolwiek wprowadzono dla dodania widowiskom blasku i okazałości, pilnie naśladował pragnąc, aby wypadły jak najwspanialej. (AJ XV, 8, 1)

Igrzyska miały zostać zainaugurowane w 29 lub 28 r. przed Chr. Z opisu wynika, że na święte agony składały się następujące konkurencje: mousika, gymnika, hippika. Chcąc dodać swoim igrzyskom splendoru, Herod wzbogacił je nawet o mniej atrakcyjne, rzymskie rozrywki. Sprowadził do Cezarei gladiatorów i urządził venationes. Odnowił również podupadłe w wyniku trzęsienia ziemi igrzyska olimpijskie, dzięki czemu został dożywotnio obdarzony tytułem agonotety (Bell. I, 422-428). Jako doskonały architekt wzniósł m. in. pałace i amfiteatry. Ufundował również gimnazjony w Ptolemaidzie, Trypolis i Damaszku, twierdze warowne i port, nazwany na cześć Juliusza Cezara Cezareą Nadmorską:

Około tego czasu przedsięwzięta przez niego budowa Cezarei Sebaste została doprowadzona do końca. Ostatecznie dzieło to stanęło w dziesiątym roku, a dzień zakończenia przypadł na dwudziesty ósmy rok jego panowania i sto dziewięćdziesiątą drugą olimpiadę. Poświęcenie uczczono wielką uroczystością, którą urządzono z niezwykłą wspaniałością. Król ogłosił zawody muzyczne i igrzyska gimnastyczne, sprowadził wielką liczbę gladiatorów i zwierząt, ustanowił wyścigi konne i przyjmował wszystko, co w Rzymie i gdzie indziej było godne uwagi. Zawody te urządził na cześć Cezara i z ustanowienia króla miały się odbywać co pięć lat. (Ant. XVI, 5, 1)

Agony zorganizowane z pełnym przepychem na cześć żyjącego jeszcze, ubóstwionego człowieka musiały wydawać się ortodoksyjnym Żydom szczytem bezbożności. Herod inicjując święto nie tylko pogwałcił żydowski monoteizm, ale również, wedle Dariusza Słapka, ugodził w „tabu ciała i cielesności”.

Choć kontrowersyjny w Palestynie, w diasporze sport stał się naturalną dziedziną kultury, a Żydzi mieszkający w takich miastach jak lidyjska Hypajpa, karyjski Jasos, messeńska Koronea oraz Teucheira i Cyrena w Cyrenajce brali czynny udział w zawodach. Nawet Filon z Aleksandrii nie widział problemu w aktywnym zaangażowaniu swych współwyznawców w ćwiczenia w miejskich gimnazjonach, a on sam jako literat chętnie korzystał z motywów sportowych w swoich dziełach (De Abrahamo 6.35; 44.256; De Josepho. 15; 23; 38; De vita Moisis. 1.19.106). Moda na hellenizm stała się na tyle silna, że sport rozprzestrzeniał się nawet w kręgach kapłańskich, w których zaczęto zaniedbywać obowiązki związane z kultem (2 Mch 4, 14). Żydowscy młodzieńcy, którzy wstydzili się występować nago ze względu na obrzezanie, poddawali się operacjom plastycznym, o czym dość jednoznacznie mówi LXX w 1 Mch 1, 15, posługując się słowami: epoiēsan heautois akrobystias, co się tłumaczy „dorobili sobie napletki”. Zhellenizowanym Żydom zapewniono inne prawa statutowe i obywatelskie oraz zaczęto nazywać ich Antiocheńczykami (2 Mch 4,9). Wydaje się, że za sprawą głęboko sięgającej rewolucji kulturowej Jerozolima posiadła status greckiej polistēn Hellēnikēn politeian (Ant. XII, 240).

Teologia agonistyczna

Paweł znalazł się podobno w Koryncie ok. 51 r. po Chr. Nie jest to może data znacząca dla dziejów śródziemnomorskiego świata, jednak dla pełnego zrozumienia Pawłowego przekazu w korespondencji z Koryntianami istotna – w tym bowiem czasie w Istmii, w sanktuarium poświęconym Posejdonowi, odbywały się tzw. Igrzyska Przesmykowe. Dzięki tej wiedzy staje się również jasne, dlaczego z taką chęcią Pryska i Akwila zaprosili Pawła do współpracy przy wyrabianiu namiotów – w okolicach Koryntu roiło się przypuszczalnie od zawodników, trenerów, widzów i innych ciekawskich. Odczytywana z taką świadomością, największa biblijna metafora sportowa z 1 Kor 9, 24-27 znajduje więc swoje odbicie w bardzo precyzyjnym kontekście historycznym. Nic dziwnego, że w jej treści odnaleźć możemy nie tylko bardzo konkretne dyscypliny uprawiane przez starożytnych, ale również powszechnie znane zasady, obowiązujące zawodników w okresie zarówno przygotowań od zawodów, jak i samych zmagań.

Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą. Ja przeto biegnę nie jakby na oślep; walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię,lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego.

By ukazać, jak wymowny był przekaz Pawła, dobrze jest sięgnąć po pewne szczegóły, które umożliwią odmalowanie wiernej reprodukcji stworzonego przez niego obrazu w wyobraźni audytorium. Paweł pisząc o stadionie, odniósł się przypuszczalnie do jednego z dwóch tego typu obiektów, znajdujących się w istmijskim sanktuarium – zapewne tego, który pomieścić mógł aż 20 tys. widzów, odrestaurowanego w kolejnym stuleciu sumptem Heroda Attyka. Niestety niewiele zachowało się z dawnego istmijskiego splendoru, a tamtejszy park archeologiczny nie cieszy się obecnie wielką popularnością.

Gdy mowa o głębszej niż tylko sportowa treści, już pierwsze zdanie korynckiej metafory agonistycznej budzić może pewien niepokój, który wiąże się z liczebnikiem „jeden” (gr. heis). Czy mówiąc o jednym zwycięzcy, Paweł pragnął podkreślić, jak niewielka będzie grupa tych, którzy osiągnąwszy zmartwychwstanie, znajdą się w gronie zbawionych? Nic bardziej mylnego. Chcąc dochować wierności realiom historycznym, apostoł nie mógł wspomnieć o większej liczbie zwycięzców, by nie narazić się na śmieszność, ponieważ podczas igrzysk wieńczących nagradzano wyłącznie jednego. Pozostali zawodnicy (łącznie z drugim i trzecim) skazani byli na przeżywanie porażki oraz dotkliwego wstydu, którymi pozostawali napiętnowani aż do sięgnięcia po laur zwycięstwa. Istniały wprawdzie igrzyska, podczas których nagradzano pozostałych zawodników (np. Panatenaje w Atenach), jednak wykraczały one poza pewien klasyczny kanon, którego domagała się uniwersalna metafora. Potrzeba sięgnięcia po taki, a nie inny obraz, staje się o tyle konieczna, gdy w pobliżu miejsca, w którym żyją adresaci (w tym wypadku Koryntu) rozgrywane są igrzyska wieńczące, z główną nagrodą w postaci wieńca z ususzonych liści selera.

W metaforze spotykamy również zapaśnika, który we wszystkim wykazuje się samokontrolą (enkrateia), co BT niesłusznie tłumaczy „wszystkiego sobie odmawia” (w. 25). Na czym ona polegała i z czym należy ją utożsamiać? Zawodnik przed rozpoczęciem igrzysk zobowiązany był uczestniczyć aż w dziesięciomiesięcznym treningu, podczas którego pozostawał pod opieką gimnasty (trenera) oraz pod czujnym wzrokiem hellanodików (sędziów). Już wówczas mógł zostać zdyskwalifikowany, gdyby wykazał się niesubordynacją. Ów okres samokontroli nie dotyczył wyłącznie treningu, ale przypuszczalnie również wstrzemięźliwości seksualnej (choć trudno powiedzieć, czy obejmowała również relację z trenerem i innymi zawodnikami) oraz bardzo ścisłej diety. Wszystkie wysiłki miały na stadionie – i mają w życiu – prowadzić do zdobycia nagrody. W tym miejscu Paweł mówi o jej dwóch typach: nagrodzie zniszczalnej i niezniszczalnej (w. 25), dając tym samym do zrozumienia, że nie prawi wyłącznie o sporcie, ale o czymś dalece ważniejszym. Nagrodą zniszczalną był wspomniany wieniec z selera, a nawet idąca za nim sława, która również nie trwała wiecznie. Nagrodę niezniszczalną odnieść należy, oczywiście, do zbawienia. Dalej naszym oczom ukazują się zawodnicy doskonalący się we własnych dyscyplinach – zawodnik biegający (gr. trechō) bez celu oraz bokser bijący (gr. pykteuō) w powietrze (w. 26). Obrazy te interpretuje się dwojako: 1) zawodnicy co prawda poznali właściwe dla swych dyscyplin techniki, jednak nie wiedzą, jak z nich korzystać – biegacz nie dostrzega mety a pięściarz przeciwnika; 2) dwaj młodzieńcy ćwiczą przed zawodami na stadionie i w palestrze – jeden biegając od balbis do balbis lub w kółko, drugi poprawiając celność ciosów, układ ręki lub pracę nóg. W tym drugim wypadku mielibyśmy do czynienia z ciekawym kontrastem: widzimy, z jednej strony, wprawiających się dopiero sportowców, z drugiej, doświadczonego zawodnika, który nie jest taki, jak oni. Tym drugim byłby w tej wizji doświadczony apostoł, ćwiczącymi byliby Koryntianie. Apostoł podkreśla, że jego życie to niekończący się ciąg wyrzeczeń i samodyscypliny, który służy tylko jednemu – walce zgodnej z przepisami. Jest to niezwykły przejaw szczerości wobec adresatów, gdy wielki apostoł ujawnia, że i jemu grozić może dyskwalifikacja (gr. adokimos;w. 27).

Nie tylko w korespondencji z Koryntianami Paweł sięga po obrazy sportowe. Ponieważ sport był doskonale znany i chętnie praktykowany w całym Środziemnomorzu, każde z miast dysponowało własnymi gimnazjonami, a w niektórych ćwiczyli nawet młodzi Żydzi (inskrypcja Z HypajpyCII 2.755). Apostoł nie musiał mieć więc żadnych obaw, że zostanie opacznie zrozumiany, dlatego obrazy agonistyczne zlokalizować można w kilkunastu fragmentach listów. Przywołajmy jeszcze trzy z najbardziej wymownych.

Anatolijski bieg

Do kogo skierowany był list do Galatów, do końca nie wiadomo. Nawet jeśli było to pismo okólne, metafory, którymi posłużył się apostoł jak najbardziej przystają do małoazjatyckiej rzeczywistości. Paweł znów swój apostolat przyrównuje do biegu:

Udałem się zaś w tę stronę na skutek otrzymanego objawienia i przedstawiłem im Ewangelię, którą głoszę wśród pogan, osobno zaś tym, którzy cieszą się powagą, by stwierdzili, czy nie biegnę lub nie biegłem na próżno. (Ga 2,2)

Fragment ten związany jest najprawdopodobniej z wyprawą Pawła do Jerozolimy i tzw. soborem jerozolimskim, podczas którego święci tamtejszego Kościoła oceniali wiarygodność jego działań wśród pogan – czy godna była uprawomocnienia czy należało ograniczyć pole misyjne wyłącznie do Żydów naznaczonych znamieniem obrzezania. A skoro „bieg” Pawła miał zostać poddany weryfikacji – czy zasłużył na dyskwalifikację, czy na laur, którym w tym wypadku mogłyby się stać założone przez niego, kwitnące wspólnoty (tak zresztą określa Tesaloniczan w 1 Tes 2,19) – kim, wobec tego, mieliby w języku metafor być ci, którzy go oceniali? Nikim innym jak hellanodikami – tymi, którzy podczas igrzysk służyli za jury. A skoro w „biegu” Pawła dostrzeżono metę i uznano go za należyty, Galaci powinni naśladować trenera, który został im dany. Dowiadujemy się jednak, że stało się inaczej, wedle słów samego Pawła:„Biegliście tak wspaniale! Kto przeszkodził wam trwać przy prawdzie?”(Ga 5,7). Zmiana trenera, w tym wypadku, nie popłaciła, ponieważ trener okazał się… amatorem – a może oszustem? Niemniej wpłynął na znaczny spadek kondycji duchowej Galatów do tego stopnia, że konieczna okazała się interwencja samego Pawła.

Walka po kres

Choć Pawłowe autorstwo Listów Pasterskich bywa mocno kwestionowane, nie sposób pominąć niezwykle emocjonalnego obrazu, który, jak podkreślają bibliści, jest owocem pełnego nadziei oczekiwania na śmierć. Mowa oczywiście o słynnych słowach skierowanych przez Pawła do młodego, ukochanego duchowego dziecka, Tymoteusza:

W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego. (2 Tm 4,7-8).

Fragment ten na poziomie tekstualnym postrzegać możemy w kategoriach wypełnienia apostolskich pragnień i obaw z 1 Kor 9,24-27. Wypowiadający te słowa, których formy dobrane są w sposób niezwykle przemyślany – z dominującym perfectum wyrażającym wydarzenie z przeszłości, którego skutki wciąż trwają – zapewnia, że znajduje się w sytuacji biegacza tuż po przekroczeniu mety. Biegiem było w tym wypadku życie, ale metą nie jest śmierć, ale jej pewność i świadomość, że już nic nie może wpłynąć na zmianę apostolskiego losu – ani na lepszy, a ni na gorszy. Autor stawia nam więc przed oczami zawodnika, który wie, że zrobił wszystko jak należy – przeszedł trud treningu, biegł, przestrzegając wszelkich reguł i nie narażając się na dyskwalifikację i jedynym, co może na ostatek zrobić, jest oczekiwanie na nagrodę. A skoro spodziewa się wieńca „sprawiedliwości”, możemy z całą pewnością orzec, że swoje zawody wygrał, dobiegł jako zwycięzca, ów „jeden” z 1 Kor 9,24. Co ciekawe, nie wspomina już o współzawodnikach, o których jakby w euforii sukcesu zapomniał. Ta niezwykła metafora odmalowuje sylwetkę człowieka spełnionego, szczęśliwego i wyzutego ze strachu przed śmiercią, który zresztą samemu Pawłowi (o ile o Pawle tu mowa) był raczej obcy.

Jeszcze więcej o sporcie

Tekstów nawiązujących do sportu jest w listach Pawłowych relatywnie dużo (Flp 1,27-30; 2,12-18; 1 Tes 2,1-6; Kol 1, 24-2,5; 1 Tm 4,6-10; 6,11-16). Choć niekiedy ich metaforyczność ogranicza się do pojedynczych pojęć (Rz 15,30; Flp 4,3; Kol 4,12), nie można zaprzeczyć istnieniu pewnej agonistycznej idei. Jaka bowiem sfera życia jest na tyle szlachetna, by mogła lepiej niż sport symbolizować duchowe zmagania? Po dziś dzień wspominamy o „ćwiczeniach duchowych” i tej samej „walce” czy „zmaganiach”. Pragniemy „odnosić zwycięstwa”, choć nie uprawiamy żadnego sportu. Wreszcie uwikłani jesteśmy niekiedy w „wyścig” zwany „szczurzym”, będący pozbawionym zasad dążeniem do niezbyt godziwej „mety”. Przykłady można mnożyć, ale już te wystarczą, by dostrzec, jak mocno sport zakorzenił się w myśleniu człowieka Zachodu – od starożytności po współczesność.